Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Wspominaliśmy tydzień temu o naradach, które minister Sikorski przeprowadza z dyrektorami w sali 120. Te narady są w gruncie rzeczy śmieszne, bo to jest takie pokrzykiwanie, że trzeba lepiej, że trzeba taniej, że trzeba… W sumie, ludzi inteligentnych to nudzi, bo te kapralskie okrzyki nic nie wnoszą, a ludzi z doświadczeniem to śmieszy, bo przypominają im się różne etapy historii Polski…
Ale nieprawdą jest, że dyrektorzy na tych spotkaniach przysypiają. O nie, oni dokładnie obserwują, kto co mówi i jak się zachowuje. Jakie są sygnały.
Pierwszy sygnał jest oczywisty, minister chce zmian, redukcji, zwolnień, reorganizacji. Taki typ. Kontynuator dobrej, PRL-owskiej szkoły.
Zanotowano też skwapliwie, że ministrowi coraz mniej podoba się praca dyrektora generalnego Rafała Wiśniewskiego. Na jednej z narad publicznie mu wypominał, że „za wolno pan zmienia!”. Konsekwencje z tego nie wyszły, ale…
Zanotowano też inny przypadek. Otóż gdzieś pod koniec minionego roku pojawił się w MSZ pan Marek Michalewski, oczywiście z MON, bo ludziom stamtąd Sikorski ufa najbardziej. Pan Michalewski został pełnomocnikiem ds. informatyzacji MSZ, w Sekretariacie Ministra, i włączył się z zapałem, bo niewiedza przecież dodaje odwagi, do zmieniania struktur polskiej dyplomacji. Chce m.in. budować dla MSZ nowe biurowce i tego typu sprawy. I czuje się mocny, bo na jednej z narad wstał i zaczął krytykować dyrektorów (w obecności ministra), że wolno pracują, że MSZ to skansen, że PRL. A na zakończenie przyłożył jeszcze Rafałowi Wiśniewskiemu.
Dzieją się więc w tym MSZ ciekawe rzeczy…
A będzie jeszcze ciekawiej, bo minister-reorganizacja-Sikorski nie poprzestał na likwidacji 16 placówek zagranicznych, ale ma ambitniejsze plany. Otóż powołał on do życia komisję, która ma opracować plan kadrowej przebudowy pozostałych placówek. Czyli określić, w których placówkach jest za dużo pracowników i jakiego typu, a w których za mało, tak żeby można to było przesuwać. I zakończyć ma swoje prace do końca bieżącego roku.
W MSZ wszystko więc jest jasne – idziemy w kierunku wstrząsu tektonicznego w polskiej dyplomacji. Mając w perspektywie prezydencję w Unii Europejskiej i miejsce w Radzie Bezpieczeństwa w ONZ.
Bo to wszystko jest robione od końca. Gdyby bowiem komisja chciała wykonać swe zadanie na poważnie, najpierw powinna mieć opracowane dokładne wytyczne, jakie są cele polskiej dyplomacji. A potem, stosownie do tych celów, tworzyć sieć placówek, wraz z ich zadaniami i konieczną obsadą. Tymczasem tu się buduje coś od końca. W dodatku w oderwaniu od realiów. Bo jak to sobie minister wyobraża? Że etaty przepłyną, a on człowieka z Kambodży przerzuci do Manchesteru?
Przecież to jest wszystko niemożliwe do wykonania. Tym bardziej że jest jeszcze jedna choroba MSZ – armia ludzi, która nigdy do tego ministerstwa nie powinna trafić. Którzy zajmują etaty, ale z których nie ma żadnego pożytku. Minister do tego zagadnienia się nie bierze, ba, petryfikuje dawne zwyczaje. I wysyła za granicę według zasług, a nie potrzeb MSZ. Ale o tym innym razem…

Wydanie: 22/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy