MSZ od środka – ciąg dalszy

MSZ od środka – ciąg dalszy

Kolejny ambasador „dobrej zmiany” opowiada, jak został wykończony

Prof. Jarosław Suchoples – były ambasador RP w Finlandii (2017-2019), samodzielny pracownik naukowy Uniwersytetu w Jyväskylä w Finlandii

Panie ambasadorze, po długich wahaniach zgodził się pan na wywiad. Dlaczego?
– Widzi pan, od dawna obserwuję walkę toczoną przez mojego kolegę, ambasadora Jacka Izydorczyka, z całą tą machiną, za którą stoi wielu wysoko postawionych urzędników MSZ. Chcą, by prawda o ich działaniach nigdy nie wyszła na jaw, a Izydorczyk po prostu został opluty i zniszczony albo w najlepszym przypadku przedstawiony jako pieniacz lub nieudacznik. Udzielenie mu jakiegokolwiek wsparcia to po prostu kwestia elementarnej przyzwoitości. To tak jak w tej scenie z „Dwunastu gniewnych ludzi”, kiedy Henry Fonda czeka na poparcie kogokolwiek z sędziów przysięgłych. Jeśli je dostanie, dalej będzie mógł bronić swoich racji, de facto życia oskarżonego o morderstwo chłopaka. Jeśli nie, to po sprawie. I jeden z sędziów wbrew temu, co początkowo sam myślał, udziela mu tego poparcia. Różnica jest taka, że ambasador Izydorczyk mówi prawdę, a moje osobiste doświadczenie po prostu to potwierdza.

To MSZ chodziło za mną

Jak pan trafił na stanowisko ambasadora?21
– To bardzo ciekawa historia. Trochę zaskakująca. Jestem obywatelem polskim i tylko polskim, ale ze względów zawodowych od dawna mieszkam poza Polską. Moja żona pracowała w instytucjach naukowych w Poczdamie i Berlinie, ja też pracuję naukowo. Przez kilka lat pracowałem również jako profesor na uniwersytecie w Malezji. Jeden z tematów badań, które prowadziłem, dotyczył Azji Południowo-Wschodniej i Polski w okresie komunizmu. Dlatego bodajże w październiku 2013 r. odwiedziłem archiwum MSZ.

Szukając depesz i raportów z tamtego okresu…
– W znalezieniu materiałów archiwalnych pomagało mi dwóch pracowników MSZ, którzy okazali się dyplomatami w niełasce.

Czyjej niełasce?
– Ówczesnego ministra spraw zagranicznych, pana Sikorskiego. Szkoda, że nie zajął się dostatecznie energicznie, takie przynajmniej odnoszę wrażenie, choćby zmniejszeniem skali nieprawidłowości czy wręcz patologii trawiących MSZ (a ministrem był przecież stosunkowo długo), tym bardziej że spora część pracowników ministerstwa to przecież ich ofiary. Wielu trudno odmówić kompetencji i zaangażowania, ale to nie oni nadają ton. Kolejne ekipy wykorzystywały to, co zastały, i dodawały nowe warstwy patologii. Podczas kwerendy w archiwum poznałem więc pracującego tam dyplomatę, pana Antoniego Wręgę; wcześniej był konsulem w Kopenhadze, nie wiem, dlaczego trafił do archiwum, czym się naraził. Poznałem się z nim, przez następne trzy lata mieliśmy dość luźny kontakt – życzenia świąteczne, urodzinowe, to wszystko. W grudniu 2016 r., już po moim przyjeździe z Malezji, gdzie pracowałem na Państwowym Uniwersytecie Malezyjskim, dostałem od niego krótki mejl, zawierający pytanie: „Czy chce pan być naszym ambasadorem w Finlandii?”.

I co pan na to?
– Byłem zaskoczony. Początkowo myślałem, że to żart. Jednak okazało się, że nie. Odpowiedziałem pozytywnie, ale wtedy też zacząłem sondować, co na moją współpracę z ekipą sprawującą od półtora roku władzę powiedzieliby świat i ludzie. Ja uważam, że moim największym atutem jest reputacja. Wiem, jaką mam opinię w Finlandii, wiem, jaką mam reputację w świecie. I nie chciałem narazić jej na szwank jakimś, nazwijmy to, nieodpowiedzialnym ruchem. Dlatego pytałem ludzi: z lewa, z prawa, z centrum. Pana znajomych także. I w zasadzie wszyscy, po prostu wszyscy, mówili mi: „Bierz! Bierz, bo byłbyś głupi, gdybyś nie wziął. Bierz, bo lepiej, żeby ciebie wysłali, bo ty się znasz”. Nie ukrywam, że była to dla mnie atrakcyjna propozycja, choć miałem obiekcje i dylematy. Chociaż, powiadam, ja za nikim nie chodziłem. To MSZ chodziło za mną.

I zgodził się pan.
– Pod koniec grudnia 2016 r., po świętach, zaproszono mnie do MSZ. Na spotkanie z ówczesnym szefem gabinetu politycznego. To był Jan Parys. Wczytano się w moje papiery i zastanawiano, czy może wysłać mnie do Malezji. No bo przecież parę lat tam przepracowałem, parę rzeczy o tamtym regionie napisałem. Ostatecznie wybór padł na Finlandię. Było to dla mnie lepszym rozwiązaniem, ponieważ Finlandia od zawsze była zasadniczym obiektem moich zainteresowań badawczych. Znam ten kraj, i to bardzo dobrze. Rolą, jaką Finlandia odgrywa w międzynarodowej polityce, zajmuję się od 30 lat. Dlatego kiedy wspominam tę rozmowę z Parysem, pojawił się wtedy tylko jeden taki element, który… wtedy mną nie wstrząsnął, nie przesadzajmy, ale jakoś dziwnie się poczułem. Zrozumiałem to dopiero po następnych kilku latach.

Co pan ma na myśli?
– Rozmawialiśmy i w końcu powiedziałem: „Dobrze, mogę się na to zgodzić”. Parys odpowiedział w ten sposób: „To bardzo się cieszę, że będzie pan z nami współpracował”. Tyle że to „z nami” było powiedziane w bardzo charakterystyczny sposób. To brzmiało, i po latach mi brzmi w taki sposób, jakby powiedział: to dobrze, że będziesz w naszej mafii!

Wtedy tak mocno to panu nie zabrzmiało?
– Pewnie nie, ale też nie zabrzmiało dobrze. Przecież to zapamiętałem! Coś więc musiało zazgrzytać. Wtedy zazgrzytało, natomiast dziś, po latach – kiedy widzę, co się dzieje, kiedy już przeszedłem, co przeszedłem, i miałem styczność z wiceministrami, ministrami i z samym panem prezydentem – patrzę na to zupełnie inaczej. To było jakby mimowolne zapisanie się do jakiejś nieformalnej grupy politycznej. Co mogę jeszcze dodać? Przyjechałem do Polski z zagranicy. Mieszkam za granicą de facto od roku 1996. Miałem prawo także do swoich ocen. Dziś widzę, że może nie do końca wszystko rozumiałem. Nie w 100%! Może w 95%, może tylko w 80%.

Szkolono mnie dwa tygodnie

Szybko po tej rozmowie został pan ambasadorem?
– Nie! Rozmowa, jak mówiłem, była w grudniu 2016 r., następna, kiedy pojawiłem się w Warszawie, to był kwiecień 2017 r., a placówkę objąłem dopiero we wrześniu. Bo z panem ambasadorem Grudzińskim, który był moim poprzednikiem, to oni mieli pewne przejście. Otóż po raz pierwszy został on odwołany jeszcze w roku 2016. A potem przypomniano sobie w MSZ, że w kwietniu ma być wizyta państwowa prezydenta RP Andrzeja Dudy w Finlandii! Dlatego ambasador Grudziński został na placówce na kolejne parę miesięcy. Tylko że wizyta państwowa została przełożona na jesień. Wtedy, już ostatecznie, ambasadora Grudzińskiego odwołali. To był kwiecień, maj… I na mnie zaczęli naciskać. Już, już! Szkolenia itd. Szkolenia to jest zresztą osobny temat.

Bardzo mnie ciekawi, jak przygotowywany jest ambasador.
– Niedawno odwiedziłem w Helsinkach mojego kolegę – ambasadora USA. A że on był tzw. nominatem politycznym (czyli dyplomatą niezawodowym), spytałem go, ile trwało jego szkolenie. Odpowiedź brzmiała: cztery miesiące. Mnie szkolono dwa tygodnie, z tym że 80% tych szkoleń nie miało żadnego sensu. Mógłby ktoś pomyśleć, że te szkolenia odbywają się w dwóch celach: po to, żeby powiedzieć, że się odbyły, i żeby ktoś mógł zarobić.

Gdzie byliście szkoleni?
– W tzw. Akademii Dyplomatycznej. Jedyne sensowne szkolenia, jakie mieliśmy, to całodniowe szkolenie z zasad BHP i z pierwszej pomocy. Bo te szkolenia wyglądają jak lekcje, jest grupa, która jest szkolona, w moim przypadku byli to tzw. kierownicy placówek, czyli ambasadorowie, konsulowie generalni, ewentualnie kandydaci na dyrektorów Instytutów Polskich. Raz np. przyszedł człowiek, który zajmował się mobbingiem. I na dzień dobry powiedział tak: „Ja mam z państwem aż 90 minut. Co ja państwu o tym mobbingu mogę powiedzieć? Ech… Ostatnio mieliśmy międzynarodową konferencję poświęconą jednemu z zagadnień. I siedzieliśmy nad tym kilka dni. Ha! No dobrze, to ja państwu jedno zagadnienie omówię”. I to całe szkolenie!

Tak po prostu?
– Tak, bo innej możliwości po prostu fizycznie nie było. Ten pan miał zaledwie 90 minut, choć o samym mobbingu powinienem mieć dwutygodniowe zajęcia. To nie jego wina. To jest wina systemu albo raczej jego braku. Przyszła do nas pani z Departamentu Polityki Europejskiej (DPE). Była to dla mnie bardzo ważna lekcja, tzn. treść pogadanki, nie wykładu, oscylowała wokół naszej polityki europejskiej, w tym scenariuszu polskiej polityki wobec brexitu. W swojej badawczej dociekliwości spytałem: „A co będzie, gdy do brexitu nie dojdzie?”. Po chwili konsternacji pani odpowiedziała, że nie ma żadnego alternatywnego planu. Aha, czyli nie mamy polityki zagranicznej opartej na wielowariantowości: a, b, c, d…

Miałem w Finlandii nazwisko

Skończył pan szkolenie i co dalej?
– Na agrément czeka się do siedmiu tygodni. Ja czekałem niecałe trzy. To już coś mi powiedziało. A potem upomniałem się o wizytę studyjną. Wiedziałem, że jest coś takiego, chociaż nikt z MSZ mnie o tym nie poinformował (ach, te oszczędności). Przyszły ambasador ma prawo pojechać do ambasady na jeden czy dwa dni, aby zobaczyć się z ludźmi, zobaczyć obiekt itd. Przyjeżdżam więc do Helsinek, a mój zastępca, wtedy jeszcze przyszły, bardzo przyzwoity człowiek, mówi: „Panie ambasadorze, jest taka sprawa, ma pan zaproszenie do Pałacu Prezydenckiego”.

Finowie wiedzieli, że pan przyjeżdża?
– Wiedzieli, tyle że ja wtedy byłem jeszcze osobą prywatną. Zapytałem o radę. On na to: „Wie pan, jest zaproszenie. Wiedzą, że pan jest…”. Cóż, pojechałem i spotkałem się z prezydenckim ministrem, który później został ambasadorem Finlandii w Paryżu. Porozmawialiśmy sobie i on mi powiedział: „Panie ambasadorze, wprawdzie zwyczaj dyplomatyczny jest taki, że może pan rozpocząć normalną działalność dopiero po złożeniu listów, ale w pana przypadku myślę, że możemy z tego zrezygnować”. To wielkie i bardzo rzadkie wyróżnienie.

Było czym się pochwalić w Warszawie.
– Proszę pana! W DPE zrobili mi z tego sprawę, tzn. jak ja mogłem przed złożeniem listów pójść do Pałacu Prezydenckiego! Ale jak mogłem nie zaakceptować takiego zaproszenia?! Szczególnie zrugała mnie pani Ćwioro, ówczesna szefowa departamentu. Po raz pierwszy spotkałem się z nią w kwietniu 2017 r. Zaaranżowała spotkanie w taki sposób, że posadziła mnie przy stole, naprzeciwko siebie, a obok usiadł któryś z jej zastępców i jeszcze ktoś, zdaje się, że jej drugi zastępca. Troje na jednego. Rozmowa przebiegła mniej więcej tak: „No, dobrze, że pan jest. Musi się pan nam przedstawić: kim pan właściwie jest, co pan robi…”. Ja słucham, trochę skonsternowany dziwacznością sytuacji, i odpowiadam bardzo krótko. Po czym słyszę: „Bo my tu mamy taką panią, która będzie w przyszłości pana zastępcą. Chciałabym, żeby pan ją spotkał” itd.

Spotkał ją pan?
– Oczywiście. Promowano tę panią jako wybitną ekspertkę od Finlandii, szczególnie od spraw gospodarczych. Porozmawiałem z nią 15 minut i wyrobiłem sobie opinię: ekspertka, tyle że jej wiedza jest prasowa. Potwierdziło się to zresztą w praktyce. Nic więcej. Ale już wiedziałem, że szykowane jest dla tej pani miejsce. Tyle że ja nie widziałem jej w roli mojej zastępczyni i zaoponowałem.

We wrześniu był pan już ambasadorem w Finlandii.
– A w październiku miałem wizytę pana prezydenta Dudy. Tę przełożoną z kwietnia. Finowie dali mi nawet z tej okazji wysokie odznaczenie, nawet bardzo wysokie. W porządku, jest taki zwyczaj, ale dopiero później zrozumiałem, że gdybym tego, co robiłem przez 30 lat, nie zrobił, tobym aż tak wysokiego odznaczenia nie dostał, bo byłem krótko. Krzyż Orderu Białej Róży II klasy, komandorski z gwiazdą. Widzi pan więc, że ambasador Polski w Finlandii miał nazwisko. I bardzo szybko inni ambasadorowie zorientowali się, że Polacy mają takiego faceta, który wie. Po prostu – wie. Jako ambasador zaangażowałem się w sprawy bezpieczeństwa. Organizowałem co trzy miesiące seminarium dla członków korpusu dyplomatycznego i urzędników z fińskich ministerstw. Na przykład przyszedł do mnie jako prelegent dowódca fińskiej armii, z którym się zaprzyjaźniłem. Przyszedł na wykład, wziął ze sobą swój numer 2 w armii. I zaczął wykład od słów: „Drogi Jarku…”. A skończył dokładnie tak samo. Wszyscy ambasadorowie to widzieli i już wiedzieli, co i jak, bo przecież wiedzieli, jaki on jest z charakteru i usposobienia.

W kwietniu miałem kontrolę

Dobrze panu szło. I co się stało, że zaczęło być źle?
– Pod pewnymi względami źle było od samego początku. Ja tam miałem wykonać jedno specjalne zadanie. Zadanie numer 1, o którym najczęściej rozmawiałem z MSZ, to był kompleksowy remont całej placówki.

Placówka jest słynna. Tam toczyły się przecież rozmowy Gierek-Schmidt, dotyczące wyjazdu Ślązaków do Niemiec, łączenia rodzin.
– I wtedy po raz ostatni w miarę porządnie wyremontowano rezydencję ambasadora. Placówka w Helsinkach składa się z kilku obiektów. Jest to, co Anglosasi nazywają chancellery, czyli ambasada, połączona z blokiem mieszkalnym…

…w którym mieszkają pracownicy.
– Jest też domek fiński, który pełnił funkcję domku gościnnego. No i rezydencja ambasadora, budynek wzniesiony w roku 1941 na potrzeby biura prywatnej firmy żeglugowej. Chyba najpiękniejszy w okolicy, a to naprawdę bogata okolica. Tylko że od iluś lat nie przeszedł kompleksowego remontu.

I trzeba było go zacząć.
– Biuro Infrastruktury kazało mi zrobić tzw. WOT, wielobranżowy opis techniczny. Dostałem na to pieniądze, a to drogo kosztuje. Przyjeżdża ekipa, siedzi tydzień i naprawdę ma co robić – za to się płaci te 50-60 tys. euro. Minęło parę miesięcy i w kwietniu miałem kontrolę z Biura Kontroli i Audytu. Na jej koniec spotykam się z kontrolerami i jest taka rozmowa: „Wie pan, panie ambasadorze, zasadniczo wszystko jest w porządku, ale musimy o jednej rzeczy panu powiedzieć. Prawdopodobnie to się jakoś rozejdzie po kościach, ale niech pan uważa. Bo po co pan wydał pieniądze na jakiś WOT?”. Odpowiadam: „Biuro Infrastruktury mi te prace zleciło”. A oni na to: „To, co panu zleca Biuro Infrastruktury, lepiej od siebie odpychać. Nie wykonywać ich poleceń”. Pytam więc: „Jak to?”. A oni na to: „Bo wie pan, w ostatecznym rozrachunku może pan stanąć przed takim dylematem – albo wykona pan polecenie i postawią pana przed prokuratorem, bo uznają, że wydał pan niecelowo całkiem sporo pieniędzy, albo nie wykona pan polecenia i pana odwołają”. Aha!

Może więc lepiej było bez WOT?
– Widzi pan, zwykły opis techniczny, taki jak to jest u nas w rocznych czy pięcioletnich przeglądach budowlanych, pokazuje: tu jest okno albo tego okna nie ma. A WOT określa, w jakim stanie technicznym jest to okno. Jeżeli ma pan w perspektywie wykonanie dużego remontu i m.in. ma pan obiekt zabytkowy, to na pewno będzie rozmowa z lokalnym konserwatorem zabytków. Bez WOT trudno taką rozmowę prowadzić czy ocenić rzeczywisty stan danego budynku. Biuro Infrastruktury miało rację. Tylko że kontrolerzy w ogóle tego nie rozumieli.

Przysłano mi panią, która nie umiała dokładnie nic

I grozili?
– Nie, ostrzegali. Był też inny problem. Jak przyjechałem na placówkę, mój samochód flagowy miał siedem czy osiem lat. Dwójka była o rok starsza. I mieliśmy jeszcze mercedesa kombi, żeby przewieźć coś itd. To było moje kolejne zadanie: muszę kupić samochody. W końcu dostałem pieniądze na ten trzeci.

Na kombi…
– I za to próbowali mnie wkręcić w dyscyplinę finansów publicznych.

Jak?
– Moja kierowniczka administracyjno-finansowa zebrała oferty i zawaliła dokumentację.

Zdarza się.
– O, nie! Proszę pana, jest placówka, którą czeka duży remont, wymiana samochodów, założenie systemu zabezpieczenia technicznego, tych wszystkich kamer itp. Powinienem tam mieć kierownika administracyjno-finansowego, który zna się dobrze na prawie, na prawie budowlanym, na prawie o zamówieniach itd. A kogo miałem? Przysłano mi panią, którą przedstawiano jako super hiper ekspertkę od tych wszystkich spraw. Po pół roku już wiedziałem, że nie umie dokładnie nic. I że nie znała co najmniej wystarczająco dobrze angielskiego. Tylko świetnie się z tym kryła, bo miała siostrę, która pracowała w innej ambasadzie, i cały czas się z nią konsultowała. Wisiała na telefonie. A i tak wpakowała mnie w kłopoty, bo nie przygotowała w sprawie tego samochodu pełnej dokumentacji.

I kupił pan niewłaściwy samochód?
– Nie, jak najbardziej właściwy! MSZ początkowo chciało, żeby to był mercedes, bo oni będą standaryzować. W porządku. Tylko że w warunkach ambasady w Helsinkach ja muszę ten samochód postawić w garażu. Przecież nie pod wiatą! Nie postawię na zewnątrz nowego samochodu przy 20-stopniowych mrozach. Dlatego zmierzyłem garaż i wyszło nam, że jedyny pojazd, który nam pasuje, to volkswagen sharan. Myśmy ten samochód kupili. Wydałem zamiast 50 tys. euro 34 tys. Każdy powinien być zadowolony. Ale dokumentacja była po prostu nieprzygotowana. Oni, tzn. sam dyrektor generalny Andrzej Papierz, poszli z tym później do komisji dyscypliny finansów publicznych.

Do tej w Ministerstwie Finansów?
– Tak. Ale dużo później się zorientowałem, że Papierz nie znał wewnętrznych przepisów. W 2007 r. wyszło rozporządzenie ministra, że ze względu na to, że ambasady działają w różnych realiach finansowych, mogę z wolnej ręki zrobić zakup do 125 tys. euro. Czyli zarzut, że nie dopełniłem całej procedury przetargowej, a tak naprawdę nie ja, tylko moja kierowniczka administracyjno-finansowa, już nie za bardzo mógł się ostać.

Jak chcą dokuczyć, to ludzi nie przyślą

Nie mógł pan takiej kierowniczki odesłać do kraju?
– Nie. Ambasador w zasadzie nie ma żadnego pola manewru w tym zakresie. Jeśli nie ma współpracy z kadrami, czyli Biurem Spraw Osobowych, ambasador nic w takiej sprawie nie zrobi. Zahacza pan o problemy kadrowe. Miałem je od samego początku, ponieważ od samego początku wpychano mi tę panią, o której już wspomniałem, na zastępcę. Nawet jak dostawałem od ministra Waszczykowskiego nominację, to gdy dyrektor DPE wprowadziła mnie do gabinetu ministra i usiedliśmy przy stole, od razu zaczęła: „Zastępcą pana ambasadora będzie ta pani…”. Wtedy naprawdę się zdenerwowałem. Nie zgodziłem się na nią i już miałem wojnę z Departamentem Polityki Europejskiej i Biurem Spraw Osobowych. Kierowniczka finansowo-administracyjna – okazało się, co się okazało. Wkrótce pojawił się problem z konsulem, potem z attaché prasowym. Gdy mój konsul, bardzo dobry zresztą, wyjechał z placówki, bo już był tam cztery lata i chciał wracać do kraju, zacząłem mieć wakaty. Musiałem przesunąć kogoś z uprawnieniami konsularnymi do konsulatu, bo ciągle nie było ludzi.

Dlaczego?
– Praktyka. Wynika z dwóch rzeczy. Jedna jest taka, że MSZ naprawdę nie ma ludzi. Jak pan jest dobrym księgowym, to po co panu iść na kierownika administracyjno-finansowego do ambasady gdzieś tam w świecie? Więcej zarobi pan w Polsce, a nigdzie nie musi się ruszać, dezorganizować życia rodziny itp. Z tego, co mi powiedziano, kierownika administracyjno-finansowego nie miało 60% placówek! Nie sądzę, żeby teraz było lepiej.

I jak sobie radzą?
– Do mnie na początku przyjeżdżał pan z ambasady w Oslo, bardzo doświadczony kierownik, i księgował mi rachunki. Oni w MSZ mają też kłopoty z systemami komputerowymi, z oprogramowaniem, bo panie, które pracują w biurze w ministerstwie, nie dają sobie rady z nowoczesnymi systemami komputerowymi, więc wszystko księguje się po trzy razy.

Przecież taki księgowy może z Warszawy robić wszystkie wyliczenia. Korporacje tak robią – tworzą centra obsługi finansowej.
– Wszystko zależy od sytuacji. Proste wypłaty, proste sprawy można realizować na odległość. Jeśli natomiast ma pan duży obiekt, gdzie ciągle coś się dzieje: awaria, remont, delegacja, poważne zakupy, ktoś musi się tym zajmować na bieżąco. Ale jest i drugi aspekt – jak panu chcą dokuczyć, to ludzi nie przyślą.

I panu nie przysyłali? Ambasadorowi Izydorczykowi też nie przysyłali.
– To była dokładnie ta sama sytuacja. Nie ma pan ludzi. Nie ma pan kim robić.

A wymagania są te same?
– Te same, a jeszcze jak przyjdzie taki Izydorczyk albo Suchoples, to wymagania rosną. Bo my wymagaliśmy więcej.

Od pracowników?
– Obecnie pracuję w Finlandii, wykładam na uniwersytecie… Zapraszają mnie na różne przyjęcia, czasami z tych zaproszeń korzystam, i widziałem, jeszcze przed pandemią, że często po prostu nie ma nikogo z polskiej ambasady. Za moich czasów to było niemożliwe! Nie było imprezy w Helsinkach, na którą dostaliśmy zaproszenie, żeby ktoś z polskiej ambasady się nie zjawił. Wszędzie musieliśmy być. Bo wszędzie trzeba się pokazać, bo wszędzie mają mówić o nas dobrze i mają wiedzieć, że ta ambasada jest aktywna.

Działają na szkodę państwa

Odszedł Waszczykowski, odeszła Ćwioro, słońce panu nie zaświeciło?
– Jej następcy wszystko przebili! Jak już pan Waszczykowski przestał być ministrem, a pani Ćwioro cudem zdążyła pojechać jako ambasador do Pragi, to ja dalej nie dostawałem ludzi. Bo też byłem na celowniku, tym razem u Papierza.

A dlaczego był pan na celowniku u Papierza?
– Bardzo prosta sprawa – nie miałem żadnego politycznego zaplecza. A on sobie wymyślił, że poobsadza tymi swoimi… młodzieńcami i innymi ze swojego otoczenia możliwie dużo placówek i różnych innych stanowisk, bo w ten sposób buduje swoją klikę. Po prostu. Co tu dużo rozmyślać! Dowiedziałem się pośrednio od kogoś z Finlandii, kto załatwiał coś w kancelarii prezydenta Dudy i rozmawiał z jego bliskim współpracownikiem o mojej sprawie, że powiedziano mu tak, oczywiście nieoficjalnie: „My wiemy, że afera przeciwko ambasadorowi jest grubymi nićmi szyta. Ale on nie ma politycznego poparcia. Więc niech spada na drzewo”. Dokładnie tak mi to zrelacjonowano. A później gdzieś od kogoś usłyszałem, że jak prezydent Duda podpisał moje odwołanie, w jego kancelarii mówiono o tym: „A, prezydent tylko podpisuje”. I to prawda…

Pan był ambasadorem dwa lata.
– Byłem nim rok i siedem miesięcy. I to ma dalsze konsekwencje. Ambasador Grudziński był półtora roku. Ja byłem miesiąc dłużej. Myślę, że dobrze mi szło, nawet bardzo dobrze. Ale taki tryb odwoływania ambasadorów, przed upływem ich kadencji, jest po prostu obraźliwy dla kraju przyjmującego. Gdy mnie odwołano, miała się zacząć w lipcu fińska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej. A mój następca przyjechał do Helsinek dopiero w październiku. Napisałem o tym ministrowi Czaputowiczowi, ale on nic nie mógł i chyba nie chciał móc. W ogóle mi nie odpowiedział.

Mieliśmy więc taką sytuację, że zaczynała się prezydencja…
– …i nawet Macedonia Północna, która ma ambasadę w Sztokholmie z akredytacją na Helsinki, na czas fińskiej prezydencji przeniosła swoją ambasadę do Helsinek! Tylko dlatego właśnie, że Finlandia sprawowała tę prezydencję. Który europejski kraj, członek Unii czy dopiero do UE kandydujący, nie miał swojego ambasadora w Helsinkach przez pierwsze trzy miesiące fińskiej prezydencji? Najjaśniejsza Rzeczpospolita! Jeśli pan Papierz załatwia swoje, w sumie prywatne, interesy – niech załatwia. Jeśli w MSZ uważają, że się nie nadaję – proszę bardzo, nie muszę być ambasadorem, mam swój zawód, dorobek, czy jak to tam się nazywa. Ale niech nie działają na szkodę państwa! Nie interesuje mnie, jakie plotki wymyślają i rozpowszechniają na mój temat (a w tym są dobrzy, zaręczam panu), ale niech mają na względzie, chociaż trochę, interes Polski, którą tak chętnie wycierają sobie gęby. I to już będzie w porządku.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl


Za tydzień: II część rozmowy

  • Jak odwoływano ambasadora.
  • Ludzie Papierza.
  • MSZ we władaniu służb.
  • Ile wart jest polski kontrwywiad?
  • Jak wpychano ambasadora RP w ręce Rosjan?
  • O bizantyjskich obyczajach na placówkach i w centrali.
  • O tym, co najważniejsze w MSZ: kto ma jakie kontakty i z kim sypia.
  • Czy pora rozwiązać MSZ?

Fot. Kancelaria Prezydenta Finlandii

Wydanie: 6/2021

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy