Naoczny świadek

Naoczny świadek

Upowcy strzelali do ludzi jak do kaczek, ponieważ na tle ognia uciekający byli widoczni jak na dłoni

Jestem świadkiem (…) ludobójstwa popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich na polskiej ludności Kresów II Rzeczypospolitej. Moja relacja dotyczy części byłego województwa lwowskiego oraz południowo-wschodniej części województwa lubelskiego. (…)

Urodziłem się i przez wiele lat mieszkałem w kolonii Turyna, przysiółku wsi Tarnoszyn, powiat Tomaszów Lubelski (dawniej Rawa Ruska, województwo lwowskie). (…) Przed II wojną światową mieszkało w niej 28 rodzin – 23 polskie, cztery ukraińskie i jedna mieszana. Nasza macierzysta wieś Tarnoszyn w końcu 1939 r. liczyła ok. 280 rodzin. Dwie trzecie ludności stanowili Polacy, resztę – Ukraińcy wyznania prawosławnego. (…)

Pierwsze zorganizowane oddziały UPA pojawiły się na Wołyniu, Polesiu i innych wschodnich terenach Polski już w październiku 1942 r. Nasza miejscowość znalazła się w zasięgu działania UPA-Zachód. Napady band ukraińskich na polskie wsie stawały się coraz częstsze, niemal co noc widzieliśmy łuny pożarów oraz uciekającą ludność. (…)

Nocą z 17 na 18 marca 1944 r. dokonano napadu na Tarnoszyn. Pamiętam, że noc była niezbyt ciemna. Trzymał mróz, na ziemi leżała gruba warstwa świeżego śniegu. Około godz. 23.30 Bolek Knotalski, Dziunek Łąkowski i ja byliśmy na podwórzu zabudowań rodziny Domańskich – właśnie kończyliśmy nocny obchód. Takie dyżury organizowane były od dawna, a rodzice często pozwalali nastolatkom brać w nich udział. Mieliśmy już iść do domów, gdy od strony Szczepiatyna poszybowała w niebo czerwona rakieta, a po niej druga z przeciwległego końca wsi. Był to sygnał do rozpoczęcia ataku. Ponieważ do najbliższych zabudowań wsi było nie więcej niż 600-1000 m, wszystko widzieliśmy wyraźnie, tym bardziej że większość zabudowań od razu stanęła w płomieniach. Słyszeliśmy detonacje granatów wrzucanych do zabudowań, a także liczne strzały – zarówno pojedyncze, jak i seryjne. Nasilał się lament ludzi, krzyk dzieci i kobiet. Niewyobrażalny zgiełk potęgował ryk i pisk przerażonych zwierząt. Widać było, jak zdesperowani ludzie wyskakiwali – najczęściej w samej bieliźnie – z płonących domów i bezradnie miotali się wokół nich, a następnie ginęli od kul bandytów. Niektórzy mieszkańcy próbowali uciekać w pole w kierunku Turyny, ale tuż za wsią czekali na nich zaczajeni bandyci. Strzelali do ludzi jak do kaczek, ponieważ na tle ognia uciekający byli widoczni jak na dłoni. Wielu napastników poruszało się konno. Objeżdżali opłotki wsi i zabijali każdego, kogo napotkali. Staliśmy z kolegami jak sparaliżowani przez jakieś pół godziny, a następnie pobiegliśmy do swoich domów, aby z rodzicami uciec stamtąd jak najdalej.

Książka Wołyń. Ludobójstwa UPA – kłamstwa polityków w księgarni PRZEGLĄDU

Bilans tego ataku był straszny. Zamordowano 125 osób, w tym 20 dzieci do lat 15 i 45 kobiet. Spalono prawie wszystkie polskie domy. Ustalono później, że banda UPA liczyła ok. 1,5 tys. osób. Dowodził nią Mirosław Onyszkiewicz, który niedługo potem został jednym z głównych dowódców UPA. W napadzie brała też udział grupa bandziorów z sąsiedniego Ulhówka, a także inni, np. Iwan Maslij – ówczesny komendant milicji ukraińskiej w Szczepiatynie. Miałem wtedy prawie 14 lat i pamiętam tę zbrodnię doskonale. Szczegółowy jej opis, a także listę ofiar przekazałem do IPN w Warszawie, oczywiście bez odzewu.

Po tej napaści Ukraińcy nie dali Polakom z Tarnoszyna spokoju. Od 8 kwietnia polowano na powracających ocalałych mieszkańców i zamordowano następnych 20 osób. Spalono także ominięty poprzednio kościół. Ogółem w Tarnoszynie ofiarą ukraińskich bandytów padło 145 osób.

W czasie tego pierwszego napadu bandyci, chyba z pośpiechu, nie zaatakowali Turyny. Kolonię niszczono stopniowo. Co jakiś czas rabowano, a następnie palono zabudowania zbiegłych mieszkańców. Większość domostw zniszczono bądź spalono wiosną i latem 1944 r. Dom mojej rodziny, ponieważ był nowy i zbudowany z bali, został rozebrany i wywieziony do Wasylowa. Miał w nim mieszkać jeden z miejscowych działaczy OUN. Pozostałe zabudowania – stodołę, oborę, spichlerz, pracownię pszczelarską – spalono, studnię zasypano gruzem, pasiekę składającą się z ok. 80 uli wywieziono w głąb terenów ukraińskich, a młody sad (ok. 1 ha) został wraz ze zbożem spalony. Podobnie zrobiono z zabudowaniami innych mieszkańców Turyny, rabując przedtem żywy i martwy inwentarz. Moja rodzina zdecydowała się na ucieczkę. Wypuściliśmy z zamknięcia zwierzęta, każdy, kto mógł coś udźwignąć, wziął w rękę tobołek i ruszyliśmy przez las do najbliższej stacji kolejowej Uhnów-Zastawie. Na szczęście wkrótce nadjechał pusty pociąg towarowy prowadzony przez polską załogę. Udało się nam wsiąść do niego. Po mniej więcej dwóch dobach dojechaliśmy do Boguchwały, wsi położonej kilka kilometrów za Rzeszowem. Tam, u obcych, lecz jakże dobrych ludzi udało nam się dotrwać do końca okupacji. W mojej dawnej małej ojczyźnie dochodziło do kolejnych napadów. Ustalono, że w czasie okupacji i po wyzwoleniu tylko na terenie powiatu tomaszowskiego UPA zamordowała 3210 osób. (…)

Zaraz po przejściu frontu moja rodzina wróciła z Boguchwały w swoje strony. Ponieważ wszystkie zabudowania Turyny zostały zniszczone, zamieszkaliśmy tymczasowo w Uhnowie (ok. 4 km od Turyny). Od jesieni 1945 r. zacząłem uczyć się w gimnazjum w Tomaszowie Lubelskim. Tu byłem świadkiem napadu UPA dokonanego w nocy z 8 na 9 marca 1946 r. W nocy najpierw usłyszeliśmy, a potem zobaczyliśmy, jak koło budynku naszej bursy przebiega wielu uzbrojonych mężczyzn. Niebawem w bliższej i dalszej odległości rozległa się strzelanina. Jak się okazało, był to napad na miejscową jednostkę wojskową i komendę milicji obywatelskiej, zlokalizowane kilkaset metrów od bursy. Dość dobrze widzieliśmy płonące zabudowania koszar oraz sylwetki atakujących. Wielu napastników strzelało do napadniętych spod naszego budynku. W ataku tym zginęło 16 żołnierzy, rany odniosło kilkudziesięciu mieszkańców Tomaszowa. 12 żołnierzy uprowadzono i słuch po nich zaginął. Najprawdopodobniej zostali zamordowani. (…)

Podczas moich odwiedzin u rodziców w Uhnowie 18 kwietnia 1946 r. zaatakowana została stacja kolejowa Zastawie na przedmieściu Uhnowa. Napastnicy – jak później ustalono, był to kureń Żeleżniak – obrabowali grupę przesiedleńców i zniszczyli składy pociągów. Banda ta, wspierana przez jednostki UPA z okolicznych wsi – w sumie ponad 150 ludzi bardzo dobrze uzbrojonych w broń automatyczną maszynową – postanowiła także zaatakować miasto, mimo że stacjonował w nim niewielki garnizon Wojska Polskiego (w sile mniej więcej kompanii). Aby dojść z Zastawia do centrum, napastnicy musieli przejść przez most na rzece Sołokija. Znajdował się tam duży, murowany młyn wodno-motorowy, który posłużył obrońcom jako skuteczny punkt oporu. Osadziła się w nim część wojska, milicji i członków tzw. obrony cywilnej. Napastników zdołano powstrzymać i odeprzeć. W akcji po stronie obrońców brało udział także kilkunastu juniorów – chłopców w wieku 16-18 lat, którzy ochoczo wykonywali zadania łączników między poszczególnymi placówkami obrony. Byłem jednym z nich. W wyniku napadu zabitych zostało ponad 30 osób (głównie wojskowych, ale też kilku cywilów), drugie tyle było rannych. Napastnicy zdążyli podpalić kilka stodół i budynków gospodarczych na skraju miasta. Straty po stronie Ukraińców były trudne do ustalenia, gdyż także w tym wypadku, wycofując się, zabrali oni swoich zabitych i rannych. (…)

Warszawa, czerwiec 2017 r.


Marian Kargol jest doktorem ekonomii, byłym działaczem organizacji lewicowych, byłym nauczycielem akademickim, członkiem Zespołu Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową, świadkiem ludobójczych działań ukraińskich nacjonalistów na Kresach


Fragment tekstu opublikowanego w nr. 28/2017 PRZEGLĄDU. Całość tekstu oraz inne publikacje dotyczące rzezi na Wołyniu i innych zbrodni UPA znalazły się w książce „Wołyń” wydanej przez Fundację Oratio Recta.

Fot. Wikipedia.org

Wydanie: 28/2021

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy