Niezniszczalny Chavez

Niezniszczalny Chavez

Po Fidelu Castro prezydent Wenezueli wyrasta na nowego lidera Ameryki Łacińskiej

O czwartej nad ranem, kiedy zachodnie dzielnice Caracas złożone z willi i rezydencji w amerykańskim stylu jeszcze spały, na ulice wschodniej części stolicy Wenezueli wyjechały ciężarówki z muzyką. Z zainstalowanych na nich głośników płynęły na zmianę z salsą wezwania: „Wenezuelczycy do urn!”. W San Augustin, San Martin i innych wschodnich dzielnicach mieszka uboższa część klasy średniej, której ogromna większość głosuje od 1998 r. na Hugo Chaveza. W tej części Caracas kolejki przed lokalami wyborczymi tworzyły się już na długo przed szóstą rano. Do wyborów poszło 75% uprawnionych Wenezuelczyków.
Rząd, pamiętając o oskarżeniach opozycji, która zarzucała mu fałszowanie wyborów, wprowadził dodatkowe zabezpieczenia w procedurze głosowania. Jedno z nich to znaczenie niezmywalnym tuszem kciuka wyborcy, który oddał głos, tak aby nie mógł głosować ponownie. Zagraniczni obserwatorzy, w tym 150 z Unii Europejskiej, orzekli, że wybory przebiegły według wszelkich reguł demokratycznych.

Opozycja przeprasza Chaveza
Manuel Rosales, którego kandydatura zjednoczyła większość opozycji, jedyny liczący się rywal Chaveza, uzyskał ok. 37% głosów. Chavez – 63%, wynik lepszy niż we wszystkich poprzednich wyborach. Wybrany na nową, sześcioletnią tym razem kadencję, wyszedł na balkon pałacu Miraflores, siedziby prezydenckiej, i odśpiewał hymn narodowy. Jednocześnie zapowiedział „pogłębienie rewolucji socjalistycznej”.
Wcześniej Chaveza próbowano obalić siłą. Najpierw menedżerowie sparaliżowali strajkiem przemysł naftowy. Bezskutecznie. W 2002 r. Chavez ponownie wygrał wybory. Wówczas sojusz wojska, związku naftowców i opozycji dokonał przewrotu, niezwłocznie uznanego przez USA. Ale po 48 godzinach Chavez z poparciem swych zwolenników odzyskał władzę. W 2004 r. na żądanie opozycji ogłoszono referendum w sprawie pozostania Chaveza u władzy do końca kadencji. Były komandos i absolwent akademii nauk politycznych znowu wygrał.
Tym razem Stany Zjednoczone zmieniły wobec Chaveza taktykę: pogratulowały wyboru narodowi wenezuelskiemu i wyraziły nadzieję na współpracę z rządem kraju, który pokrywa w 11% amerykański import ropy naftowej. Rywal Chaveza, Rosales, też pogratulował i przeprosił za to, że opozycja kwestionowała dotąd legalność władzy prezydenta. Depesze gratulacyjne przyszły z całej Ameryki Łacińskiej, od Unii Europejskiej i od Fidela Castro.

Winien Bush
– W Ameryce Łacińskiej każdy, kto jest przeciwko Stanom Zjednoczonym, wygrywa wybory – tak tłumaczy nowe zwycięstwo Chaveza wyzywającego Amerykanów od imperialistycznych gringos, amerykański politolog, znany z liberalnych poglądów, Benjamin Barber.
Autor bestsellera „Dżihad kontra McŚwiat” jest zagorzałym krytykiem wenezuelskiego prezydenta populisty, ale stara się zachować obiektywizm. Twierdzi, że USA same przyczyniły się do klęski swego sojusznika, gubernatora naftowej prowincji Zulia, Manuela Rosalesa. W Waszyngtonie trzymano za niego kciuki m.in. z tej przyczyny, że jedynie w przypadku jego zwycięstwa można było liczyć na wyjęcie spod kontroli państwa wenezuelskich bogactw naftowych.
– Winna jest administracja Busha – twierdzi Barber. Jego zdaniem, wszędzie – od Iraku po Amerykę Łacińską – prowadziła fatalną politykę zagraniczną. Pozwoliła się izolować w Europie i lekceważąc sąsiadów, straciła znaczenie „na własnym podwórku” – w Ameryce Łacińskiej. – Nie byliśmy wobec niej zbyt hojni – mówi Barber.
– W Ameryce Łacińskiej oskarżano nas o łamanie prawa międzynarodowego, ingerencję i wyzysk. W słowach chcemy wolnego handlu, a w praktyce zamykamy nasze rynki dla towarów latynoamerykańskich.
Tam, gdzie panuje nędza i niesprawiedliwość społeczna, zwyciężają w wyborach ci, którzy więcej obiecują. Chavez i Rosales walczyli podobną bronią. Urzędujący prezydent zapowiedział kontynuowanie programów pomocy dla ubogich warstw ludności, które finansuje z rezerw banku centralnego i wzrastających dochodów przemysłu naftowego. Rosales obiecał wyborcom, że jeśli zwycięży w wyborach, rozda obywatelom jedną piątą dochodów ze sprzedaży ropy naftowej, to jest 16 mld dol.

ALBA, czyli świt Ameryki
Jak widać, obietnice Chaveza były bardziej wiarygodne, bo poparte blisko ośmioletnią praktyką jego rządów. Stosuje on formy pomocy, o których nikomu dotąd w Wenezueli się nie śniło. Zasiłki dla samotnych matek, dopłaty państwa do podstawowych artykułów spożywczych sprzedawanych w biednych dzielnicach, tanie mieszkania, darmową edukację i opiekę zdrowotną. 30 tys. lekarzy przysłał Chavezowi jego przyjaciel, Fidel Castro, w zamian za to, że Wenezuela dostarcza Kubie ropę naftową po obniżonych cenach. Podstawą stosowania tej formy wzajemnej pomocy jest podpisane przez Wenezuelę, Boliwię i Kubę porozumienie nazwane Boliwariańską Alternatywą dla Ameryki (ALBA). To porozumienie jest jakby antytezą amerykańskiego zaawansowanego projektu stworzenia pod nazwą ALCA największej na świecie strefy wolnego handlu, obejmującej terytoria od Alaski po Ziemię Ognistą. Według sygnatariuszy ALBA (skrót ten znaczy po hiszpańsku „świt”), ALCA nie zapewnia równości partnerom i służy m.in. otwarciu rynków dla sponsorowanych przez państwo produktów rolnych z USA.
Nazajutrz po reelekcji Chavez udał się w podróż do Brazylii, Argentyny i Urugwaju. Największa potęga energetyczna kontynentu zamierza z tymi krajami zbudować kosztem 23 mld dol. Gazociąg Południowy, który będzie osią integracji gospodarczej Ameryki Łacińskiej. Uczyni z niej partnera, z którym USA będą musiały się liczyć. Po Fidelu Castro, który powoli odchodzi, Hugo Chavez wyrasta na wiarygodnego latynoamerykańskiego przywódcę. W odróżnieniu od Castro stoi on twardo na ziemi, czyli na beczce z naftą.

Wydanie: 50/2006

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy