Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Od ładnych paru tygodni w MSZ mówi się o tym głośno, ba, nie tylko mówi – to już się dzieje. Otóż wszystko wskazuje na to, że pani minister Fotyga nie zrezygnowała z ogłaszanej jeszcze przed wyborami idei „oczyszczenia” MSZ. „Oczyszczenia” z ludzi, którzy byli związani w taki lub inny sposób ze służbami specjalnymi PRL, którzy kształcili się w Moskwie (najczęściej chodzi o MGIMO-wców), no i, gdzieś tam na końcu i ewentualnie – którzy po prostu zaczęli pracę w MSZ przed rokiem 1990.
Ta lista ludzi do odstrzelenia jest tyleż długa, co irracjonalna. Trudno było pracować w MSZ w czasach PRL i nie mieć kontaktów ze służbami. Nawiasem mówiąc – wiele w tej materii się nie zmieniło, ludzie w MSZ nie są głupi, wyjeżdżają na placówki i widzą, z kim przychodzi im pracować, z ludźmi, których nigdy przy al. Szucha nie widzieli…
Co do MGIMO, to jest już zupełna aberracja. Cały świat kształci tam swoich studentów, Amerykanie, Niemcy, Brytyjczycy, to jedna z najbardziej prestiżowych na świecie uczelni kształcących dyplomatów, prezydenci i premierzy największych państw są bardzo zadowoleni, jeśli podczas oficjalnej wizyty w Moskwie wygłoszą w tej szkole wykład, a nasi PiS-owcy traktują ją jako siedlisko szpiegów. Rosyjskich szpiegów. I żywią się tym mitem.
I co z tego, że ta wiara świadczy o ich cywilizacyjnej niedojrzałości, kiedy właśnie jej wyznawcy mają wszystkie stery w rękach… Poza jednym drobiazgiem, w Polsce obowiązuje ustawa o służbie zagranicznej, a na jej podstawie trudno jest wyrzucać ludzi z pracy według ministerialnego widzimisię. Więc ekipa PiS-owska postanowiła tę ustawę obejść. A to w taki sposób, że ludziom „niepewnym” nie są przedłużane dopuszczenia do tajemnicy służbowej. A niektórym – nawet cofane. Oto więc mamy w centrali MSZ urzędników (a dotyczy to, jak niektórzy mówią, już około 50 osób), którzy nie mogą czytać depesz przysyłanych z placówek albo niektórych opracowań i informacji. Czyli, de facto, nie mogą pracować. No bo jak?
(Parę lat temu był przypadek dyrektora departamentu, który nie miał dopuszczenia, więc depesze najpierw czytała… sekretarka, a potem mówiła mu, co przeczytała. Ale to trwało krótko).
Nowa ekipa liczy, że w ten sposób będzie mogła pozbywać się z MSZ niewygodnych ludzi.
A starzy MSZ-etowcy z politowaniem kiwają głowami. Bo przez całe lata kolejni ministrowie spraw zagranicznych pilnowali jednego – by służby – i cywilne, i wojskowe – w MSZ się nie szarogęsiły. To było takie niewidzialne mocowanie. I oto teraz te służby zostały zaproszone do tego, by prowadzić politykę kadrową. Bo to one wydają certyfikaty dostępu. Więc służby jak to służby, jednemu dadzą dopuszczenie od razu, drugiemu nie dadzą, jeszcze innego przetrzymają w niepewności i zmiękczą… W ten sposób, realizując wielką czystkę, kłaniając się w pas politykom, załatwiają swoje interesy. Tak oto dożyliśmy czasów, kiedy bezpieka rozdaje karty w MSZ.

Wydanie: 34/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy