Niedokończony spór o Polskę

Niedokończony spór o Polskę

O realizmie politycznym Andrzeja Walickiego

Ponad trzy dekady temu, w obliczu upadku pierwszej Solidarności, w londyńskim „Aneksie” redagowanym przez Aleksandra Smolara pojawił się nietypowy dla emigracyjnej publicystyki tekst, będący zarazem próbą oceny przyczyn porażki Solidarności, jak i rozrachunkiem z głównym nurtem antysystemowej opozycji wobec władz PRL1. Tekst nietypowy w tym sensie, że do tej pory pisma emigracyjne stosowały nadzwyczajną taryfę ulgową wobec krajowej opozycji, przyjmując, że wszelka krytyka oznacza jej osłabianie i jest korzystna dla władzy, równa się więc zdradzie interesów społecznych i narodowych.

Nawet klęska związkowej emanacji opozycji – Solidarności – nie wywołała żadnej refleksji, nie mówiąc już o próbie podsumowania dokonań tego wyjątkowego w krajach demokracji ludowej ruchu. Piśmiennictwo emigracyjne, podobnie jak krajowe, wydawane poza oficjalnym obiegiem, uświęciło ofiarę Solidarności, idealistycznie widząc w niej zwieńczenie dziejów polskich zrywów narodowych i uwalniając ją – jak miało to miejsce w przypadku wcześniejszych powstań, z warszawskim na czele – od oceny jej celów i działań przez pryzmat ich realnych skutków. Zwalniając Solidarność z odpowiedzialności za historię, którą współtworzyła, całą winę za niepowodzenie próby reform społecznych zrzucono na „totalitarny i zbrodniczy reżim komunistyczny”. Stało się tak, mimo że Solidarność od początku stylizowała się na modłę antypolitycznej tradycji narodowej, co w połączeniu z nieumiarkowaniem, moralizowaniem, zastępowaniem teatralnymi gestami sprytu politycznego i umysłowym kolektywizmem musiało przypieczętować jej los.

Od totalitaryzmu do autorytaryzmu

Autor tego wyjątkowego tekstu, historyk idei prof. Andrzej Walicki, wychodził z założenia, że jedyna możliwa strategia pożądanych przemian idących w kierunku poszerzenia zakresu wolności w Polsce musiałaby uwzględniać, z uwagi na realia polityczne i uwarunkowania międzynarodowe, jakiś rodzaj kohabitacji i współpracy z władzą państwową, a dokładniej z jej frakcją reformistyczną, co w praktyce oznaczało warunkowe uznanie państwa i władz PRL przez opozycję.

Odrębność jego wizji politycznej od wizji dominującej w środowisku intelektualnym bliskim autorowi dała o sobie znać jeszcze w latach 50. W odróżnieniu od rewizjonistów, którzy w okresie destalinizacji wystąpili z programem budowy socjalizmu bez wypaczeń, Walicki, który marksistą nie był, nie uważał, by pożądane zmiany musiały się odwoływać do ideologii marksistowskiej w jej humanistycznej wersji. Inaczej niż rewizjoniści, którzy liczyli na reformy poprzez zreformowany system (demokratyczny socjalizm), Walicki stawiał na reformy poprzez zreformowanych ludzi władzy. Nie spodziewał się wiele po wewnętrznej demokratyzacji aparatu partyjnego. Tego rodzaju program napawał go raczej lękiem niż nadzieją. Budził obawy o roztrwonienie energii na jałowe spory polityczne, co z kolei groziłoby rozrostem ideologicznego sekciarstwa, a nie pomniejszało znaczenie ideologii.

Bardziej zależało mu na ograniczeniu władzy partii nad społeczeństwem, na zwiększeniu jego swobód – osobistych, kulturalnych, intelektualnych – niż na jakkolwiek rozumianym dzieleniu się władzą czy udziale społeczeństwa we władzy. Było całkiem zrozumiałe, że rewizjoniści nie będą w stanie się porozumieć ze stalinistami, a dla partyjnych odwilżowców będą zbyt radykalni i niebezpieczni politycznie. Program rewizjonizmu musiał zatem przegrać za sprawą jego wewnętrznej sprzeczności, a także przez brak wyczucia realnych granic kontestacji i nieumiejętność dostrzeżenia po drugiej stronie partnerów do rozmowy.

W latach 60. stanowisko intelektualistów opozycyjnych, które najpełniej wyrażał Leszek Kołakowski, stawało się coraz bardziej nieprzejednane. Mimo że odwilż przyniosła pożądane zmiany, on – wbrew oczywistości – twierdził coś wręcz przeciwnego, że popaździernikowa zmiana władzy oznaczała początek końca odwilży. Inni jeszcze bardziej radykalizowali to stanowisko, mówiąc wręcz o początku restalinizacji.

Można więc powiedzieć, że wizja Walickiego była propozycją zrobienia kolejnego, po odwilży, kroku na drodze detotalitaryzacji ustroju. Chodziło nie o reformowanie socjalizmu i szukanie humanistycznej wersji marksizmu, ale o osłabianie znaczenia ideologii, poszerzanie zakresów wolności jednostki i zwiększanie autonomii Polski wobec Kremla, za cenę zaakceptowania ograniczeń wynikających z położenia Polski i zrozumiałych w kategoriach realizmu politycznego. Uwarunkowania te oznaczały, że władza polityczna nadal będzie spoczywać w rękach aparatu partyjnego, ale będzie ona ograniczona; że nadal będzie to system autorytarny i niedemokratyczny, ale już nie totalitarny, nie wszechwładny. Pogląd ten potwierdza zarówno teoria politologiczna (Juan Linz), jak i doświadczenie krajów strefy radzieckiej i samego ZSRR.

Autor uważał, że Moskwa mogłaby uznać taką ewolucję za korzystną także z jej punktu widzenia i zaakceptować ją. Władza w podporządkowanym jej państwie byłaby oparta już nie na strachu i terrorze, ale na warunkowym przyzwoleniu społeczeństwa. Legitymizowałaby się więc nie tyle przymusem i ideologią, ile swego rodzaju umową społeczną, a to byłaby zmiana fundamentalna. Nie tylko umocniłoby to podstawy jej wewnętrznej stabilności. Podniósłby się także prestiż międzynarodowy, i to nie wyłącznie tej władzy, ale całej konstrukcji państw skupionych wokół ZSRR. Rozwiązanie to niosłoby pewne korzyści pragmatyczne, ułatwiając procesy zarządzania zarówno na poziomie poszczególnych państw, jak i z perspektywy Kremla. Czy były to jedynie pobożne życzenia? Przecież zaledwie kilka lat później, za Gorbaczowa, ZSRR pozwolił satelitom na znacznie więcej – na zupełną zmianę ustroju i odzyskanie suwerenności. Poza tym nawet w czasach stalinowskich pewne cele i decyzje władz PRL cieszyły się znacznym poparciem społecznym. Konfrontacyjna strategia opozycji, obliczona na pogłębianie przepaści między społeczeństwem a władzą, abstrahowała od tego faktu.

Z drugiej strony władza mająca warunkowe poparcie społeczeństwa dysponowałaby większą swobodą wobec jej zwierzchnictwa na Kremlu. Polska Ludowa nie przestałaby więc być państwem o ograniczonej suwerenności zewnętrznej, ale stałaby się mniej radziecka, bardziej polska i bardziej obywatelska. Poodwilżowy etap ewolucji politycznej PRL przybrał przecież kształt bardzo podobny do tego wyobrażenia. Nie ulega wątpliwości, że władza spersonalizowana w osobie Gomułki do pewnego momentu cieszyła się autentycznym poparciem społecznym. Dzięki temu miała swobodę inicjatyw na gruncie międzynarodowym, którą potrafiła wykorzystać z zyskiem dla państwa. Szczególnym przykładem jest sprawa uregulowania granicy zachodniej.

Mit niereformowalnego komunizmu

Obiegowa opinia utrzymuje, że popaździernikowa odwilż wypłynęła na fali rewizjonizmu, która przetoczyła się przez polskie uniwersytety i środowiska intelektualistów. Walicki odwraca tę zależność. Rewizjonizm stał się możliwy dzięki polityce liberalizacji, którą przyniosły odwilż i swego rodzaju wewnętrzna dekomunizacja ustroju przeprowadzona przez partię. Jedno i drugie nie byłoby możliwe bez destalinizacji w ZSRR. Wydarzenia te z kolei dowodzą, że wbrew zimnowojennym zwolennikom teorii o niezmienności komunistycznego totalitaryzmu ustrój radziecki i jego polska odmiana były zdolne do ewolucji w kierunku progresywnym, liberalnym. Możliwa zatem musiała być i strategia sprzeciwu społeczeństwa obywatelskiego opierająca nadzieje na ewolucję systemu na kooperacji z jego administratorami. Walicki postulował zastąpienie wewnątrzpartyjnego rewizjonizmu przez działania pozapartyjne, ale wewnątrzsystemowe. Dawałyby one szansę na dialog niepartyjnych elit z reformatorsko nastawioną ekipą władzy, która byłaby wrażliwa na argumenty odwołujące się do interesu państwowego. Krytycy wytykali mu brak realizmu, utrzymując, że „do tanga trzeba dwojga”, a strona rządowa nie była, nie jest i nigdy nie będzie zainteresowana takim dialogiem. Wydarzenia z lat 1988-1989 obaliły jednak te argumenty.

Tymczasem w latach 70. i 80. w kręgach intelektualistów nastawionych opozycyjnie do realnego socjalizmu w Polsce zaczęła przeważać myśl, że jedyną drogą do zmian jest stała presja na system, izolowanie go, kompromitowanie jego działań i ludzi i ostateczne obalenie go lub wywołanie jego upadku. Założenia te kłóciły się zarówno z logiką systemu, jak i z doświadczeniem i faktami. Z tymi założeniami podjął polemikę Walicki.

Deficyt racjonalizmu

Tekst Walickiego wpisywał się w bogatą polską tradycję historycznej literatury rozliczeniowej i nasuwał skojarzenia ze stańczykami oraz krakowską szkołą historyczną. Jednak mimo że zawierał wiele cennych spostrzeżeń i racjonalnych ocen wyrażonych językiem wolnym od emocji, nie spotkał się z zainteresowaniem wśród elit opozycyjnych ani na emigracji, ani w kraju, nie wywołał ożywionej debaty, nie mówiąc już o sympatii czy akceptacji wyłożonych w nim poglądów. Opozycja wyraziła oburzenie i ostro skrytykowała autora. O nieprzychylnym klimacie wokół tego tekstu i odrzuceniu jego tez przez te środowiska przesądziły tabu chroniące Solidarność przed krytyką i grupowe myślenie elit opozycyjnych zaangażowanych w budowę własnej mitologii. Odczytany ponownie po latach, w innym kontekście politycznym, tekst Walickiego ujawnia prawdy wciąż aktualne. Są to prawdy wstydliwe i skrzętnie ukrywane przed społeczeństwem. Staje się bowiem jasne, że najgorsze cechy mentalności opozycyjnej z końcowej fazy PRL przetrwały i przeniknęły do rządzącej dziś formacji, a nawet wzmocniły się i wyolbrzymiły, zagrażając stabilności demokracji w Polsce.

W wymiarze bezpośredniego kontekstu historycznego kwestia podjęta przez Walickiego dotyczyła rozrachunku z Solidarnością. Polska właśnie przeszła przez burzliwą fazę swojej najnowszej historii – półtoraroczny „karnawał Solidarności” i zamykający ten okres stan wojenny. W szerszym kontekście, wychodząc poza najnowsze wydarzenia, dyskusja stawiała problem uczenia się wspólnoty obywatelskiej z własnych doświadczeń i powtarzalności czy też utrwalania się pewnych zachowań i kosztownych błędów w polskiej mentalności politycznej.

Jeśli dziś warto powrócić do tych sporów, to właśnie z powodu wyraźnej w naszych powojennych dziejach tendencji do bezkrytycznego powtarzania utrwalonych reakcji i mentalnych klisz, które nie pozwalają refleksji politycznej uwolnić się od ucieczki od racjonalizmu. Odczytana w ten sposób dyskusja sprzed 35 lat ujawnia niebezpieczną cechę polskiej mentalności politycznej – niezdolność do myślenia w kategoriach realistycznych i wynikającą stąd nieumiejętność poprawnego zdefiniowania interesu narodowego. Esej Walickiego warto przeczytać razem z wydanym właśnie obszernym tomem jego korespondencji z Kołakowskim. Listom, pisanym w ciągu 50 lat, towarzyszy komentarz Walickiego, stanowiący wraz z korespondencją bogate źródło wiedzy o losach polskiej inteligencji i jej zaplątaniu w politykę2.

Niepoprawna politycznie krytyka Solidarności

Autor opierał swój wywód na zgodnym ze stanem faktycznym twierdzeniu, że pomimo oczywistego ograniczenia suwerenności PRL sam fakt posiadania państwa, nawet wadliwego, stanowi wartość, dzięki której można osiągać pewne istotne dla narodu cele. Co więcej, dowodził logicznie, że od władzy ograniczonej przez zewnętrzne uwarunkowania nie można wymagać tego, czego ona nie jest w stanie zrobić. A nadto, że jej zdolność do działania zbieżnego z obiektywnym interesem narodu jest wprost proporcjonalna do poparcia, jakiego udziela jej społeczeństwo. Władza totalnie kontestowana czy wręcz odrzucana przez istotną część aktywnego politycznie społeczeństwa nie tylko nie będzie mogła realizować pożądanych z punktu widzenia interesu narodu celów, ale też skazana będzie na rosnące uzależnienie od sił zewnętrznych oraz zaprzedanych obcym wpływom krajowych ośrodków twardego komunizmu.

Sympatia autora, który nigdy nie był komunistą, była po stronie opozycji. Jednak jego krytycyzm, oparty na solidnej, spójnej logicznie argumentacji historyczno-politycznej, tak bardzo uderzał w zakorzenione w niej uprzedzenia i nawyki myślowe, że uznany został za wrogi atak z zewnątrz, któremu należy dać przykładny odpór.

Oponenci Walickiego nie byli w stanie spojrzeć na rzeczywistość w zaproponowany przez niego sposób. Nie potrafili nawet zaakceptować zakładanego przezeń minimalnego warunku merytorycznej dyskusji, jakim było odrzucenie postrzegania PRL jako absolutnego zła, niezdolnego do najmniejszej pozytywnej metamorfozy. Walicki bez ogródek pisał, że PRL, choć nie jest państwem naszych marzeń, jest czymś więcej niż autonomią i „lepsza taka państwowość niż żadna”. Powoływał się na autorytet Emmericha de Vattela, który twierdził, że podmiotowość prawną mają kraje „hołdownicze i pozostające w nierównym sojuszu”, ale nie bezpaństwowe.

Tymczasem wedle dominującego przekazu opozycji tak ograniczona suwerenność sprawiała, że władza ta nie mogła być uznana za naszą, lecz jedynie za władzę wypełniającą wolę obcych, a wobec tej nieusuwalnej ułomności władzy wszystkich Polaków nadal obowiązywał kodeks patriotyczny z okresu przedpaństwowego istnienia narodu, w szczególności postawa moralno-politycznej negacji władzy, czyli niepisany kodeks honorowy uświęcony romantyczną tradycją powstańczą. W tym świetle każda współpraca z władzą była kolaboracją i zdradą.

PRL bez idealizacji i demonizacji

Walicki widział to inaczej. Potwierdzał, że przy istniejących uwarunkowaniach międzynarodowych – dominacji ZSRR w jego strefie wpływów w Europie Wschodniej – autonomia społeczeństwa polskiego była nikła. Jednak zakres autonomii nie w pełni suwerennej władzy był znaczny. I właśnie dzięki temu możliwe były wszystkie odrębności tak bardzo wyróżniające PRL na tle innych państw podległych ZSRR. Zwłaszcza odrębności w nauce i kulturze, a więc w sferach niezwykle wrażliwych dla samoświadomości narodowej i doniosłych dla historycznej ciągłości narodu.

Uważał ponadto, że możliwości, jakie stwarzała ta sytuacja – poszerzania pozapolitycznych swobód i zakresu samorealizacji społecznej – nie zostały jeszcze w Polsce w pełni wykorzystane. Stało się tak za sprawą nieprzejednanej postawy opozycji, która poprzez odmowę choćby warunkowej legitymizacji spychała władzę na pozycje wyobcowania i zmuszała ją do szukania oparcia na zewnątrz. Tym samym nie mogła ona skutecznie pełnić funkcji parasola ochronnego dla ograniczonej sfery autonomicznej działalności społeczeństwa. Zakres tego ograniczenia równy był zakresowi niepolitycznych swobód w ówczesnej Polsce i ten właśnie obszar był polem manewru, na którym opozycja, świadoma ograniczeń niezależnych od władzy, mogła w drodze negocjacji z władzą wywalczyć więcej dla narodu. Mogła też, zajmując stanowisko nieprzejednane, zmniejszyć ten zakres lub wręcz doprowadzić do jego likwidacji.

Walicki nie był więc naiwnym apologetą PRL3. Zdawał sobie sprawę ze złożoności przyczyn zaistniałej sytuacji i tego, że wina – jeśli mówić w kategoriach odpowiedzialności moralnej – nie leżała po jednej stronie. Stopień demoralizacji nomenklatury, wyobcowanej ze społeczeństwa i posługującej się państwem do zaspokojenia własnych apetytów, ograniczał wiarę opozycji w możliwość wpływania na władzę i negocjowania z nią w interesie ogólnospołecznym.

Ani zatem uzależniona od aparatu elita partyjna, ani sam uwikłany w swoje korupcyjne interesy aparat nie były zainteresowane dogadywaniem się z opozycją. Jednak ani jedni, ani drudzy, poza ekstremistycznymi wyjątkami, nie chcieli czołowej konfrontacji z masowym ruchem. Pozostaje więc prawdą, że wraz z ewolucją systemu od totalitaryzmu do autorytaryzmu i równolegle z postępującą dezideologizacją PRL oddziaływanie na władzę stawało się teoretycznie bardziej możliwe niż we wcześniejszych okresach. Opozycja jednak nie umiała wykorzystać niekonfrontacyjnych technik manipulacji władzy, warunkowego dawkowania legitymizacji i zaangażowania strony przeciwnej w swego rodzaju proces negocjacyjny.

Demoralizacji nomenklatury na pewno sprzyjała – zgodnie z logiką niezamierzonych konsekwencji – rozpowszechniona w kręgach opozycji postawa odmowy współpracy z władzą. Postępowanie takie skazywało bowiem władzę na pozyskiwanie zasobów ludzkich w drodze selekcji negatywnej, pozbawiając ją dostępu do najlepszych kandydatów. Nie chcąc legitymizować władzy oddolną współpracą, opozycja wtrącała ją w objęcia oportunistów i cynicznych karierowiczów. Był to więc kolejny przykład niezdolności Polaków do dogadania się i samozorganizowania w struktury państwa.

Oryginalność „Kisiela”

Stefan Kisielewski pisał, że zawsze dziwiła go nieadekwatna do realiów postawa niektórych środowisk inteligenckich i młodzieży wobec władzy – pryncypialna wrogość i prowokacja po odwilży 1956 r. i niemalże uległość w czasach prawdziwego terroru, kiedy intensywność niechęci wobec reżimu była znacznie mniejsza. Władysław Gomułka widział to podobnie. „Kisiel” opowiadał o niesmaku, z jakim Gomułka odniósł się do grupy nieprzejednanych inteligentów, którzy w 1956 r. w jakimś proteście gremialnie i teatralnie, na czele z pisarzem Jerzym Andrzejewskim, wystąpili z partii. Miał im wtedy wyrzucić, z uzasadnionym sarkazmem, że „za Stalina mogli być w partii, a teraz nie mogą”. Gomułka być może jako pierwszy – wiele lat przed powstaniem KOR i Solidarności – dostrzegł ten paradoks, że wraz z postępującą liberalizacją ustroju w PRL narastała kontestacja władzy przez elity intelektualne i inteligencję.

Tendencja ta nabrała w końcu znamion patologii, jeśli uwzględnić fakt, że proces potępiania w czambuł PRL nigdy nie ustał ani nie zwolnił. Dziś, prawie 30 lat od upadku PRL, antypeerelizm sięga zenitu. Komunizm umarł, za to antykomunizm okazał się – jak Lenin – wiecznie żywy. Zabalsamowana nienawiścią do PRL pisowska władza stała się żywym mauzoleum antykomunizmu.

Czytelnika, który dziś zajrzałby do zakurzonego egzemplarza „Aneksu”, mogłoby zdziwić, że wśród kilku odpowiadających Walickimu znalazł się tylko jeden, który przyznał rację inicjatorowi ówczesnego sporu o kondycję „moralno-psychologiczną” polskiej inteligencji. Jednomyślność z autorem uzasadniał tymi słowy: „Pan Walicki jest mi nie tylko bliższy swym ładem myślowym, lecz i niejako swą »formacją historyczną«, swymi doświadczeniami. Brałem już w życiu udział w kilku powstańczych zrywach młodzieży zakończonych klęską i nie bardzo mnie bawi stwierdzenie na nowo, że każde pokolenie musi popełniać te same błędy, bowiem błędy są niezmienne, tak jak prawa biologii. Poza tym, podobnie jak i pana Walickiego, interesuje mnie forma dzisiejszej polskiej państwowości. Niesuwerenna i obdarzona absurdalnym ustrojem łączącym gospodarkę z polityką jest jednak to państwowość ciekawa historycznie, terytorialnie i demograficznie, jakby rozmyślna antyteza Polski Jagiellońskiej, której wielonarodowa federacyjność srodze się na nas po wiekach zemściła. Tak więc Walicki bliższy mi jest swym myślowym ładem, ma koncepcję, logikę, argumenty, a także krytyczną odwagę, której bardziej nam dzisiaj w ocenie minionych paru lat potrzeba niż hagiografii”.

Autorem apologii „pana Walickiego” był Stefan Kisielewski. Mistrz filozofii politycznej zdrowego rozsądku okazał się jedynym sprawiedliwym. Reszta adwersarzy nie sprostała intelektualnie debacie, poprzestając na filipikach, drwinach, uproszczeniach i demagogii. Tytuł odpowiedzi jednego z nich oddaje nastrój większości: „Pon się bojo we wsi ruchu”. Prócz „Kisiela” wśród respondentów Walickiego znaleźli się Leszek Kołakowski, Waldemar Kuczyński, Jan Józef Lipski i Krzysztof Pomian.

Mitologia pierwszej Solidarności

Wbrew obowiązującej do dziś oficjalnej wersji historii Walicki pokazał, że Solidarność nie była ruchem wyzwolenia narodowego sięgającym do tradycji romantycznych. Traktowała ona tę narrację historyczną i cały sztafaż polskiego patriotyzmu cynicznie i instrumentalnie, jako taran do walenia we wroga – PRL – i narzędzie do podważania jej legitymizmu. Stawiała sobie cele zbędne lub na wyrost. Polska już miała państwowość, a jej wolność mogła zostać poszerzona lub zmniejszona, ale nie dopiero wywalczona. Nie chciała też Solidarność ograniczenia omnipotencji władzy, lecz co najwyżej „zdemokratyzowania totalitaryzmu”. Nie była poza tym wyłącznie ruchem odnowy moralnej, bo ujawnił się jej agresywny moralizm, tendencja do samouniewinniania się, a także do egalitaryzacji jako równania w dół i usprawiedliwiania powszechnej w społeczeństwie „afrykańskiej korupcji” zrzucaniem winy na „system”, jakby był on czymś zewnętrznym wobec społeczeństwa w warunkach realnego socjalizmu. W 1981 r. Solidarność i jej intelektualiści nie potrafili przyjąć tych faktów do wiadomości i woleli spektakularnie rozsadzić istniejące państwo, niż mozolnie je naprawiać. Dziś, po prawie trzech dziesięcioleciach państwowej mitologizacji tego ruchu, posługujemy się tak dalece zafałszowanym obrazem jego przeszłości, że nadal nie dopuszczamy do siebie tych prawd.

Na marginesie warto zauważyć, że łatwość, z jaką dzisiejsza posolidarnościowa ekipa odwołująca się do mitu Sierpnia, a w szczególności drużyna „dobrej zmiany”, przyswoiła sobie modus operandi najgorszej kleptokracji rodem z republik bananowych – z bijącymi w oczy kumoterstwem, nepotyzmem i prywatą – nie wzięła się znikąd. Pod względem zachłanności i pazerności na majątek społeczny elity solidarnościowe prześcignęły wszystkie ekscesy dawnej komunistycznej nomenklatury.

Walicki nie krytykował etosu opozycji z przekory czy złośliwości. Chciał zapobiec powtórce tych samych błędów. Dotychczas Solidarność jedynie wychwalano, a nawet gloryfikowano, a za mało krytykowano. Dająca się unieść fali pozornej rewolucji inteligencja opozycyjna, przy zupełnym braku samokrytyki i rzeczowej refleksji, ujawniła skłonność do „autoheroizacji, antyintelektualizmu, myślenia życzeniowego i okopywania się na pozycjach narodowego tabu”. Słowa Walickiego miały być ostrzeżeniem, a stały się proroctwem, które wypełniło się dosłownie. Rządząca obecnie ekipa w stopniu ekstremalnym uwewnętrzniła niemal wszystkie negatywne cechy dawnej opozycji i Solidarności. Widać to najwyraźniej w jej fałszywym moralizmie i skrajnej nietolerancji wobec osób i opinii dystansujących się od myślenia grupowego i stadnych emocji.

PRZYPISY
1 Andrzej Walicki, Myśli o sytuacji politycznej i moralno-psychologicznej w Polsce, „Aneks” 1984, nr 35, s. 82-104.
2 Leszek Kołakowski, Andrzej Walicki, Listy 1957-2007, Wydawnictwo IFiS PAN, Warszawa 2018.
3 Bardzo proszę nie kwestionować określenia „naiwny apologeta”. Słowo apologeta nie oznacza poplecznika, zwolennika, chwalcy, a jedynie obrońcę, kogoś, kto usprawiedliwia określone idee lub osoby.

Rep. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 2/2019

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy