Nobel a nauka polska

Nobel a nauka polska

Kiedyś przed laty, jako młody doktor oprowadzałem amerykańskiego profesora po Krakowie. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. „To jest najstarszy gmach naszego uniwersytetu, najstarszego w Polsce, założonego przez króla Kazimierza Wielkiego w roku 1364”, wyrecytowałem dumny, patrząc, jakie to zrobi na Amerykaninie wrażenie. Aha, powiedział tonem wyrażającym zdumienie i zachwyt, ale zaraz dodał pytanie, którym natychmiast sprowadził mnie na ziemię: „A ilu macie noblistów?”.
Dziś Uniwersytet Jagielloński, niewątpliwie najlepszy z polskich uniwersytetów (ostatnio znów wygrał tę konkurencję z Uniwersytetem Warszawskim, co było w Krakowie powodem do niesłychanej dumy), lokuje się wedle międzynarodowych rankingów w czwartej setce uniwersytetów świata. Wyprzedzają go nie tylko renomowane uniwersytety amerykańskie, brytyjskie, niemieckie czy francuskie, ale sporo uniwersytetów z krajów Azji i Trzeciego Świata. Żadne najbardziej napuszone jubileusze tej prawdy nie przesłonią. „Ponad 600 lat i ani jednego noblisty”, jak powiedziałby złośliwy Amerykanin.
Pokazuje to prawdziwe miejsce nauki polskiej w świecie. Miejsce żałosne. A przecież inwestowanie w naukę, a także edukację, to – jak powszechnie się twierdzi – najlepsza inwestycja w przyszłość. Nasza nauka, w tym szkolnictwo wyższe, jest na pewno niedoinwestowana, ale jest też fatalnie zorganizowana. Państwo utrzymuje z budżetu grubo ponad 200 wyższych uczelni, trwoniąc i tak skromne środki przeznaczone na naukę. Czym uzasadnione jest utrzymywanie w jednym ośrodku akademickim na kilku uczelniach tego samego kierunku studiów, na których wykładają na ogół i tak ci sami naukowcy? W Krakowie, dla przykładu, na państwowych uczelniach zarządzanie można studiować – nie licząc kilku uczelni prywatnych – na Uniwersytecie Jagiellońskim, na Uniwersytecie Ekonomicznym, a także na AGH. Na AGH można też studiować np. socjologię! Wszystkie chyba kierunki studiów z Uniwersytetu Pedagogicznego dublują kierunki na Uniwersytecie Jagiellońskim itd.
Czy rzeczywiście nie byłoby bardziej gospodarnie, aby państwo utrzymywało w jednym ośrodku naukowym tylko po jednym z każdego kierunku studiów, ewentualnie lepiej płacąc kadrze naukowej, aby nie musiała chałturzyć, nauczając tego samego przedmiotu na kolejnej uczelni? A jeśli ma to być wyraz troski o studiującą młodzież i miejsca studiów dla niej, to czy nie wystarczyłoby płacić najuboższym, którzy nie dostali się na uczelnie państwowe, stypendiów za studiowanie na uczelniach niepublicznych?
Napiszę tu rzecz bardzo niepopularną i spodziewam się za nią gromów sypiących się na moją głowę, ale uważam, że w Polsce państwo utrzymuje stanowczo za dużo uczelni państwowych, a przyszłością jest prywatne szkolnictwo wyższe. Wśród najlepszych uniwersytetów amerykańskich najwięcej jest uniwersytetów prywatnych, dość przypomnieć, że pierwszy na liście najlepszych uniwersytetów świata jest prywatny Harvard!
W tychże Stanach Zjednoczonych na blisko 2 tys. uniwersytetów, państwowych (stanowych) jest zaledwie niespełna 50! Gdyby w Polsce państwo miast ponad 200 utrzymywało jedynie ok. 20 wyższych uczelni, można by lepiej wydawać pieniądze przeznaczone na naukę (dziś większość wydatków na naukę to fundusz płac dla tysięcy i tak nisko opłacanych pracowników naukowych i jeszcze gorzej opłacanych, za to wielokrotnie zbyt licznych pracowników administracyjnych polskich szkół wyższych). Byłaby wtedy szansa, że te nieliczne państwowe uczelnie mogłyby być lepiej wyposażone, wysokie wynagrodzenie kadry naukowej mogłoby przyciągnąć rzeczywiście najlepszych, którzy w dodatku nie szukaliby dodatkowych zajęć zarobkowych na kolejnych etatach w kolejnych szkołach. Nie byłoby przeszkód w zatrudnianiu jako profesorów wizytujących nawet noblistów. Można by ożywić współpracę naukową z najlepszymi ośrodkami akademickimi na świecie. Jeżdżąc tam, nasi naukowcy nie czuliby się jak ubodzy krewni. Przyjeżdżającym do Polski uczonym światowej marki byłoby z czego zapłacić. Cała reszta szkolnictwa wyższego powinna być sprywatyzowana, oddana jako spółki na własność nie tylko prywatnym przedsiębiorcom, ale też marszałkom województw, organizacjom pozarządowym etc. Państwo mogłoby wspierać najuboższych studentów, opłacając za nich czesne. Byłoby to bardziej efektywne niż utrzymywanie dziesiątek słabych szkół wyższych, ich infrastruktury, licznych i miernych często uczonych oraz tysięcy pracowników administracji. Wszyscy oni przejadają pieniądze przeznaczone na naukę!
Może prędzej doczekalibyśmy się naukowej Nagrody Nobla?
Skoro już o Nagrodzie Nobla mowa. Z dziedziny ekonomii otrzymała ją przed kilkoma dniami Elinor Ostrom (wspólnie z Oliverem E. Williamsonem). Prof. Elinor Ostrom, która otrzymała nagrodę za prace dotyczące analizy ekonomicznego zarządzania własnością wspólnot, przez całe lata, wspólnie z mężem prof. Vincentem Ostromem, politologiem i filozofem polityki, kierowali na Uniwersytecie Indiana pracownią teorii polityki i analizy praktyki politycznej (Workshop of Political Theory and Policy Analyzis). Wielokrotnie bywali w Polsce, gdzie mieli liczne kontakty naukowe. Zarówno Vincent, jak i Lin Ostrom byli zawsze prawdziwymi przyjaciółmi Polski, żywo i z sympatią interesowali się procesem polskiej transformacji. W okresach trudnych niejednokrotnie pomagali polskim naukowcom, a przez ich Workshop w latach 80. i 90. ubiegłego wieku przewinęło się blisko 10 naukowców stypendystów z Polski. Socjologów, politologów, prawników. Miałem zaszczyt być jednym z nich. Gratulując prof. Elinor Ostrom Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, do gratulacji powinniśmy jako Polacy dołączyć nasze podziękowania. Za sympatię dla Polski, za pomoc świadczoną jej naukowcom w czasach trudnych, za pomoc w zrozumieniu świata.

Wydanie: 42/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy