Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zagraniczne placówki odgrywają coraz mniejszą rolę w polityce zagranicznej.

To nie jest przypadek, że ostatnie wiadomości ze świata dyplomacji były takie: a to ambasador w Chinach nagrywa teledyski i śpiewa, a to konsulat w Kolonii przenoszony jest ze świetnie położonej zabytkowej willi do średnio ciekawego biurowca.
Te dwie informacje są egzemplifikacją szerszej tezy, że zagraniczne placówki odgrywają coraz mniejszą rolę w polityce zagranicznej. Że najważniejsze sprawy idą ponad nimi, że środki łączności są wystarczające, by być na całym świecie. Niedawno dyplomaci pracujący w archiwum z rozrzewnieniem przeglądali stare depesze – z namaszczeniem tłumaczone w nich były artykuły z miejscowej prasy czy wystąpienia polityków w miejscowej telewizji. Wszystko podawane jako wielki news.
Dziś to nie miałoby sensu, dziś wszystko jest w internecie, takie wiadomości są na biurku w Warszawie. Dziś chodzi o to, żeby być w centrum wydarzeń w kraju pobytu, żeby mieć wpływy. I umieć analizować sytuację. A z tym nasze MSZ ma kłopot.
Dlatego ucieka w rozrywkowe działania.
Albo w turystykę – bo takimi ambasadami, nastawionymi na obsługiwanie VIP-ów, były placówki w Tbilisi i w Wilnie (pracowały na prezydenta Lecha Kaczyńskiego), w Kijowie (to była domena Aleksandra Kwaśniewskiego) czy w Berlinie (tu VIP-em był Władysław Bartoszewski).
Oczywiście o tym, że tradycyjna rola ambasad będzie malała, wiadomo było od lat. Od lat lansowano więc tezę o ekonomizacji polskiej polityki zagranicznej. To się zaczęło jeszcze za wczesnego Gierka, za Stefana Jędrychowskiego, kolejna fala była pod koniec PRL, za Tadeusza Olechowskiego, a w III RP praktycznie mówi się o tym co parę lat. I ciągle mówi się to samo. Wystarczyło zresztą posłuchać w Sejmie wiceminister Beaty Stelmach, która opowiadała, że będzie rosła liczba Instytutów Polskich (choć nie mówiła, skąd na to będą pieniądze), że placówki mają promować polski biznes itd.
Niby więc wiemy, co robić, ale nie wiemy jak.
Zwłaszcza że pomysł, jeszcze z czasów Cimoszewicza, by wzmacniać merytorycznie MSZ, właśnie nam umiera. Najpierw, po odejściu Cimoszewicza, bardzo mocno okrojono Akademię Dyplomatyczną, w końcu przemianowano ją na Instytut Dyplomatyczny im. Ignacego Józefa Paderewskiego. A na jego czele minister postawił Katarzynę Skórzyńską, byłą ambasador w Brazylii (tam dała popalić) i w Madrycie. Kobietę energiczną, ale z pewnością nienależącą do grona mózgowców. Nawiasem mówiąc, lada dzień Skórzyńska ma to stanowisko opuścić.
Jeżeli więc placówki nie generują wystarczająco dużo analiz, jeśli w sprawach biznesu są mało mobilne itd., nie dziwmy się, że niektórzy ambasadorowie, czy to z nudów, czy z braku innych pomysłów, uciekają w dziedzinę zachowań, nazwijmy to, niekonwencjonalnych. Tak, by wzbudzić zainteresowanie w centrali, bo wiedzą, że minister takie rzeczy lubi.
I krąg się zamyka.

Wydanie: 5/2013

Kategorie: Świat
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy