Na desce po medal

Na desce po medal

Na przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich zadebiutuje aż pięć nowych dyscyplin

Aori Nishimura ma 17 lat, długie, farbowane na blond włosy i ponad 91 tys. fanów na Instagramie. Jej profil w mediach społecznościowych nie przypomina jednak typowego konta nastolatki. Poza sporadycznymi wspólnymi zdjęciami z koleżankami oraz kilkoma fotografiami jej psa dominującym motywem jest deskorolka. Bo Aori Nishimura ma też ogromne szanse, by za rok zdobyć w ojczyźnie złoty medal na igrzyskach olimpijskich. W dodatku jako pierwsza w historii w profesjonalnym deskorolkarstwie.

Jazda na desce to jedna z pięciu nowych dyscyplin, które Międzynarodowy Komitet Olimpijski wprowadził do programu igrzysk. Ogłaszając decyzję w sierpniu 2016 r., przedstawiciele Komisji Programowej MKOl podkreślili, że debiutujące na olimpiadzie zmagania stanowić będą „atrakcyjny i emocjonujący pakiet dla kibiców”. W procesie selekcji nowych dyscyplin kierowali się nie tylko rosnącą popularnością wybranych sportów, ale też ich dostępnością w przestrzeni publicznej oraz znaczeniem, jakie mają one dla kraju gospodarza kolejnych igrzysk – Japonii. W przyszłym roku w Tokio olimpijską premierę (lub w niektórych przypadkach, jak softball, spektakularny powrót) będą mieć więc zawody w jeździe na deskorolce, surfingu, wspinaczce ściankowej, karate oraz bejsbolu (dla mężczyzn) i softballu (dla kobiet). I już w tym zestawie widać spory ukłon MKOl w kierunku Japończyków, bo zarówno jazda na desce, jak i wspinanie się w hali oraz obie wariacje uderzania piłki kijem są u nich ogromnie popularne.

Choć jest już mistrzynią Azji i zdobywczynią pierwszego miejsca w mistrzostwach świata w ulicznym deskorolkarstwie, Nishimura nie lubi mówić o sobie jako o profesjonalnej atletce. „Nie uważam jazdy na desce za sport. To dla mnie bardziej styl życia, sposób spędzania czasu, wyrażenia samej siebie”, opowiadała reporterom brytyjskiej edycji magazynu „Vogue”. „Jeśli rzeczywiście uda mi się wystąpić na igrzyskach i coś wygrać, to chciałabym móc pokazać ludziom, że skateboarding to rzeczywiście dobra zabawa, wokół której istnieje fajna kultura”. Te słowa znajdują potwierdzenie w jej wizerunku – Aori wciąż nosi nieco za duże męskie T-shirty, czapki z daszkiem i spodnie z niskim krokiem.

Już niedługo będzie musiała jednak niezobowiązujący strój zamienić na coś dużo poważniejszego – najpewniej obcisły kombinezon z flagą narodową i numerem startowym, do tego kask i ochraniacze. Z chwilą gdy stanie się sportowcem olimpijskim, zaczną obowiązywać ją ściśle określone przepisy MKOl. Żadnych nadruków na koszulkach, żadnych krzykliwych strojów, symboli politycznych czy manifestowania poglądów. Za złamanie zasad grozi dyskwalifikacja i ewentualne odebranie medalu.

I tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt w nowej relacji między deskorolkarzami a organizatorami igrzysk. Tokio będzie poligonem doświadczalnym – tam się okaże, czy kultura jazdy na desce i klasycznych olimpijskich zawodów mogą iść ze sobą w parze. Bo skateboarding wywodzi się z miejsca, gdzie jakakolwiek uniformizacja zawsze była odrzucana z definicji. W tym sporcie nigdy nie było miejsca na uporządkowany wizerunek, jasne zasady ani – przede wszystkim – na komercję. Przez dekady był synonimem nieograniczonej swobody. Nie miał nawet swojej areny. Uprawiano go i uprawia się przecież dosłownie wszędzie: w parkach, na placach, wokół pomników, przejść podziemnych i ramp. Wszędzie, gdzie się da na desce rozpędzić i zrobić z nią coś ciekawego, wykorzystując prędkość i różnicę wysokości. Igrzyska olimpijskie są przeciwieństwem tego podejścia – w totalnej swobodzie widzą raczej chaos, a wszystkie konkurencje chcą podporządkować sztywnym zasadom, co w przypadku skateboardingu wydaje się łączeniem ognia z wodą.

Bo może Aori Nishimura lub jej główna rywalka do olimpijskiego złota, Amerykanka Lacey Baker, nie postrzegają siebie jako stojących w jednym szeregu z koszykarzami, lekkoatletami czy wioślarzami, jednak na pewno robią to sponsorzy. Decyzje MKOl o poszerzeniu repertuaru igrzysk są bowiem podyktowane nie tylko popularnością i powszechnością konkretnych dyscyplin, ale też szansą na ich komercjalizację. Olimpiada to nie tylko najważniejszy turniej sportowy, to też wielomiliardowy biznes. Josh Friedberg, prezes Amerykańskiego Związku Skateboardingowego, przyznaje to bez ogródek. „Statystyczny widz oglądający letnie igrzyska przed telewizorem ma 55 lat. Włączenie do programu olimpijskiego takich sportów jak jazda na deskorolce jest szansą dla sieci telewizyjnych na przyciągnięcie przed ekrany dużo młodszej widowni”, mówił w marcu w brytyjskim „Vogue’u”. Więcej widzów to większe wpływy z reklam i możliwość pozyskania kolejnych sponsorów czy współpracy z nowymi markami. A jest o co walczyć. Według obliczeń firmy doradczej IBIS World globalny rynek sprzętu deskorolkarskiego wart jest 4,8 mld dol. Do tego należy dodać prawie 80 mld, które rocznie generują tzw. marki streetwearowe, czyli producenci sprzedający swobodne codzienne ubrania, preferowane przez uprawiających ten sport.

Dodając jazdę na desce do programu igrzysk, MKOl niewątpliwie chce wbić zęby w kawałek skateboardingowego tortu. Podobnie ma się zresztą sprawa z innym sportem, który zadebiutuje w Tokio i który szczelnie obudowany jest subkulturą, czyli surfing. Tak jak jazda na desce, surfowanie to dla wielu najlepszych zawodników w tym sporcie wciąż bardziej styl życia niż zawód i źródło dochodu. W wypowiedziach najlepszych surferów, takich jak Tia Blanco typowana do olimpijskiego złota reprezentantka Puerto Rico, wciąż niczym refren pobrzmiewa chęć pozostania blisko natury. Blanco, znana nie tylko z sukcesów na desce, ale również z popularyzowania diety wegańskiej, regularnie organizuje w kraju akcje zbierania śmieci z plaż. Podobnie jak Aori Nishimura swoje sukcesy przedstawia jako osiągnięte „przy okazji”, bez specjalnego treningu czy typowych dla olimpijczyków lat poświęceń i katorżniczego wysiłku.

Analogii między włączeniem obu sportów do programu igrzysk jest zresztą więcej. I deskorolkarze, i surferzy mają ulubione marki odzieżowe oraz producentów sprzętu. Dotychczas ten rynek pozostawał poza zasięgiem bliskich MKOl koncernów i sponsorów – dzięki debiutowi w Tokio może to się zmienić. Rocznie firmy ściśle związane z surfingiem – producenci sprzętu czy kombinezonów piankowych – generują obrót w wysokości 8 mld dol. Do tego należy dodać odzież marek kojarzonych z tym sportem, produkujących również ubrania codziennego użytku, jak Quicksilver czy Billabong.

Aspekt finansowy poszerzenia programu olimpijskiego nie ogranicza się jednak do reklam. Po igrzyskach przychodzi przecież czas na podział zysków. I tu pojawia się kolejny powód do niepokoju dla nowicjuszy. Fernando Aguerre, szef Międzynarodowej Federacji Surfingu (ISA), zauważa bowiem, że choć nowe sporty mogą znacząco poszerzyć publikę olimpijskich zmagań i tym samym podnieść zyski z samej olimpiady, to zarządzające nimi związki nie zobaczą z tej sumy ani grosza. Całość zarobionych w 2020 r. pieniędzy podzielona zostanie pomiędzy sam MKOl, komitet organizacyjny z Tokio i federacje 28 sportów uznawanych za podstawowe w formacie olimpijskim. Surfing do nich nie należy, tak samo jak pozostałe cztery nowe dyscypliny.

Koszty związane z wejściem na igrzyska są z kolei ogromne. Trzeba przecież przeprowadzić eliminacje, możliwie najrówniejsze dla zawodników ze wszystkich kontynentów, przygotować serię turniejów treningowych. Do tego dochodzą logistyka, obsługa prasowa i mnóstwo innych zobowiązań finansowych. Co z tego, że dzięki transmisjom z Tokio miliony osób mogą po raz pierwszy obejrzeć zmagania surfingowe, skoro bezpośrednio dyscyplina ta nie skorzysta na tym w wymiarze finansowym? Aguerre podkreśla, że dla takich federacji jak ISA ewentualne przychody z olimpiady byłyby ogromnym zastrzykiem stymulującym rozwój ich dyscypliny. I narzeka, że MKOl nie podziela jego punktu widzenia. Mimo to cieszy się, że surfing otrzymał już prowizoryczną akceptację, jeśli chodzi o kolejne igrzyska, w 2024 r. w Paryżu.

Władze światowego olimpizmu są krytykowane nie tylko przez nowicjuszy. Zarzuca się im, że poprzez ciągłe modyfikacje liczby dyscyplin i programu sportowego niszczą prawdziwą rywalizację – bo sportowcy przygotowują się do zawodów, nie mając pewności, czy ich konkurencja będzie w ogóle na olimpiadzie obecna. Słychać też głosy o powiększaniu na siłę liczby dyscyplin, bez wyraźnego powodu. W ten sposób sporo serwisów branżowych opisuje chociażby debiut w Tokio koszykówki w formacie trzyosobowym. Kiedy jednak do rozdania będzie komplet medali, głosy te zapewne zamilkną. Liczyć się będzie tylko zwycięstwo.

Fot. Zuma Press/Forum

Wydanie: 34/2019

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy