„My” i on

Lech Kaczyński zamierza zostać prezydentem. Najchętniej rządziłby razem z bratem jako premierem, ponieważ przyzwyczaili się do siebie od niemowlęctwa. Czy mają szanse?
Adam Leszczyński opublikował w „Gazecie Wyborczej” (26-28.03.br.) artykuł „Bogatsi, ale nieszczęśliwi”. Adama Leszczyńskiego zapamiętałem od czasu jego książki „Afryka i AIDS”, przejmującego reportażu o Afryce jako kontynencie dziesiątkowanym przez AIDS. Pamiętam też dyskusję o tej książce, w trakcie której mieszkający w Polsce Afrykanin protestował dumnie przeciwko plakatowi z hasłem „Afryka ginie”, ponieważ, jego zdaniem, mimo tej straszliwej choroby liczba mieszkańców Czarnego Lądu się powiększa, podczas gdy w zdrowej i bogatej Europie mamy ujemny przyrost naturalny i gdyby nie fale imigrantów, to nie Afryka, ale Europa powinna się wyludnić.
Leszczyński opisywał też, jak jeżdżąc po Afryce, kontynencie chorób i nędzy, widział tam na każdym kroku uśmiechniętych, pogodnych ludzi, których trudno jest spotkać dzisiaj na ulicach miast polskich.
Dlaczego?
Artykuł Leszczyńskiego „Bogatsi, ale nieszczęśliwi” skupia się na tym pytaniu. Autor przyjmuje za dobrą monetę, że w ciągu ostatnich 15 lat nastąpił w Polsce znaczny wzrost gospodarczy, średnie wynagrodzenie zwiększyło się o jedną trzecią, produkt krajowy brutto jest w Polsce wyższy niż w Słowenii, na Węgrzech, na Słowacji czy w Czechach, przedłużyło się życie ludzkie itd. Mimo to jednak, jak pisze, większość Polaków nie tylko uważa, że ich sytuacja się pogorszyła, ale i na pytanie: „Kiedy będzie lepiej?” odpowiada, że: „Lepiej już było”.
Polacy więc nie tylko nie uśmiechają się jak Afrykanie, ale w dodatku nie bardzo wierzą w przyszłość.
Leszczyński wskazuje na różne przyczyny zjawiska. Na właściwą Polakom skłonność do narzekania – co nie do końca jest prawdą – zawiść tych, którym powodzi się gorzej wobec tych, którym powiodło się lepiej, demonstracyjne bogactwo, z którym obnoszą się krezusi, wpędzając we frustrację szaraczków, wreszcie na utratę poczucia bezpieczeństwa, zwłaszcza w obliczu bezrobocia, a także – co bardzo trafne – na utratę wiary w związek pomiędzy dobrą pracą a powodzeniem osobistym. Jako przykład tego ostatniego służy chociażby zakład Volkswagena w Poznaniu, który ogłosiwszy świetne wyniki finansowe, zwolnił zarazem kilkuset pracowników, a także fabryka kabli w Ożarowie, zamknięta z trzaskiem mimo swej rentowności.
Leszczyński pomija widoczny gołym okiem rozpad naszego społeczeństwa na dwie coraz bardziej odległe od siebie grupy. Tych, którzy utrzymują się na powierzchni w istniejącym u nas systemie gospodarczym, oraz tych, którzy już poszli pod wodę, to znaczy spadli poniżej minimum socjalnego, a jest ich już 56%. Nadal pisze o Polakach „my”, podczas gdy wyraz „my” znaczy już dziś coś zupełnie innego dla mieszkańców popegeerowskich obszarów nędzy czy górników z biedaszybów niż dla pracujących mieszkańców wielkich miast. Owo „my” właśnie ciągle podnosi na duchu odczuwających nadal ścisłe wzajemne związki ubogich i schorowanych Afrykanów, podczas gdy u nas staje się coraz bardziej wątpliwe.
Rozpad więzi społecznej, a więc poczucie alienacji, dotyczy nie tylko ludzi przegranych lub tych, którzy uważają, że są przegrani. Odnosi się do beneficjentów naszej transformacji. Bogacz nie czuje się solidarny i bliski z innym bogaczem, chociaż na pozór łączą go z nim wspólne interesy i związki towarzyskie. Widzi w nim jednak konkurenta, którego sukcesy muszą się odbijać negatywnie na jego własnych interesach. Stąd też, paradoksalnie, najsilniejsze w tym środowisku okazują się związki mafijne, których spoistość jest warunkiem wspólnego powodzenia.
Leszczyński, powołując się na amerykańskiego ekonomistę Roberta H. Franka, dochodzi wreszcie do wniosku, że „na jakość życia od tempa wzrostu gospodarczego większy wpływ ma sposób, w jaki społeczeństwo inwestuje jego owoce”.
Jest to wniosek słuszny. Wyjaśnia on na przykład zadziwiający rezultat niedawnej ankiety, w myśl której połowa społeczeństwa uważa życie w PRL za lepsze od tego w III RP. Charakterystyczną cechą owego życia w PRL były bowiem dwa przekonania: po pierwsze, że my, społeczeństwo, stanowimy jedność o wspólnych interesach i dążeniach, po drugie zaś, że dorobek społeczeństwa powinien być dorobkiem wspólnym, owocującym wspólnymi korzyściami, od nowego mostu na Wiśle czy trasy komunikacyjnej po poziom oświaty, opieki społecznej czy wyniki drużyny piłkarskiej. Jeśli ekipy rządzące nie były w stanie zapewnić tych wspólnych satysfakcji, należało je obalać i taki przecież był sens kolejnych przewrotów lat 1956, 1970, 1980 czy wreszcie 1989.
Tyle że ten ostatni właśnie przyniósł owoce nieoczekiwane. Zamiast umocnienia w warunkach wolności i demokracji naszego zbiorowego „my”, czego się spodziewano, wskazał drogę indywidualnych sukcesów materialnych. Zamiast celów, które miałoby realizować całe społeczeństwo, zbudował ideał osobistej zdobyczy materialnej, opisując tych, którzy nie potrafią jej osiągnąć, jako jednostki słabe i nieudolne, które same są winne swoim niepowodzeniom.
I w tym właśnie miejscu jesteśmy znów przy braciach Kaczyńskich.
Idąca do władzy prawica jest siłą, która postanowiła wygrać ów stan zagubienia i niepewności na swoją korzyść. A nic tak szybko nie tworzy poczucia wspólnoty jak wskazanie wspólnego wroga. W tym celu prawica konstruuje obraz owego ogólnonarodowego wroga, w stronę którego należy skierować gniew i frustrację społeczną, obejmując przy okazji władzę. Tym wrogiem jest najogólniej rozumiana „komuna”, a także Okrągły Stół, „mafia”, która obsiadła kraj, a do której wpisuje się hurtem nazwiska prezydenta, premierów, ministrów itd., wreszcie spisek służb specjalnych, cokolwiek miałoby to znaczyć. Ciekawe jest, że od którejkolwiek strony by zacząć, od Orlenu, PZU, FOZZ czy Rywina, zawsze w efekcie pojawia się w mediach ten sam zestaw nazwisk, obojętne, czy ma on jakikolwiek związek z meritum tych spraw, czy też nie ma.
Tworzenie tej konstrukcji jest dowodem instynktu politycznego prawicowych przywódców. Chcą oni choćby na krótko skapitalizować narastającą frustrację społeczną i poczucie alienacji na swoją rzecz, odbudować fikcyjne „my”, co nieraz już w historii przećwiczyły prawicowe zamachy stanu i dyktatury. Niewykluczone, że i tym razem to się uda.
Pewne jest natomiast, że owo poczucie alienacji, nawet na chwilę zakrzyczane, powróci. Wynika ono bowiem z fundamentalnych prawideł tej wersji kapitalizmu, którą lansujemy w naszym kraju. Nie słychać zaś, aby kandydat na prezydenta, nawet wespół z bratem, zamierzał ją kwestionować i nadać jej ludzką twarz. Chodzi wyłącznie o marsową twarz przyszłego prezydenta, którą ze znacznym wyprzedzeniem oglądamy już na ekranach naszych telewizorów. Reszta zostanie bez zmian.

 

Wydanie: 14/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy