Neoliberalizm boli i słono kosztuje – rozmowa z Rafałem Wosiem

Neoliberalizm boli i słono kosztuje – rozmowa z Rafałem Wosiem

Zalegalizowana ponownie w 1989 r. Solidarność rozłożyła parasol ochronny nad reformą Balcerowicza. Pakiet ustaw związanych z planem Balcerowicza poparli wszyscy posłowie wybrani z list PZPR, prezydent Jaruzelski podpisał go bez czytania. Mieliśmy do czynienia z szerokim konsensusem liberalnym starej i nowej władzy.

– Początki polskiej transformacji można krytykować z wielu perspektyw. Prof. Tadeusz Kowalik od początku był przeciwko reformie Balcerowicza, opowiadając się za modelem skandynawskim, a prof. Witold Kieżun do dziś wytyka autorom terapii szokowej naiwność.

Tytuł pana książki kojarzy się z broszurą „Dziecięca choroba lewicowości w komunizmie”, w której Lenin krytykował radykalnych przedstawicieli swojego ruchu za ignorowanie realnych warunków i naiwną wiarę w możliwość błyskawicznego przejścia od kapitalizmu do komunizmu. Skąd się wzięła „Dziecięca choroba liberalizmu”?

– Z głębokiego przekonania, że polska gospodarka nadal cierpi na chorobę, której początek bierze się z dziecięcego zauroczenia neoliberalizmem u schyłku lat 80. Sprzyjał mu splot dwóch czynników: światowej dominacji neoliberalizmu oraz bankructwa polskiej gospodarki.

Najostrzejszy wariant

Było to zatem nieuniknione – musieliśmy zapaść na dziecięcą chorobę neoliberalizmu, podobnie jak dzieci przechodzą odrę lub szkarlatynę.

– Moja pięcioletnia córka niedawno była chora na ospę, ale jej młodszy brat się nie zaraził. Nie każdą chorobę trzeba przejść.

Ukraina, która nie przeprowadziła terapii szokowej, do tej pory nie odbudowała poziomu gospodarczego sprzed upadku ZSRR.

– Czechy i Węgry też się nie zdecydowały na gwałtowną zmianę liberalną. Poziom nierówności w tych krajach jest niższy niż w Polsce. Są różne modele reform, prywatyzacji. Oczywiście Polska była krajem peryferyjnym, przeszła z jednego układu zależności do drugiego, miała bardzo słabą pozycję. Międzynarodowe instytucje finansowe traktowały nasze elity jak dzieci, a nie jak partnerów. Złożoną przez nie ofertę można sprowadzić do formuły take it or leave it (bierzesz albo odchodzisz). Ale nawet wtedy było pewne pole manewru. Szef zespołu doradców Międzynarodowego Funduszu Walutowego Michael Bruno nie krył zdziwienia, że rząd Tadeusza Mazowieckiego wybrał najostrzejszy wariant transformacji spośród przedstawionych przez Fundusz. Nie chcę jednak sprowadzać neoliberalnej choroby wyłącznie do Balcerowicza. Jego polityka była kontynuowana przez następców – nie widzieli oni alternatywy dla polityki gospodarczej. Pierwszy rząd SLD nie zatrzymał prywatyzacji, drugi zaś sprzeniewierzył się ideałom lewicy. Jerzy Hausner okazał się takim samym neoliberałem jak Leszek Balcerowicz. To wtedy, gdy był ministrem pracy, zaczęto mówić o elastycznym rynku zatrudnienia. W latach 90. mieliśmy żywiołową prywatyzację, upadek przemysłu, masowe bezrobocie, ale nie było problemu z umowami śmieciowymi. Pojawił się on za rządu Leszka Millera. Umowy śmieciowe zrodziły prekariat – rzeszę nisko opłacanych ludzi żyjących w ciągłej niepewności i strachu, pozbawionych wszelkich praw pracowniczych, łącznie z prawem do maksymalnego czasu pracy, urlopu i emerytury. Rząd SLD nie przeszkadzał w prywatyzacji kolejnych dziedzin życia: edukacji i służby zdrowia.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 49/2014

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy