Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Mamy sezon wakacyjny, więc pewnie dlatego wydarzenia banalne i oczywiste urastają do wiekopomnej rangi. Takie jak chociażby deklaracja, że od teraz szef MSZ będzie współpracował z prezydentem w sprawie nominacji ambasadorskich.
A to ciekawe – to znaczy, że wcześniej nie współpracował? Hm, to skąd się wziął pomysł z panią Fotygą? To on sam to wymyślił?
Dowiedzieliśmy się też, że ta współpraca polegać będzie na tym, że minister, zanim jeszcze wystąpi o agrement dla przyszłego ambasadora, uzgodni jego kandydaturę z prezydentem. Mój Boże, a cóż to za nowość?
Przecież przez lata całe, gdy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, różni premierzy, i różni ministrowie spraw zagranicznych, uzgadniali z nim kandydatów na ambasadorów. Wtedy to działało. Dlaczego więc nie może teraz?
Tamten mechanizm był bardzo prosty, warto go więc przypomnieć. Otóż pierwsze pismo wychodziło z MSZ, pisał je szef kadr (czyli nie minister ani nie wiceminister, tylko dyrektor departamentu) i kierował do szefa kadr Kancelarii Premiera. Tam z kolei pismo było kierowane do ministra odpowiedzialnego za sprawy międzynarodowe i z jego rekomendacją do premiera. Gdy wróciło do MSZ z aprobatą, szef kadr kierował je do szefa (w tym przypadku szefowej) kadr w Kancelarii Prezydenta. A one kierowała je do ministra zajmującego się sprawami międzynarodowymi, czyli Andrzeja Majkowskiego. Stamtąd pismo z odpowiednią rekomendacją szło do prezydenta. I wracało do MSZ.
Tak się sprawy miały w cywilizowanym kraju.
Oczywiście, zdarzały się takie sytuacje, że na niektóre kandydatury zgody nie było. Cóż wówczas się działo? Pełen Wersal – pismo gdzieś utykało. Nie było nań odpowiedzi. I wtedy zainteresowana strona wiedziała już, o co chodzi… Wtedy też uzgadniano, co i jak. Ale wszystko czyniono na maksymalnie niskim szczeblu, bo to byłoby bez sensu, gdyby szef MSZ prowadził z prezydentem jakieś negocjacje. I to jeszcze z gromadą dziennikarzy pod drzwiami.
Ten mechanizm warto odnowić. Zaoszczędzi on ważnym politykom niepotrzebnych przepychanek. Bo chyba już się zorientowali, że dyplomacja nie polega na tym, żeby wysłać za granicę jak największą liczbę swoich kolegów?
Dyplomacja polega także na tym, żeby przygotować się do nadchodzących wydarzeń. I tak z miesiąca na miesiąc zbliża się czas naszej prezydencji w Unii. I z miesiąca na miesiąc coraz bardziej niepokojąco to wygląda. O organizacji już pisaliśmy – jej nie widać, wciąż nie wiadomo, jak to będzie koordynowane w Warszawie. O kontaktach między MSZ a UKIE też nie ma co mówić, wydaje się, że min. Dowgielewicz ograł min. Sikorskiego.
A co do koncepcji – Europa ma swoje bolączki, które są i bolączkami Polski. Jest nią na pewno konieczność dalszej integracji i poczucia wspólnoty, to są sprawy gospodarki, to są wreszcie sprawy bezpieczeństwa energetycznego. Tymczasem minister Sikorski chce poświęcić czas naszej prezydencji sprawom obronności. To co, to jest dla Polski najważniejsze? Bo Rosja nas chce atakować?
Życzliwi Sikorskiemu tłumaczą, że to dlatego, że był ministrem obrony, więc to czuje. Ha! Proponujemy więc prezydencję przeprowadzić pod hasłem szkolenia na blackberry! To przecież naszemu MSZ wychodzi najlepiej.

Wydanie: 32/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy