Morda w kubeł, baby!

 TELEDELIRKA

Czy jest coś, co łączy wszystkie opcje polityczne? Na pierwszy rzut oka i drugi rzut ucha wydawałoby się, że nic takiego nie istnieje. A jednak jest taka wspólna płaszczyzna. A jest nią… Pytanie za, powiedzmy, 32 tys. zł, krótki telefon do przyjaciółki i już wiemy: tą płaszczyzną jest nienawiść do feministek. Wydawać by się mogło, że taka wrogość jest przywilejem konserwy w puszce z czołgowej stali, w gęstym sosie rydzykowo-narodowo-katolickim. Tymczasem w tej sprawie ciemne umysły zwierają szyki ze światłymi we wspólnym froncie. Choć przyznać trzeba, że wówczas światło cóś mdło świeci. Niektórzy nawet na wejściu deklarują sympatię dla ruchu feministycznego, uznanego u nas za satanistyczny, by w następnym zdaniu nagle i niespodziewanie przyłożyć „babom”. I dzieje się tak nie gdzie indziej, lecz w naszym ulubionym „Przeglądzie” – tu ulubiony, mądry profesor-felietonista, obdarzany szacunkiem, beszta Wańkową Danutę, za to, że owa niewiasta ośmieliła się uchylić rąbka tajemnicy, poliszynela zresztą, na temat – delikatnie mówiąc – syfu we władzach miasta, co to pan wie, a ja rozumiem. Oczywiście, Danuta W. nie użyła tego krótkiego słowa na określenie działań niektórych ludzi z miasta, zwanych także radnymi. Jeśli osoba rzeczowa i wiarygodna, jaką jest Waniek, mówi coś takiego, to znaczy, że należy najpierw sprawdzić, co wzburzyło jej wrażliwą wątrobę. Tymczasem beszta ją łagodnie profesor; Rakowski, były premier, wali po łapach linijką jak uczennicę, która wyniosła wstydliwą tajemnicę szkoły poza mury. Jednolity, betonowy mur, nie jest wyjściem w dzisiejszych czasach, gdy byle kamera może pokazać, co się za nim dzieje. Przecie to nie dom państwa Dulskich, w którym obowiązuje: „Nie powiadaj, wole, co się dzieje w szkole i nie mów nikomu, co się dzieje w domu”, wszak to ma być, panie dziejku, międzynarodówka socjaldemokratyczna.
Przy okazji od profesora Łagowskiego dostało się Izabeli Sierakowskiej, wołającej jak głos na puszczy, o przebudzenie partyjnych kolegów. – Wiedziałem, że jak dopuści się baby, to zaczną się te babskie swary – tarmosi pan profesor niegrzeczne dziewczynki za uszy i za warkocze. Nie sądzę, żeby dwaj interlokutorzy zachowali się w taki sposób w stosunku do męskiego odpowiednika obu pań na arenie politycznej. Permanentne skłócenie polityków świadczy dobitnie o tym, że kłótliwość nie jest związana z żeńską płcią. Tego rodzaju pouczenia to paternalizm w czystej postaci. Uczeni psychologowie – tu powołam się na swego męża profesora – nazywają to przyjaznym seksizmem. Oto mężczyzna musi przywołać do porządku kobietę jako istotę z lekka niedorozwiniętą, która nie wie, jak poruszać się po trudnym, politycznym gruncie. Osobiście wolę seksizm wrogi. Wtedy wiem, że mam do czynienia z przeciwnikiem i s… co sił w nogach.
Istnieją jednak odważni feminiści. Przykładem niech będzie redaktor Andrzej K. prowadzący niedzielny program TV. Odbywa się on o 9.00 rano, w porze mszy dla dzieci, a więc w czasie, w którym normalny inteligent przewraca się w łóżku na drugi bok. Kolejny program polityczny różni się od innych tym, że mówi się o polityce, a nie biorą w nim udziału politycy i, co ważne, wypowiadają się same kobiety. Nikt nie mówił: Pozwól mi skończyć, ja ci nie przerywałem; choć nie dotyczy to w żadnym stopniu aktu seksualnego (jedynie wówczas można zrozumieć, że ktoś za wszelką cenę pragnie skończyć, co zaczął). Niestety, im bardziej facet przynudza, tym bardziej skończyć nie może, bo fatalna siła przebicia się na ekran na to nie pozwala.
W przypadku kobiet rozmowa toczyła się bez wymuszania głosu. Każda mogła swobodnie wypowiedzieć się na wybrany temat. Ponieważ jednym z tematów było bezrobocie, więc Wasza autorka nadmieniła skromnie, że prawie 60% bezrobotnych stanowią kobiety. Otóż sądzę, że ponieważ bezrobocie miało dotąd głównie płeć i twarz kobiety, różne rządy i parlamenty nie zajmowały się poważnie uzdrawianiem sytuacji na rynku pracy. Ot, tylko od czasu do czasu, doraźnie, gdy silni górnicy najeżdżali Warszawę, przedsiębrano nieodpowiednie środki i po krzyku.
Grupowe zwolnienia kobiet i ich powrót do domu nikogo nie obchodzą, bo one nie wyjdą z mutrami czy z kamieniami na ulicę. Nie są agresywne, więc nie trzeba się z nimi liczyć. Co więcej, w tak zwanym interesie społecznym, a jest to w tym przypadku dość szemrany interesik, wręcz leży damskie bezrobocie. Badania europejskie wykazują bowiem, a widać to gołym okiem, że w dzielnicach miasta, gdzie doszło do zwolnień grupowych kobiet, życie wygląda inaczej niż egzystencja tam, gdzie zwolniono duże grupy mężczyzn. W przypadku kobiet podnosi się czystość mieszkań, lepsza jest opieka nad dziećmi, spada przestępczość. Gdy na bruku znajdą się faceci, strach wyjść na ulicę, bo bezrobotny facet musi totalnie się rozpić, żeby odreagować agresję, musi dać komuś w jego krzywy dziób (krzywy dziób ma wtedy każdy, kto się nawinie). Dlatego, kto żyw i przy pieniądzach szybko opuszcza dzielnicę. Tak dochodzi do degradacji miejsca. Tego rodzaju zachowania uznaje się za normę, bo „Ciemna strona człowieka” (tytuł ostatniego szlagieru z pop-nauki), czyli mężczyzny, taka właśnie jest. I Święty Boże nie pomoże, tak mi dopomóż Bóg. Bo tak zachowują się zwierzęta i to zamyka sprawę. A co, proszę panów, z sublimacją, czyli z uwzniośleniem pierwotnych popędów i instynktów, oraz z zamianą ich na dążenia szlachetne, co się w ludzkiej przyrodzie też niekiedy zdarza, hę?

Wydanie: 23/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy