Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Dobrzy ludzie przypomnieli nam, że pisząc o ludziach PiS, którzy trzymają MSZ, zapomnieliśmy o Jerzym Chmielewskim, wicedyrektorze Departamentu Europy. Po trosze tak, bo jeśli on pisowiec, to z najświeższego zaciągu. W MSZ pojawił się na początku lat 90., czyli w czasach Skubiszewskiego i Geremka. A sławę zdobył w sposób nietypowy – wysłano go na ambasadora do Belgradu, gdy zaś wybuchła wojna w Jugosławii, wycofano go do Warszawy. Siedział więc Chmielewski w domu, nie miał specjalnie nic do roboty, chyba nawet kilka lat, ale pobierał pensję ambasadora. W dolarach. I to ludzi bolało.
Potem przebijał się w resortowym gąszczu do góry, dobrze funkcjonował za Cimoszewicza i Rotfelda, jako wicedyrektor Departamentu Europy, miał wiele do powiedzenia. I to, jak mówią w MSZ, zbytnio mu nie pomogło.
Parę miesięcy temu gruchnęła wieść, że pojedzie na ambasadora do Pragi. Gruchnęła i ucichła, bo cała sprawa ugrzęzła w Kancelarii Prezydenta. Dlaczego? Otóż są dwie wersje to tłumaczące. Pierwsza nazywa się Andrzej Krawczyk. Krawczyk jest dzisiaj podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta, odpowiada tam za sprawy międzynarodowe. Gdy pracował w MSZ, był ambasadorem w Pradze. Jednocześnie jego przełożonym w centrali był Chmielewski. No i, jak wieść niesie, ich współpraca nie należała do najlepszych. Złożyły się na to dwie przynajmniej przyczyny. Po pierwsze, Krawczyk to był ambasador dość specyficzny, preferujący kontakty bezpośrednie, uroki Czech, knajpek, a nie biurokratyczną mitręgę. Chmielewski odwrotnie. Nie szczędził więc ambasadorowi złośliwych uwag, w czym zresztą celuje. Tak jak każdy, kto uważa, że jest najmądrzejszy na świecie.
Krawczyk nie był jedynym ambasadorem, z którym współpraca mu się nie układała. Swego czasu głośno w MSZ opowiadano, jak Chmielewski dzielił premie dla ludzi pracujących w Sofii. Ambasador Sławomir Dąbrowa dostał premię symboliczną, za to szef Instytutu Polskiego, Andrzej Papierz, godną. Dziś Papierz kieruje kadrami, jest osobą szczególnego zaufania, a Dąbrowę wysłano na emeryturę. Znaczy się, miał Chmielewski nosa.
A wracając do Krawczyka, dziś on jest górą, to on ma dostęp do prezydenta, więc teraz (cóż za przyjemny rewanż) mógł Chmielewskiego przyblokować.
Jest i druga wersja tłumacząca jego kłopoty z Kancelarią Prezydenta. Otóż zawiniła tu wizyta Lecha Kaczyńskiego w Pradze. Wizyta, jak wizyta, to spotkania i przejazdy kolumną samochodową, co wymaga koordynacji czasowej i dyscypliny. I w owym rejwachu dwie panie z kancelarii – Elżbieta Jakubiak i Małgorzata Bochenek – pogubiły się, opóźniły kolumnę. I w tym momencie znalazł się Chmielewski, ważny i mądry, i potraktował je mało dyplomatycznym słowem.
No i teraz ma za swoje. Panie tych zniewag mu nie darują.
Która z tych wersji jest prawdziwa? A czy to ważne?
Jeżeli nie Praga, to Warszawa. Chmielewski objąć ma stanowisko dyrektora Departamentu Europy. Więc zamiast przyjemnej posady za granicą, czeka go ciężka robota w kraju.
Z bacznie patrzącymi mu na ręce recenzentami.
Tak to jest, gdy człowiek się zapomni i zamiast dyplomatycznych manier zaczyna pielęgnować miłość własną.

Wydanie: 49/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy