Na lewo albo w dół

Na lewo albo w dół

Prof. Tomasz Nałęcz optował, aby w pierwszej turze wyborów prezydenckich głosować na Bronisława Komorowskiego i w ten sposób od razu skuteczniej bronić się przed powrotem IV RP. Teza ta jest błędna i z założenia fałszywa. Zakłada bowiem istotne różnice pomiędzy wizjami politycznymi oraz środowiskami popierającymi Kaczyńskiego i Komorowskiego. Straszenie Kaczyńskim ma podkreślić nowoczesność i postępowość Komorowskiego. Ja zamiast różnic dostrzegam wiele podobieństw pomiędzy kandydatami PiS i PO: konserwatyzm, uległość wobec Kościoła, elitaryzm, zamiłowanie do martyrologii i schlebianie mitom narodowym.
Skuteczna przeciwwaga dla prawicowej wizji Polski to upomnienie się o ład, w którym istnieje realna wolność, równość i demokracja.
Wolność nie tylko od nacisków państwa i presji ekonomicznej, lecz także wolność dokonywania własnych wyborów życiowych bez narażania się na jakiekolwiek szykany w miejscu pracy i zamieszkania, w codziennym życiu. Dziś teoretycznie każdy ma swobodę w podpisywaniu i uzgadnianiu warunków umowy o pracę, w praktyce jednak presja ekonomiczna i strach przed bezrobociem olbrzymiej części społeczeństwa ograniczają niemal do zera możliwości wyboru. W przypadku polskim bardzo trafnie brzmią słowa Giddensa, który pisał w okresie rządów Margaret Thatcher: „Prawa cywilne będące podstawą wolności zawierania umów nie zapewniają robotnikom żadnego formalnego wpływu na przebieg wykonywanej pracy. Prawa polityczne przyznawane każdemu jako obywatelowi nie obejmują sfery przemysłowej”. Wolność polityczna i obywatelska, która nie występuje w miejscu pracy, gdzie ludzie spędzają większość czasu, czyni demokrację bardzo skarlałą. Wolność, która jest ograniczona wobec ludzi lewicy, feministek, gejów, związkowców, ekologów i całej kolorowej części polskiego, szarego społeczeństwa, jest tylko pustym sloganem. O wolności dla wszystkich gwarantującej prawo do własnych poszukiwań jednak ani Komorowski, ani Kaczyński nawet się nie zająkną.
W kwestii równości też nie chodzi o nic nieznaczący w ustach rynkowych kaznodziejów, teoretyczny slogan mówiący o „równości szans”, ale o „równość skutków” w realnym życiu. Występująca tylko na poziomie formalno-administracyjnym „równość szans” nie daje żadnej możliwości równego startu w dorosłe życie – z jednej strony, córka Sobiesiaka i syn Kulczyka będąc „na starcie”, są już tak naprawdę „na mecie”; z drugiej strony, chłopaki z wrocławskiego Śródmieścia, nawet jeśli nie wiem jak bardzo będą się starać, przez całe życie pozostaną „na starcie”. W takich warunkach formalna „równość szans” może być tylko bajką dla naiwnych. Ani kandydat PO, ani kandydat PiS nie wyrównają szans w tym wyścigu.
Demokracja to nie tyrania większości, ale również prawa mniejszości do własnej odmienności. Demokracja to jednak przede wszystkim szacunek dla praw obywatelskich. A na te ostatnie składają się zarówno prawa cywilne i polityczne, jak i prawa socjalne. Analizując dane Eurostatu za rok 2008, dowiadujemy się, że 63% Polaków nie stać, by raz w roku pojechać przynajmniej na tydzień urlopu. 20% Polaków nie może sobie pozwolić na to, by wystarczająco ogrzać mieszkanie, 21% – by przynajmniej raz na dwa dni jeść mięso, drób albo rybę, a 17% nie stać na samochód. Eurostat na tej podstawie policzył, że odsetek osób dotkniętych materialnym niedostatkiem wynosi w Polsce 32%, czyli należy do najwyższych w Europie. Natomiast wskaźnik biedy obejmuje 17% Polaków.
Co się zmieni w Polsce po zwycięstwie Kaczyńskiego lub Komorowskiego? Będzie tak samo, tylko gorzej. Po Komorowskim można się spodziewać całkowitego przyzwolenia na prywatyzację i komercjalizację wszystkiego, czego państwo jeszcze może się pozbyć. Komorowski będzie tak samo bezkrytycznie wspierał wszelkie pomysły Tuska, jak były prezydent Kaczyński wspierał wariactwa PiS. A więc niedostatki i ułomności rynku będzie się leczyło za prezydentury Komorowskiego hasłem „więcej rynku”. Z kolei sukces Kaczyńskiego to dalsze umacnianie polskiego skansenu w sferze mentalno-kulturowej oraz gwarancja kompromitacji Polski na arenie międzynarodowej. Jeden i drugi będą też wspierać trwanie kościelnych przywilejów i wpływów Kościoła na życie publiczne w Polsce.
Czy można tego uniknąć? Wynik brytyjskich liberałów w wyborach parlamentarnych, a także ostatnie spadki największych partii w Czechach pokazują, że trudno utrzymać monopol tylko dwóch graczy na scenie politycznej. Właściwe pytanie nie brzmi „czy można przerwać ten klincz dwóch prawicowych partii w Polsce?”, lecz „kiedy to nastąpi?”. Nie można jednak biernie czekać na zawalenie się POPiS-owej ideologii. Trzeba już dziś przekłuwać ten nadęty i pusty balon.
Dlatego też broniąc zasady demokracji i chcąc rozbić monopol dwóch prawicowych partii w polskim życiu publicznym, należy przy każdej nadarzającej się okazji popierać postępowe osoby i środowiska reprezentujące odmienną niż PO i PiS filozofię polityczną. Tym razem jest to Grzegorz Napieralski i w interesie przyszłości całej lewicy w Polsce jest uzyskanie przez niego jak najlepszego wyniku. Tutaj nie ma żadnych innych taktycznych kalkulacji: albo idziemy na lewo, albo idziemy w dół i przy następnych rozgrywkach nas nie ma. Dlatego mówię NIE dwóm Panom K.

Wydanie: 24/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy