Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Minister Sikorski ogłosił, że z trójki ambasadorów, których po kryjomu nominował prezydent Kaczyński do spółki z minister Fotygą, na razie za granicę pojedzie tylko Robert Kupiecki. Będzie on ambasadorem w USA. A co z pozostałymi dwoma? A to się zobaczy…
Ta decyzja ma ręce i nogi, bo Kupieckiemu nikt nie zarzuca braku kompetencji. Jeżeli już – to brak przebicia, brak pozycji politycznej. A ambasador w Stanach Zjednoczonych powinien taką mieć. No cóż, Koźmiński to on nie jest…
Więc Kupiecki jedzie do USA, ale dwaj inni nominaci – Jarosław Starzyk i Andrzej Sadoś są jeszcze w zamrażarce.
Więc w MSZ ludzie już zakładają się, czy wyjadą, czy nie. Na razie przeważa opinia, że jeden z nich na pewno nie wyjedzie. Tylko który?
Teoretycznie w gorszej sytuacji jest Sadoś, bo wiadomo, że nie ma on kompetencji, by kierować taką placówką (OBWE Wiedeń), no i cały MSZ pamięta mu niedawne czasy, gdy czapkował Fotydze i był z jej poręki wiceministrem.
Ale, z drugiej strony, twardo stoi za nim Kancelaria Prezydenta, więc można w zamian za jego wysłanie sporo tam utargować. Bo przecież nikt nie wątpi, że w najbliższych latach ambasadorów będzie się wysyłać według prostego klucza – jeden od Sikorskiego, jeden od Tuska i jeden od Kaczyńskiego.
Jeżeli więc Tusk z Sikorskim dojdą do wniosku, że nie warto o Sadosia kruszyć kopii, wtedy ofiarą może zostać Jarosław Starzyk, niedawny dyrektor Departamentu Unii Europejskiej.
Miałby człowiek pecha…
A pretekstem (zresztą – niewydumanym) zatrzymania Starzyka mogłyby być sprawy językowe. Otóż nie zna on hiszpańskiego. A akurat w Hiszpanii ambasador ten język powinien znać. Tak już po prostu jest.
Podobnie rzecz się ma z Jerzym Chmielewskim, dyrektorem departamentu Europy Wschodniej, którego Fotyga wysłała na ambasadora do Rzymu. Pisaliśmy już o tym – kłopot polega na tym, że Chmielewski nie zna włoskiego (a we Włoszech ambasador powinien ten język znać). I nie zna angielskiego. Więc co z tego, że mówi po serbsko-chorwacku i po bułgarsku?
To nie są wydumane zastrzeżenia, dyplomacja to przecież poruszanie się za granicą, wśród obcokrajowców, jak więc można efektywnie pracować, kiedy nie można się z nimi porozumieć?
Na fali takich nastrojów krystalizują się w MSZ pomysły, by przywrócić egzaminy językowe dla wyjeżdżających na placówkę, te z czasów Cimoszewicza. Chodzi też o to, by nie były fikcją. Więc już paru ludzi chodzi po MSZ i składa różne propozycje. Na przykład takie, by zweryfikować wcześniejsze egzaminy. Choćby egzamin Andrzeja Papierza, który pojechał na stanowisko ambasadora w Sofii. Starsi ludzie kręcą na to głowami, i wzdychają: jak to wszystko się powtarza. W czasach PRL również był taki zwyczaj, że do MSZ trafiali działacze z różnych organizacji, młodzieżowych, związkowych, partyjnych, tępi, ale za to wierni i zasłużeni w walce o socjalizm. Więc wysyłano ich na placówki, ale żeby ograniczyć wstyd, który przynoszą, kierowano ich do państw socjalistycznych. A teraz spójrzmy na Papierza – zadymiarz z Ligi Republikańskiej, potem urzędnik w kancelarii premiera Buzka, potem za zasługi wysłany do Sofii na szefa Instytutu Kultury, potem kadrowy w MSZ i główny czytacz teczek, a teraz ambasador. Wielka kariera małego człowieka. Ustroje się zmieniają, a zasada BMW jak kwitła, tak kwitnie.

Wydanie: 7/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy