MSZ od środka – ciąg dalszy

MSZ od środka – ciąg dalszy

Kolejny ambasador „dobrej zmiany” opowiada, jak został wykończony

Prof. Jarosław Suchoples – były ambasador RP w Finlandii (2017-2019), samodzielny pracownik naukowy Uniwersytetu w Jyväskylä w Finlandii

Panie ambasadorze, po długich wahaniach zgodził się pan na wywiad. Dlaczego?
– Widzi pan, od dawna obserwuję walkę toczoną przez mojego kolegę, ambasadora Jacka Izydorczyka, z całą tą machiną, za którą stoi wielu wysoko postawionych urzędników MSZ. Chcą, by prawda o ich działaniach nigdy nie wyszła na jaw, a Izydorczyk po prostu został opluty i zniszczony albo w najlepszym przypadku przedstawiony jako pieniacz lub nieudacznik. Udzielenie mu jakiegokolwiek wsparcia to po prostu kwestia elementarnej przyzwoitości. To tak jak w tej scenie z „Dwunastu gniewnych ludzi”, kiedy Henry Fonda czeka na poparcie kogokolwiek z sędziów przysięgłych. Jeśli je dostanie, dalej będzie mógł bronić swoich racji, de facto życia oskarżonego o morderstwo chłopaka. Jeśli nie, to po sprawie. I jeden z sędziów wbrew temu, co początkowo sam myślał, udziela mu tego poparcia. Różnica jest taka, że ambasador Izydorczyk mówi prawdę, a moje osobiste doświadczenie po prostu to potwierdza.

To MSZ chodziło za mną

Jak pan trafił na stanowisko ambasadora?21
– To bardzo ciekawa historia. Trochę zaskakująca. Jestem obywatelem polskim i tylko polskim, ale ze względów zawodowych od dawna mieszkam poza Polską. Moja żona pracowała w instytucjach naukowych w Poczdamie i Berlinie, ja też pracuję naukowo. Przez kilka lat pracowałem również jako profesor na uniwersytecie w Malezji. Jeden z tematów badań, które prowadziłem, dotyczył Azji Południowo-Wschodniej i Polski w okresie komunizmu. Dlatego bodajże w październiku 2013 r. odwiedziłem archiwum MSZ.

Szukając depesz i raportów z tamtego okresu…
– W znalezieniu materiałów archiwalnych pomagało mi dwóch pracowników MSZ, którzy okazali się dyplomatami w niełasce.

Czyjej niełasce?
– Ówczesnego ministra spraw zagranicznych, pana Sikorskiego. Szkoda, że nie zajął się dostatecznie energicznie, takie przynajmniej odnoszę wrażenie, choćby zmniejszeniem skali nieprawidłowości czy wręcz patologii trawiących MSZ (a ministrem był przecież stosunkowo długo), tym bardziej że spora część pracowników ministerstwa to przecież ich ofiary. Wielu trudno odmówić kompetencji i zaangażowania, ale to nie oni nadają ton. Kolejne ekipy wykorzystywały to, co zastały, i dodawały nowe warstwy patologii. Podczas kwerendy w archiwum poznałem więc pracującego tam dyplomatę, pana Antoniego Wręgę; wcześniej był konsulem w Kopenhadze, nie wiem, dlaczego trafił do archiwum, czym się naraził. Poznałem się z nim, przez następne trzy lata mieliśmy dość luźny kontakt – życzenia świąteczne, urodzinowe, to wszystko. W grudniu 2016 r., już po moim przyjeździe z Malezji, gdzie pracowałem na Państwowym Uniwersytecie Malezyjskim, dostałem od niego krótki mejl, zawierający pytanie: „Czy chce pan być naszym ambasadorem w Finlandii?”.

I co pan na to?
– Byłem zaskoczony. Początkowo myślałem, że to żart. Jednak okazało się, że nie. Odpowiedziałem pozytywnie, ale wtedy też zacząłem sondować, co na moją współpracę z ekipą sprawującą od półtora roku władzę powiedzieliby świat i ludzie. Ja uważam, że moim największym atutem jest reputacja. Wiem, jaką mam opinię w Finlandii, wiem, jaką mam reputację w świecie. I nie chciałem narazić jej na szwank jakimś, nazwijmy to, nieodpowiedzialnym ruchem. Dlatego pytałem ludzi: z lewa, z prawa, z centrum. Pana znajomych także. I w zasadzie wszyscy, po prostu wszyscy, mówili mi: „Bierz! Bierz, bo byłbyś głupi, gdybyś nie wziął. Bierz, bo lepiej, żeby ciebie wysłali, bo ty się znasz”. Nie ukrywam, że była to dla mnie atrakcyjna propozycja, choć miałem obiekcje i dylematy. Chociaż, powiadam, ja za nikim nie chodziłem. To MSZ chodziło za mną.

I zgodził się pan.
– Pod koniec grudnia 2016 r., po świętach, zaproszono mnie do MSZ. Na spotkanie z ówczesnym szefem gabinetu politycznego. To był Jan Parys. Wczytano się w moje papiery i zastanawiano, czy może wysłać mnie do Malezji. No bo przecież parę lat tam przepracowałem, parę rzeczy o tamtym regionie napisałem. Ostatecznie wybór padł na Finlandię. Było to dla mnie lepszym rozwiązaniem, ponieważ Finlandia od zawsze była zasadniczym obiektem moich zainteresowań badawczych. Znam ten kraj, i to bardzo dobrze. Rolą, jaką Finlandia odgrywa w międzynarodowej polityce, zajmuję się od 30 lat. Dlatego kiedy wspominam tę rozmowę z Parysem, pojawił się wtedy tylko jeden taki element, który… wtedy mną nie wstrząsnął, nie przesadzajmy, ale jakoś dziwnie się poczułem. Zrozumiałem to dopiero po następnych kilku latach.

Co pan ma na myśli?
– Rozmawialiśmy i w końcu powiedziałem: „Dobrze, mogę się na to zgodzić”. Parys odpowiedział w ten sposób: „To bardzo się cieszę, że będzie pan z nami współpracował”. Tyle że to „z nami” było powiedziane w bardzo charakterystyczny sposób. To brzmiało, i po latach mi brzmi w taki sposób, jakby powiedział: to dobrze, że będziesz w naszej mafii!

Wtedy tak mocno to panu nie zabrzmiało?
– Pewnie nie, ale też nie zabrzmiało dobrze. Przecież to zapamiętałem! Coś więc musiało zazgrzytać. Wtedy zazgrzytało, natomiast dziś, po latach – kiedy widzę, co się dzieje, kiedy już przeszedłem, co przeszedłem, i miałem styczność z wiceministrami, ministrami i z samym panem prezydentem – patrzę na to zupełnie inaczej. To było jakby mimowolne zapisanie się do jakiejś nieformalnej grupy politycznej. Co mogę jeszcze dodać? Przyjechałem do Polski z zagranicy. Mieszkam za granicą de facto od roku 1996. Miałem prawo także do swoich ocen. Dziś widzę, że może nie do końca wszystko rozumiałem. Nie w 100%! Może w 95%, może tylko w 80%.

Szkolono mnie dwa tygodnie

Szybko po tej rozmowie został pan ambasadorem?
– Nie! Rozmowa, jak mówiłem, była w grudniu 2016 r., następna, kiedy pojawiłem się w Warszawie, to był kwiecień 2017 r., a placówkę objąłem dopiero we wrześniu. Bo z panem ambasadorem Grudzińskim, który był moim poprzednikiem, to oni mieli pewne przejście. Otóż po raz pierwszy został on odwołany jeszcze w roku 2016. A potem przypomniano sobie w MSZ, że w kwietniu ma być wizyta państwowa prezydenta RP Andrzeja Dudy w Finlandii! Dlatego ambasador Grudziński został na placówce na kolejne parę miesięcy. Tylko że wizyta państwowa została przełożona na jesień. Wtedy, już ostatecznie, ambasadora Grudzińskiego odwołali. To był kwiecień, maj… I na mnie zaczęli naciskać. Już, już! Szkolenia itd. Szkolenia to jest zresztą osobny temat.

Bardzo mnie ciekawi, jak przygotowywany jest ambasador.
– Niedawno odwiedziłem w Helsinkach mojego kolegę – ambasadora USA. A że on był tzw. nominatem politycznym (czyli dyplomatą niezawodowym), spytałem go, ile trwało jego szkolenie. Odpowiedź brzmiała: cztery miesiące. Mnie szkolono dwa tygodnie, z tym że 80% tych szkoleń nie miało żadnego sensu. Mógłby ktoś pomyśleć, że te szkolenia odbywają się w dwóch celach: po to, żeby powiedzieć, że się odbyły, i żeby ktoś mógł zarobić.

Gdzie byliście szkoleni?
– W tzw. Akademii Dyplomatycznej. Jedyne sensowne szkolenia, jakie mieliśmy, to całodniowe szkolenie z zasad BHP i z pierwszej pomocy. Bo te szkolenia wyglądają jak lekcje, jest grupa, która jest szkolona, w moim przypadku byli to tzw. kierownicy placówek, czyli ambasadorowie, konsulowie generalni, ewentualnie kandydaci na dyrektorów Instytutów Polskich. Raz np. przyszedł człowiek, który zajmował się mobbingiem. I na dzień dobry powiedział tak: „Ja mam z państwem aż 90 minut. Co ja państwu o tym mobbingu mogę powiedzieć? Ech… Ostatnio mieliśmy międzynarodową konferencję poświęconą jednemu z zagadnień. I siedzieliśmy nad tym kilka dni. Ha! No dobrze, to ja państwu jedno zagadnienie omówię”. I to całe szkolenie!

Tak po prostu?
– Tak, bo innej możliwości po prostu fizycznie nie było. Ten pan miał zaledwie 90 minut, choć o samym mobbingu powinienem mieć dwutygodniowe zajęcia. To nie jego wina. To jest wina systemu albo raczej jego braku. Przyszła do nas pani z Departamentu Polityki Europejskiej (DPE). Była to dla mnie bardzo ważna lekcja, tzn. treść pogadanki, nie wykładu, oscylowała wokół naszej polityki europejskiej, w tym scenariuszu polskiej polityki wobec brexitu. W swojej badawczej dociekliwości spytałem: „A co będzie, gdy do brexitu nie dojdzie?”. Po chwili konsternacji pani odpowiedziała, że nie ma żadnego alternatywnego planu. Aha, czyli nie mamy polityki zagranicznej opartej na wielowariantowości: a, b, c, d…

Miałem w Finlandii nazwisko

Skończył pan szkolenie i co dalej?
– Na agrément czeka się do siedmiu tygodni. Ja czekałem niecałe trzy. To już coś mi powiedziało. A potem upomniałem się o wizytę studyjną. Wiedziałem, że jest coś takiego, chociaż nikt z MSZ mnie o tym nie poinformował (ach, te oszczędności). Przyszły ambasador ma prawo pojechać do ambasady na jeden czy dwa dni, aby zobaczyć się z ludźmi, zobaczyć obiekt itd. Przyjeżdżam więc do Helsinek, a mój zastępca, wtedy jeszcze przyszły, bardzo przyzwoity człowiek, mówi: „Panie ambasadorze, jest taka sprawa, ma pan zaproszenie do Pałacu Prezydenckiego”.

Finowie wiedzieli, że pan przyjeżdża?
– Wiedzieli, tyle że ja wtedy byłem jeszcze osobą prywatną. Zapytałem o radę. On na to: „Wie pan, jest zaproszenie. Wiedzą, że pan jest…”. Cóż, pojechałem i spotkałem się z prezydenckim ministrem, który później został ambasadorem Finlandii w Paryżu. Porozmawialiśmy sobie i on mi powiedział: „Panie ambasadorze, wprawdzie zwyczaj dyplomatyczny jest taki, że może pan rozpocząć normalną działalność dopiero po złożeniu listów, ale w pana przypadku myślę, że możemy z tego zrezygnować”. To wielkie i bardzo rzadkie wyróżnienie.

Było czym się pochwalić w Warszawie.
– Proszę pana! W DPE zrobili mi z tego sprawę, tzn. jak ja mogłem przed złożeniem listów pójść do Pałacu Prezydenckiego! Ale jak mogłem nie zaakceptować takiego zaproszenia?! Szczególnie zrugała mnie pani Ćwioro, ówczesna szefowa departamentu. Po raz pierwszy spotkałem się z nią w kwietniu 2017 r. Zaaranżowała spotkanie w taki sposób, że posadziła mnie przy stole, naprzeciwko siebie, a obok usiadł któryś z jej zastępców i jeszcze ktoś, zdaje się, że jej drugi zastępca. Troje na jednego. Rozmowa przebiegła mniej więcej tak: „No, dobrze, że pan jest. Musi się pan nam przedstawić: kim pan właściwie jest, co pan robi…”. Ja słucham, trochę skonsternowany dziwacznością sytuacji, i odpowiadam bardzo krótko. Po czym słyszę: „Bo my tu mamy taką panią, która będzie w przyszłości pana zastępcą. Chciałabym, żeby pan ją spotkał” itd.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 6/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Kancelaria Prezydenta Finlandii

Wydanie: 6/2021

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy