Najbardziej udany żart primaaprilisowy to…

Najbardziej udany żart primaaprilisowy to…

Prof. Aleksander Krawczuk,
historyk czasów starożytnych, b. minister kultury

W początkach cesarstwa w starożytnym Rzymie było wielu dowcipnisiów, ale jeden przebił wszystkich. Pewien senator żartował okrutnie z każdego, nie wyłączając samego cesarza. Wiedział, czym to grozi, ale nie przyjmował żadnych ostrzeżeń. Wreszcie cesarz nie wytrzymał i skrócił go o głowę. Z tych czasów zachowało się powiedzenie „Wolał stracić głowę niż dobry żart”. Historię tę dedykuję naszym politykom. Dziś mało jest ludzi tak odważnych. Najczęściej politycy wolą czegoś nie mówić lub nie robić, bo boją się Kościoła, mediów, innych polityków, utraty mandatu itd. A w starożytnym Rzymie prima aprilis był świętem Wenery, bogini miłości i płodności, obchodzonym uroczyście zarówno przez dostojne matrony, jak i kurtyzany.

Leszek Malinowski,
kabaret Koń Polski

Przez 15 lat prezesowałem w Radiu Północ w Koszalinie. Żartem, który wywołał największy oddźwięk, była informacja, że w nadmorskim piasku w Mielnie można znaleźć drobiny złota. W naszych serwisach wypowiadali się „naukowcy”. Nawet moja mama dała się nabrać i zatelefonowała do mnie, że jedzie do Mielna szukać złota. Na plaży pojawiły się tłumy.

Stanisław Żelichowski,
poseł PSL

Kiedy byłem ministrem środowiska, wymyśliłem żart na prima aprilis. Zgłosiła się do mnie telewizja publiczna, a ja z całą powagą powiedziałem, że rozważamy wprowadzenie opłaty od grilla, zwłaszcza że często przyjeżdżają do nas goście zagraniczni i na tym można dodatkowo zarobić. Okazało się, że sprawa na tyle dotknęła telewidzów, że do dziś, choć minęło wiele lat, nie mogą mi tego darować. Zażartowałem też przy okazji debaty telewizyjnej, w której omawiano projekt wprowadzenia zakazu picia alkoholu w Sejmie. Powiedziałem wtedy, a była jeszcze Unia Wolności, że zakaz jest mało precyzyjny, bo może dla posłów UW dawką śmiertelną jest pięćdziesiątka, a dla chłopa litr. Potem od słuchaczy dostaliśmy straszne cięgi, że parlamentarzyści tylko piją i nic ich nie interesuje. Teraz więc boję się żartów, zwłaszcza primaaprilisowych.

Barbara Hoff,
projektantka mody, publicystka

Kiedyś zaproponowałam, aby uszyć męskie marynarki z lnu na zasłony. Materiał był dość gruby, w kwiaty na czarnym tle. Narysowałam nowy fason, marynarka miała być ciasna, a wtedy nosiło się luźne. Ówczesny kierownik piętra w CDT, a późniejszy dyrektor Domów Centrum, wziął belę lnu i pojechał do Szczecina do fabryki Odra. Akurat był 1 kwietnia, a on przywiózł len w kwiaty i rysunek marynarki. W fabryce potraktowali cały projekt jako żart primaaprilisowy, a nie poważne zamówienie dla stołecznego handlu. Na nic się nie zdały tłumaczenia. Po jakimś czasie i wielu perypetiach marynarki uszyli, i nawet byli z nich dumni, bo delegacje zagraniczne zawsze się przy tym zatrzymywały i chwaliły pomysł.

Krzysztof Skiba,
rockman

Jako osobnik łatwowierny stawałem się ofiarą żartów primaaprilisowych. Dawałem się nabrać na najprostsze, np. takie, że przyszli do mnie z urzędu skarbowego. Koledzy z zespołu Big Cyc, gdy byliśmy w trasie, nabierali mnie, mówiąc, że jakaś piękna blondynka czeka na mnie w recepcji hotelu. Gdy nie chciałem uwierzyć, zapewniali mnie, że to pewnie dziennikarka, bo ma mikrofon. Zjeżdżałem windą do recepcji, a tam nikt na mnie nie czekał. Co roku obiecywałem sobie, że się odegram, ale potem zapominałem i dopiero śmiech kolegów uświadamiał mi, że znów mnie nabrali.

Monika Olejnik,
dziennikarka telewizyjna i radiowa
Zwykle najlepiej udawały się nam pierwszokwietniowe żarty sportowe. W ubiegłym roku Radio Zet poinformowało strasznie poważnie, że jednak nam odebrano mistrzostwa Euro 2012. Polska nie będzie tego organizować. Wiadomość została przyjęta, był ogromny smutek i szok. Oczywiście na krótko.

Marcin Daniec,
satyryk, aktor

Nigdy nie zapomnę, jak „Nowiny Rzeszowskie”, gazeta, na której się wychowałem, napisały, że bohaterowie serialu „Bonanza” wylądują nie w Warszawie, tylko w Rzeszowie. Miałem wtedy 14 lat i gruby zeszyt ze zdjęciami bohaterów filmu, ale nie udało mi się zdobyć pieniędzy na bilet z mojego Wielopola do Rzeszowa. Następnego dnia przeczytałem w gazecie, że to był żart, jednak kilkaset osób koczowało na lotnisku w Rzeszowie przez długie godziny.

Maciej Iłowiecki,
dziennikarz, b. przewodniczący KRRTV

Niedługo po stanie wojennym Radio Kolor podało na 1 kwietnia taką wiadomość w serwisie informacyjnym: „Zaobserwowano, że Armia Radziecka znów zmierza ku naszym granicom, a w niektórych miejscach już ją nawet przekroczyła”. Dzwonili ludzie z terenów przygranicznych i pytali, gdzie konkretnie miała przekroczyć, bo u nich nic się nie dzieje. Po jakimś czasie z Radia Kolor zadzwoniono do mnie, abym powiedział, jak mi się ten dowcip podobał. Uznałem, że żart był niezbyt udany, bo mimo wszystko ludzie się boją takich rzeczy. Przy naszych smutnych doświadczeniach balansowanie na granicy grozy nie świadczy dobrze o poczuciu humoru.

Wydanie: 13/2011

Kategorie: Kraj, Pytanie Tygodnia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy