Nie kroić publicznej

Nie kroić publicznej

Media publiczne, a zwłaszcza telewizja, traktowane są od dłuższego czasu albo instrumentalnie i robią za dyżurny bęben do bicia, albo kulinarnie, bo mimo krytyki wielu jest smakoszy tego ciągle wielkiego i smakowitego tortu. Metoda jest prosta, najpierw wytrwale walimy w bęben, a później kroimy. Możliwie największy kawałek. A żeby było zabawniej, krojeniu towarzyszy głęboka troska o kondycję i przyszłość krojonego, czyli mediów publicznych. Największe zatroskanie wykazują media komercyjne. Wychodzi więc na to, że u nas stacje komercyjne mają inne cele niż na świecie. Tam dla prywatnych właścicieli czegokolwiek, a więc i mediów, najważniejszy jest zysk. I jego stałe powiększanie. Nasi magnaci medialni tak elegancko opakowują swoje intencje, że tego parcia na zysk prawie nie widać. A przecież jest. Przyjmuję ten stan rzeczy do wiadomości i tym bardziej mam powód, by upominać się o właściwe miejsce dla telewizji publicznej. Miejsce godziwe i ważne. Wbrew natrętnie głoszonej tezie, że TVP jest albo w ogóle niepotrzebna, bo wszystko mogą za nią załatwić stacje komercyjne, albo wystarczy zostawić jeden niszowy kanał edukacyjny, połączony z wysoką kulturą i niech sobie kto chce, ogląda.
Niełatwo staje się w obronie telewizji publicznej po doświadczeniach z PiS i w sytuacji, gdy na stanowiskach kierowniczych niewielu się ostało z tych, co nie byli wielbicielami IV RP. A takie programy jak „Misja specjalna” czy „Bronisław Wildstein przedstawia” to nowe, nieznane w świecie gatunki. Niechlubny PiS-owski wkład w historię dziennikarstwa. Mimo tych żałosnych eksperymentów i szkód, jakie telewizja poniosła w ostatnich latach, warto ten nadpsuty mechanizm naprawiać. Zwłaszcza że nie ma innego. W wielu państwach demokratycznych media publiczne są kluczową instytucją. Tym ważniejszą, im bardziej są rzeczywiście publiczne. Kto w Polsce wie, że państwa Unii Europejskiej dopłacają do mediów publicznych 22 mld euro rocznie? Co uwzględniając wszelkie proporcje, oznaczałoby, że polskie media powinny być zasilane kwotą 1,8 mld euro (ponad 7 mld zł). Oczywiście nigdy takich środków, z abonamentu i reklam, nie otrzymały. A teraz chce się dochody telewizji jeszcze bardziej okroić. Czyli mówiąc wprost, osłabić je, zmarginalizować i na końcu sprywatyzować.
Pierwszym warunkiem odbudowania pozycji telewizji publicznej jest określenie podstaw jej finansowania. I jeśli ma to być telewizja faktycznie publiczna, a nie państwowa, to płacić na nią muszą wszyscy odbiorcy. Bo gdy o środkach finansowych będzie decydował rząd, to jakikolwiek on będzie, łapę albo łapkę na telewizji położy. Nie chodzi przy tym o to, by osłabiać stacje komercyjne i coś im zabierać, ale o to, by te media nie miały monopolu na informacje, racje, poglądy, opis świata i przepływ idei. I by media publiczne miały stworzone takie warunki, by w tej nieustającej konkurencji być równorzędnym partnerem. Dobrze by to zrobiło wszystkim mediom. Zwłaszcza że wszystkie dotknął kryzys. Poziom wszędzie drastycznie się obniżył. I nie da się tego usprawiedliwić tym, że w świecie polityki jest równie marnie.

Wydanie: 3/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy