Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Pisaliśmy jakiś czas temu o pomyśle min. Sikorskiego, by dokonać przeglądu etatowego naszych zagranicznych placówek. Specjalna komisja oceniłaby, w których ambasadach jest za dużo etatów, a w których za mało, i odpowiednio by to poprzesuwała. Tak wygląda to w teorii. I pewnie teorią pozostanie, gdyż w praktyce jest w ogóle niemożliwe do zrealizowania. Z wielu względów. Także dlatego, że MSZ wciąż jest też przechowalnią dla krewnych i znajomych królika, więc tak naprawdę jakość pracy danej placówki nie zależy od liczby etatów, ale od tego, jaka ekipa akurat tu się znalazła. Innymi słowy – dobry ambasador, z dwójką, trójką zawodowców zrobi więcej niż ambasador średni nawet z dziesiątką dyplomatów, ale mających mgliste pojęcie o zawodzie. Więc co tu wyliczać etaty?
Jeżeli zatem min. Sikorski chciałby, tak jak to deklarował w swoim ministerialnym exposé, budować silne kadrowo MSZ, to przede wszystkim powinien budować porządne kadry i pilnować, by za granicę nie wyjeżdżali ludzie do tego się nienadający.
A jak wygląda praktyka?
Ano wygląda tak, że minister nie odbiega w tej dziedzinie od swoich poprzedników – i puszcza bokiem różne persony. A to niedawna asystentka pana Kowala jedzie do Kanady, a to do MSZ przychodzi kolejna osoba z MON albo też mamy dziwne nominacje na wysokich szczeblach.
Przez parę miesięcy mieliśmy wielki bój o Andrzeja Sadosia, którego min. Fotyga chciała wysłać na ambasadora do Wiednia (OBWE), a Sikorski się sprzeciwił. Słusznie argumentując, że Sadoś nie ma ku temu kwalifikacji. Prezydent więc z tego powodu blokował mu nominacje ambasadorskie. I okazuje się, że spór się skończył – Sadoś nie pojedzie do Wiednia, ale za to pojedzie do Hongkongu, będzie tam konsulem. Czy ma ku temu kwalifikacje? Czy nabrał przez ostatni czas wiedzy w sprawach konsularnych, w sprawach chińskich czy w sprawach gospodarczych? Przecież wiadomo, że nie. Państwo polskie będzie go więc utrzymywało na dalekiej placówce, bo minister spłaca kadrowy serwitut.
Tylko z pozoru zupełnie inną sprawą jest nominacja dla Tomasza Lisa na stanowisko konsula generalnego w Vancouverze. Tylko z pozoru – bo w tym przypadku Sikorski również płaci stanowiskiem, tylko że innemu środowisku. Lis, to chyba w MSZ wie każdy, na konsula w Vancouverze się nie nadaje. Po pierwsze, zbyt słabo zna angielski, po drugie – nazwijmy to tak – nie ma opinii osoby pracowitej. Wcześniej był ambasadorem na Cyprze, też z rozdania, i Rzeczpospolita pożytku nie miała z niego wielkiego. Po powrocie skierowano go do Departamentu Europy, gdzie zajmował się sprawami południa naszego kontynentu, no i dość szybko dyr. Jerzy Chmielewski wnioskował, żeby kierownictwo MSZ go z departamentu zabrało. Zabrało więc i rzuciło na Kanadę. Oto wielka moc sprawcza Władysława Bartoszewskiego, którego Lis kilka lat temu był współpracownikiem.
Zresztą, jeżeli prześledzimy kadrowe zmiany w MSZ, rola Bartoszewskiego, w kilku przynajmniej nominacjach, jest bardzo widoczna.
Tak to się kręci, w sumie ręczna robota, więc po cóż min. Sikorski mydli nam oczy różnymi komisjami i liczeniem etatów?

Wydanie: 24/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy