Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Plotkują w MSZ o ministrze Mellerze. Że odejdzie. I to jeszcze w lutym. To odejście tłumaczone jest rozmaicie.
Pierwsza grupa mówi, że Meller jako osoba w obozie PiS obca, nieposiadająca tam tzw. zaplecza politycznego, będzie z radością wypuszczona w kosmos, tym bardziej że swoje już zrobiła. Tzn. rozkręciła machinę czystek. Meller wziął więc na siebie to, co najgorsze, przy okazji uspokajając swoją osobą Zachód, ale teraz już do niczego rządzącej ekipie nie jest potrzebny. Więc mu się podziękuje, w nagrodę wyśle na placówkę – nie, nie do Paryża czy do Moskwy, ale do Hagi
Druga grupa głosi, że Meller, owszem, odejdzie, ale na własną prośbę i z własnej woli. Bo zgodził się być szefem MSZ w rządzie Marcinkiewicza, ale nie za wszelką cenę. Zwolennicy tej teorii podpowiadają że minister dystansował się od czystek i fali odwołań ambasadorów (choć twardych faktów na potwierdzenie tej tezy nie mają), że się wściekł, gdy puszczono do mediów informację o fali odwołań, że zakazał wiceministrowi Waszczykowskiemu udzielania wywiadów, że jest przeciwny dalszym odwołaniom, no i że już dwukrotnie wyszedł z posiedzenia kierownictwa resortu, trzaskając drzwiami. Oto bohaterstwo.
Jest jeszcze trzecia wersja – jej zwolennicy tłumaczą, że decyzja o odwołaniu Mellera zapadła w PiS po tym, kiedy okazało się, że kierowane przez Radka Sikorskiego Ministerstwo Obrony blokuje ustawę o rozwiązaniu WSI. Nie ma zresztą czemu się dziwić, bo projekt PiS zakłada, że w miejsce WSI mają powstać dwie służby (wywiad i kontrwywiad), ale podległe ministrowi koordynatorowi, de facto więc cywilne i wyłączone z wojska. A kto przytomny, i w kraju, i za oceanem, na coś takiego by się zgodził? Sikorski więc się nie godzi, sprawę blokuje i dlatego też PiS-owcy doszli do wniosku, że lepiej mieć na czele MSZ swojego człowieka, a nie kogoś z własnym zdaniem, obcego…
Która z tych wersji jest prawdziwa, dowiemy się za jakiś czas. Prędzej pewnie, jeśli Meller odejdzie, poznamy nazwisko jego następcy. Czy będzie to ktoś z zewnątrz, czy ze środka? O tym też się plotkuje. Co zresztą przybiera kształty humorystyczne. Bo taką nadymającą się osobą, pokazującą wszem wobec, że fotel pełnego ministra to coś stworzonego dla niego, jest Stanisław Komorowski, obecnie podsekretarz stanu. Otóż Komorowski ma w MSZ przydomek Ken, dobrze zresztą do niego pasujący, więc łatwo sobie wyobrazić, co by w resorcie mówiono (a tu się pamięta Geremka, Cimoszewicza czy Rotfelda), gdyby Ken został szefem. Wysoko na giełdzie stoją też akcje pani wiceminister Fotygi. Meller bardzo przed nią się bronił, nie chciał robić jej sekretarzem stanu, ale po naciskach Marcinkiewicza i Kaczyńskiego, ustąpił. Wyjścia nie miał, Fotyga to wieloletnia pracownica działu zagranicznego NSZZ „Solidarność”, zna dobrze z tego powodu Lecha Kaczyńskiego. W MSZ więc odebrano ją jako człowieka PiS, który na razie się przygląda, a potem weźmie sprawy w swoje ręce. No i podobno ta chwila przychodzi.

 

Wydanie: 7/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy