Między zwycięstwem a podłością

Między zwycięstwem a podłością

Rugowanie lewicy z udziału w wojnie 1920 r. zbiera owoce

Wydawać by się mogło, że w naszej najnowszej historii akurat zwycięstwo nad bolszewicką Rosją w 1920 r. jest tym wyjątkowym wydarzeniem, które łączy, a nie dzieli Polaków. Ale każdy istotny moment dziejowy stanowi pokusę dla różnych środowisk, by wykorzystać go do kreowania własnej wizji przeszłości, korzystnej z punktu widzenia ich aktualnych potrzeb politycznych i ideologicznych. Nie inaczej jest z ocaleniem polskiej niepodległości 102 lata temu.

Wybitny lewicowy ekonomista, prof. Czesław Bobrowski, który jako 16-latek poszedł wówczas na ochotnika do armii, pisał po latach: „Wracając do roku 1920, muszę podkreślić, że ta atmosfera solidarności czy wręcz jedności, jaka wyraziła się w powszechnych zgłoszeniach do wojska, nie była trwała. Przeciwnie, bardzo prędko zarysowały się dwa obozy. Dla jednych bohaterami byli generał Haller i ksiądz Skorupka, drudzy ojca zwycięstwa widzieli w marszałku Piłsudskim”1.

Trudno nie zauważyć, że tamten podział powoli odradza się i dzisiaj. Oczywiście nikt otwarcie nie kwestionuje faktu, że to Piłsudski był w 1920 r. naczelnym wodzem polskiej armii – można o tym przeczytać w każdym szkolnym podręczniku. Ale już w szczegółach opowieść o sierpniowym zwycięstwie nad armią Tuchaczewskiego – i w ogóle o pierwszych latach niepodległej Polski – zawiera coraz więcej niedomówień i przekłamań.

Stoi więc na piedestale Józef Piłsudski, ale jako człowiek pomnik, a nie działacz polityczny, który miał konkretną wizję Polski i Europy, konkretne przekonania, konkretny życiorys, który dziś jest co najmniej w połowie przemilczany. „Sądzę, że jego socjalizm nie był wallenrodyzmem, ani owym zmyślonym przez Nowaczyńskiego tramwajem, z którego jakoby z góry postanowił wysiąść na przystanku niepodległości, lecz że był to socjalizm autentyczny. Wystarczy zresztą zapoznać się z pisarstwem Piłsudskiego z owych czasów, by zrozumieć, że nic tam nie było udane, że każde słowo biło żarem szczerości socjalistycznych przekonań”, pisał w stulecie urodzin Piłsudskiego Adam Ciołkosz, jeden z przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej. Tej samej partii, której późniejszy marszałek Polski był czołowym działaczem przez niemal ćwierć wieku (od utworzenia PPS w 1892 r.). „Prawdą jest, że Piłsudski z biegiem lat odchodził od socjalizmu i odczuwał go jako przeszkodę w swych zamierzeniach. Z Polskiej Partii Socjalistycznej wystąpił w roku 1916. Jednakże ślad przekonań i rozpoznań, nabytych w młodych latach, pozostał w nim i później. Jeszcze w roku 1928 zapewniał górników z Jaworzna, że będą mieli ubezpieczenie na starość”2.

Kompleks kleru

Formalna bezpartyjność Piłsudskiego jako naczelnika państwa w latach 1918-1922 nie miała znaczenia dla jego przeciwników politycznych. A przeciwnikiem numer jeden była wówczas prawica narodowo-demokratyczna (endecja), czyli obóz Romana Dmowskiego, który – trzeba to podkreślić – najpierw przebywał w Paryżu jako delegat Polski na konferencji pokojowej, a po powrocie do kraju niechętnie angażował się w bieżącą walkę polityczną (przynajmniej do 1926 r., potem stał się bardziej aktywny jako najwyższy autorytet dla młodego pokolenia narodowców). Ale nawet bez faktycznego zaangażowania Dmowskiego endecja pozostawała najsilniejszym ugrupowaniem w pierwszych sejmach II Rzeczypospolitej, co zawdzięczała przede wszystkim poparciu dużej części – jeżeli nie większości – duchowieństwa rzymskokatolickiego. Miał w tym pewien udział, chcąc nie chcąc, sam Piłsudski, który jeszcze pod koniec 1918 r. wprowadził (jako jeden z pierwszych w Europie) powszechne prawo wyborcze dla kobiet. Skutek był taki, że większość kobiet na terenach wiejskich głosowała tak, jak im kazali proboszczowie, czyli na endecję.

Dlaczego polski kler w pierwszych dekadach XX w. postawił na narodowców, tak jak dziś stawia na PiS? Przecież sam Dmowski przez większość życia był człowiekiem niewierzącym, a wśród jego najbliższych współpracowników nie brakowało ludzi o mało katolickich życiorysach (np. Zygmunt Balicki w młodości był masonem, Stanisław Grabski zaś – jednym z założycieli PPS). Jakże charakterystyczna jest anegdota o tym, jak czołowy krakowski konserwatysta, prof. Stanisław Tarnowski, przekazując w 1910 r. katedrę historii literatury polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim Ignacemu Chrzanowskiemu, wymógł od niego przysięgę na krucyfiks, że nie należy do masonerii – Chrzanowski był bowiem endekiem, a ci uchodzili w oczach starych konserwatystów za towarzystwo bezbożne i ogólnie podejrzane.

A jednak duża część polskich biskupów i proboszczów po 1918 r. poparła partię Dmowskiego. Czy powodem takiego stanowiska był antysemityzm narodowców, który – choć rozpętany przez obóz Dmowskiego w 1912 r. na polu ekonomicznym – dobrze współbrzmiał z ówczesnym podejściem Kościoła do Żydów? Czy raczej zadecydował kompleks duchowieństwa wobec Piłsudskiego i jego środowiska legionowego? Wszak polski Kościół przed 1918 r. wykazywał się daleko idącym konformizmem wobec władz zaborczych, czego symbolem może być kard. Aleksander Kakowski, który w 1910 r. został rektorem Akademii Duchownej w Petersburgu, trzy lata później z woli cara Mikołaja II objął funkcję arcybiskupa warszawskiego, po wybuchu I wojny światowej zajął stanowisko skrajnie prorosyjskie, a gdy Warszawa znalazła się pod władzą niemiecką, zmienił orientację i wszedł w skład powołanej przez nowych okupantów Rady Regencyjnej. Polski kler nie miał większych tradycji niepodległościowych (odważni księża angażujący się w działalność przeciwko zaborcom miewali raczej kłopoty z przełożonymi), toteż endecja, która od 1905 r. otwarcie wspierała rząd carski przeciwko powstańczo-rewolucyjnym akcjom PPS, była dla duchowieństwa idealnym sojusznikiem.

Za to Piłsudski był dla obu tych środowisk wrogiem śmiertelnym. Nieustającą endecką kampanię przeciwko naczelnikowi państwa da się porównać tylko z dzisiejszą kampanią rządzącej prawicy przeciwko Donaldowi Tuskowi, a wcześniej, przez wiele lat, przeciwko Lechowi Wałęsie. Narodowcy i duża część kleru uważali Piłsudskiego nie tylko za socjalistę, ale wręcz za „bolszewika” (co stanowiło odpowiednik dzisiejszego „lewactwa”, a nie nazwę konkretnego nurtu politycznego). Kwestionowano jego patriotyzm, umniejszano znaczenie walki zbrojnej o niepodległość (Organizacji Bojowej PPS i Legionów Polskich), przypisywano mu wrogość do religii oraz uzależnienie od masonerii i żydostwa, rozpowszechniano nawet plotki, że jego żona jest Żydówką.

Tak było od samego początku niepodległości, gdy okazało się, że dzięki osobistemu autorytetowi Piłsudski stanął na czele państwa, bo nikt inny nie mógł już wtedy z nim konkurować jako symbol wolnej Polski. Rozgoryczenie endecji było tym większe, że choć wygrała pierwsze wybory do Sejmu w 1919 r. (podobnie jak i drugie w 1922 r.), to nie miała samodzielnej większości, by tworzyć rząd. I właśnie wtedy – wbrew późniejszej czarnej legendzie – okazało się, że to marszałek jest człowiekiem politycznego kompromisu, a jego prawicowi przeciwnicy zachowują się jak dzisiejsze PiS, traktując Polskę jako coś, co „im się po prostu należy”.

Dowódcy z trzech zaborów

Piłsudski nie miał problemu z tym, by jako głowa państwa współpracować z ludźmi o odmiennych poglądach i życiorysach – już w pierwszych tygodniach sprawowania władzy zaakceptował Dmowskiego jako przedstawiciela Polski wobec zachodnich aliantów, powierzył Ignacemu Paderewskiemu kierowanie ponadpartyjnym rządem, a gdy armie bolszewickie szły na Warszawę, uczynił premierem przywódcę ludowców Wincentego Witosa. Również jako naczelny wódz kierował się wyłącznie interesem państwa, a nie osobistymi uprzedzeniami. Dlatego nie robił w armii żadnej „lustracji” ani politycznej czystki, lecz współpracował z generałami o bardzo różnych drogach życiowych. W rezultacie w 1920 r. wśród dowódców polskich jednostek byli oficerowie zarówno o przeszłości legionowej (Edward Rydz-Śmigły, Kazimierz Sosnkowski, Stefan Dąb-Biernacki czy Marian Kukiel), jak i wywodzący się z armii austriackiej (Józef i Stanisław Hallerowie, Stanisław Szeptycki, Władysław Sikorski) czy nawet rosyjskiej (Wacław Iwaszkiewicz, Leonard Skierski, Władysław Anders). I nie miało znaczenia, że wielu z nich nie kryło politycznej niechęci do Piłsudskiego – pierwsze lata II Rzeczypospolitej to nie był czas na małostkowość w służbie państwowej. Zupełnie inaczej niż w III Rzeczypospolitej…

Dzięki takiemu nastawieniu marszałka odrodzone państwo szybko zyskiwało kolejne fundamenty: najpierw małą, następnie dużą konstytucję (w marcu 1921 r.), sojusz wojskowy z Francją (co było ówczesnym odpowiednikiem członkostwa w NATO), a przede wszystkim samo ocalenie niepodległości w wojnie z bolszewicką Rosją. Tutaj postawa prawicy wobec Piłsudskiego od początku była agresywna, z wyjątkiem maja 1920 r., gdy po zdobyciu Kijowa cały Sejm – podobnie jak społeczeństwo Warszawy, z duchowieństwem włącznie – rozpływał się w hołdach dla „następcy Chrobrego”. Potem jednak przyszła kontrofensywa Armii Czerwonej i przeciwnicy naczelnego wodza powrócili do swojej retoryki. Atakowano Piłsudskiego w Radzie Obrony Państwa, w której w lipcu 1920 r. zasiadał sam Dmowski (obok przedstawicieli innych klubów poselskich), ale nie tylko tam.

19 lipca „zgłosiła się do Belwederu, gdzie odbywały się posiedzenia ROP, delegacja z Poznania, którą prowadził poseł na Sejm, ks. Stanisław Adamski. Piłsudski wyszedł z sali obrad w towarzystwie gen. Sosnkowskiego i przyjął delegację. Swoje przemówienie ks. Adamski zakończył słowami: »Społeczeństwo poznańskie obserwuje z głęboką troską niepojęte wydarzenia na froncie, a nie rozumiejąc, co się dzieje, dopatruje się zdrady i zdradę tę widzi tutaj« – i wyciągnął palec w stronę Piłsudskiego, który bez słowa odwrócił się i wyszedł z pokoju”, pisał biograf marszałka Wacław Jędrzejewicz, dodając przy tym: „Po stolicy i po kraju krążyły w tym czasie najbardziej nieprawdopodobne plotki dotyczące Piłsudskiego, że porozumiewa się z Trockim, że w podziemiach soboru na placu Saskim znajduje się telefon, którym rozmawia bezpośrednio z Kremlem itp. Polityczni przeciwnicy Piłsudskiego szeroko to rozpowszechniali”3. Trudno nie zauważyć, że insynuacyjny język polskiej prawicy i niektórych duchownych (wspomniany ks. Adamski został później biskupem katowickim) mimo upływu ponad stu lat niewiele się zmienił.

Zatrzymanie radzieckiego najazdu w sierpniu 1920 r. nie zmieniło zaś stosunku endecji do zwycięskiego wodza. Od tej pory robiła ona wszystko, by podać w wątpliwość kluczową rolę Piłsudskiego jako autora planu rozstrzygającej ofensywy. Temu służyło upowszechnienie określenia „cud nad Wisłą” (pochodzącego z artykułu czołowego publicysty ówczesnej prawicy, Stanisława Strońskiego), a także budowanie – nieproporcjonalnie do rzeczywistego znaczenia – legendy gen. Józefa Hallera (związanego ze środowiskami kościelnymi) i ks. Ignacego Skorupki. Oczywiście bohaterskiej śmierci młodego warszawskiego kapelana czy niewątpliwych zasług wojskowych gen. Hallera nikt nie kwestionuje. Nie ma też wątpliwości co do istotnej pozycji kierującego wówczas Sztabem Generalnym gen. Tadeusza Rozwadowskiego, którego część środowisk prawicowych próbuje jednak obsadzić w roli faktycznego zwycięzcy w bitwie warszawskiej (szczególnie dużo dla zbudowania legendy Rozwadowskiego zrobił czołowy publicysta endecki na emigracji, Jędrzej Giertych, niekryjący niechęci do Piłsudskiego).

W tych usiłowaniach umniejszenia roli marszałka trudno nie dostrzec zamiaru wciśnięcia historii Polski w nacjonalistyczno-klerykalny szablon ideologiczny. Szablon, który niewiele ma wspólnego z prawdziwą przeszłością naszego kraju, a już Piłsudski do takiego szablonu na pewno nie pasuje. Nie tylko dlatego, że w barwnym życiorysie miał epizod zmiany wyznania na ewangelicko-augsburskie (z powodów tyleż osobistych, co konspiracyjnych), zresztą bez większego znaczenia, bo jeszcze w czasie I wojny światowej formalnie wrócił do katolicyzmu. Znacznie ważniejsze jest podejście Piłsudskiego do polskości i jego rozumienie idei Rzeczypospolitej.

W styczniu 1920 r. wygłosił on dwa przemówienia w największych miastach Wołynia, znajdującego się wówczas na linii frontu polsko-sowieckiego. W Równem padły kluczowe słowa: „Kiedy mówimy o kresach, to musimy zdać sobie sprawę z tego, co to są kresy. Kresy to zetknięcie się jednego narodu z innym, jednej kultury z drugą, jednego wychowania z innym. Dlatego też najtrudniejszą zawsze jest wszelkiej polityki kresowej umiejętnością zdobyć silny, mocny szacunek dla władzy jawnej. (…) Jeżeli na całym świecie panuje nieuczciwość w polityce kresowej, ja chciałbym, by nasza polityka kresowa była polityką uczciwą”. Natomiast w Łucku Piłsudski oświadczył: „Wołyń zaludniony jest przez różne narodowości, religie i języki. Jeśli ludzie nie będą sobie okazywali szacunku i zaufania, to stan dzisiejszy się nie ostanie. Tylko współpraca wszystkich wyznań, stanów i narodowości może go utrzymać”.

Tysiące lewicowych ochotników

To ostatnie zdanie stanowi ponure memento, bo właśnie Wołyń jest dziś symbolem tego, do czego może doprowadzić skrajny nacjonalizm. Czy dawny PPS-owiec zrobił wszystko, by do tego nie dopuścić? Jego sojusz z atamanem Semenem Petlurą (takim samym jak on socjalistą-niepodległościowcem, tyle że ukraińskim) z kwietnia 1920 r. nie doprowadził do powstania niepodległej, przyjaznej Polsce Ukrainy. Bo choć zwycięstwo w tamtej wojnie mogło dać II Rzeczypospolitej granice znacznie dalej wysunięte na wschód (z Mińskiem i Kamieńcem Podolskim włącznie), to przy zawieraniu traktatu pokojowego w Rydze zwyciężyło myślenie endeckie – główny negocjator z ramienia Sejmu, Stanisław Grabski, skutecznie optował za pozostawieniem większości ziem ukraińskich i białoruskich pod władzą Moskwy. Ten sam Grabski, już jako minister oświaty w kolejnych rządach, robił wszystko, by słowiańskie mniejszości narodowe nie miały prawa do własnego szkolnictwa. Ale i sam obóz Piłsudskiego po przejęciu władzy w 1926 r. nie miał dobrego pomysłu na politykę narodowościową i popełnił w tej sferze poważne błędy – choć najcięższe już wtedy, gdy marszałek nie żył, a jego spadkobiercy podążali w kierunku nacjonalizmu.

Do prawicowej mitologii historycznej nie pasuje jednak nie tylko socjalista Piłsudski, ale w ogóle jakakolwiek lewica. Jakże wymowny jest fakt, że odsłonięcie w Warszawie pomnika Ignacego Daszyńskiego nastąpiło dopiero w 2018 r., czyli 12 lat później niż odsłonięcie pomnika Dmowskiego. Nic w tym dziwnego, skoro o Daszyńskim już prawie nikt nie pamięta, choć był to pierwszy premier niepodległej Polski (w listopadzie 1918 r. stał na czele Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej z siedzibą w Lublinie) i wicepremier w Rządzie Obrony Narodowej, który powstał w lipcu 1920 r. pod kierownictwem Wincentego Witosa. To połączenie przywódcy ludowców z przywódcą socjalistów w owej dramatycznej chwili zagrożenia państwa nie było przypadkowe. Daszyński, przemawiając wówczas przed Sejmem, wzywał: „Najlepszą instytucją dla obrony narodu jest rząd robotników i chłopów. (…) Apeluję do was nie jako do członków partii, lecz jako do ludzi, którym zagraża wielka, wspólna katastrofa. Jeśli robotnik ma produkować amunicję, chłop ma oddać wojsku swoje zboże, swojego jedynego konia i syna, to niech czuje, że rząd jest jego własny”.

Ale dziś już nie mówi się o „rządzie robotniczo-chłopskim” Witosa-Daszyńskiego, który powstał w wyniku kompromitacji prawicowego gabinetu Władysława Grabskiego (premier został zmuszony do dymisji, po tym jak zgodził się na upokarzające dla Polski warunki narzucone przez zachodnich aliantów podczas konferencji w belgijskim mieście Spa). Dziś w ogóle uczestnictwo działaczy chłopskich i robotniczych w walce o niepodległość spychane jest na margines. A przecież Polskę w 1920 r. uratowała właśnie mobilizacja mas pracujących (jakże to niemodny termin!), które poszły do walki na apel Witosa i Daszyńskiego.

Wśród tysięcy ochotników wstępujących wtedy do armii byli ludzie, o których prawicowa „polityka historyczna” wolałaby zapomnieć – rówieśnicy i pobratymcy ideowi Cezarego Baryki z „Przedwiośnia” Żeromskiego. Tacy jak Adam Ciołkosz i Stanisław Dubois – późniejsi przywódcy PPS, jak młodzi komuniści Aleksander Zawadzki i Zygmunt Modzelewski – po latach członkowie najwyższych władz PZPR i Polski Ludowej (pierwszy był przewodniczącym Rady Państwa PRL, drugi – ministrem spraw zagranicznych, w 1920 r. (!) młodym działaczem Komunistycznej Partii Robotniczej Polski), czy początkujący poeta Władysław Broniewski, wtedy jeszcze uważający się za socjalistę, niedługo później już za komunistę. Broniewski zapisał w pamiętniku pod datą 2 września 1920 r.: „Wczoraj z wielką paradą przypięto mi Virtuti Militari – na razie zamiast krzyża wstążeczkę. Odbyło się to w Janowie na rynku, po uprzednim odprawieniu mszy i długim ględzeniu klechy”4.

I jeszcze jedna charakterystyczna scena, którą z kolei zapamiętał Władysław Bartoszewski jako uczestnik kongresu Mikołajczykowskiego PSL w styczniu 1946 r.: „Gośćmi kongresu byli Bierut, Osóbka-Morawski, Cyrankiewicz, Rola-Żymierski, Stronnictwo Demokratyczne reprezentował minister Jan Rabanowski. Ich wystąpienia przyjęte zostały z godną uwagą, natomiast przemówienie Podedwornego, który reprezentował »lubelskie« Stronnictwo Ludowe, było przerywane krzykami. On nie ustępował, odkrzykiwał, kłócił się z salą, aż w końcu powiedział: – Jeśli nie chcecie mnie słuchać jako działacza Stronnictwa Ludowego, to wysłuchajcie mnie jako ochotnika z 1920 roku! Sala wybuchła oklaskami. Pozwolono mu dalej mówić. A ja pomyślałem, że to są prawdziwi Polacy, którzy mogą coś rozumieć albo czegoś nie rozumieć, ale miejsce polskiego inteligenta jest pośród nich”5.

Dodajmy, że Bolesław Podedworny był później wieloletnim wiceprezesem ZSL, ministrem leśnictwa, wreszcie wiceprzewodniczącym Rady Państwa PRL. Tak, Polska Ludowa również była ojczyzną ludzi, którzy w 1920 r. uratowali niepodległość II Rzeczypospolitej. Tylko kto chce o tym pamiętać?

Fot. Diffusion/East News


1 Czesław Bobrowski, Wspomnienia ze stulecia, Lublin 1985, s. 41.
2 Adam Ciołkosz, Walka o prawdę. Wybór artykułów 1940-1978, Londyn 1983, s. 191-192.
3 Wacław Jędrzejewicz, Józef Piłsudski 1867-1935. Życiorys, Londyn 1985, s. 90-91.
4 Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918-1922, Warszawa 1984, s. 201.
5 Michał Komar, Władysław Bartoszewski. Skąd pan jest? Wywiad rzeka, Warszawa 2006, s. 139-140.

Wydanie: 34/2022

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy