Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Pisaliśmy tydzień temu o szaleństwie, które opanowało MSZ, a które nazywa się walka z korupcją. I dostaliśmy sporo mejli i listów. Bo rzeczywiście, skoro grubo ponad tysiąc osób w centrali i ponad 2 tys. na placówkach zastanawia się, czy dobrze wypełniło ankietę, czy czegoś nie zapomniało lub nie wpisało do złej rubryki, jest to zjawisko warte odnotowania.
Tym bardziej że dyplomacja to nie jest urząd narażony na korupcyjne pokusy. Tych spraw było niewiele, bo i szans na to, by coś na boku skręcić, jest w MSZ niewiele. Była np. sprawa człowieka, który w Malezji wydawał wizy. Brał za to pieniądze, jak go podliczono, „zarobił” na tym 100 tys. zł. To zdecydowanie mniej niż koszty antykorupcyjnej komórki i jej inicjatyw.
W kraju, dodajmy, w którym walką z korupcją zajmuje się kilka służb specjalnych, z CBA na czele.
Logika w tej sytuacji podpowiada, że walczący z korupcją powinni przyglądać się tym miejscom, gdzie takie przypadki mogłyby nastąpić. Czyli komórkom, które prowadzą pułkownicy ściągnięci z MON przez ministra Sikorskiego. Odpowiedzialni za informatyzację MSZ i za infrastrukturę.
Czy więc sprawdzono kontrakty na blackberry, na notebooki i na szkolenie z tym związane? Czy ktokolwiek analizował kontrakt na słynne „mapowanie” MSZ, kiedy to paru młodzieńców opisywało ścieżki przemieszczania się dokumentów po MSZ, co za chwilę okazało się zupełnie niepotrzebne, bo ministerstwo po raz kolejny zostało zreorganizowane?
Warto przy tej okazji zastanowić się nad innym problemem – nad rozrzutnością panującą w MSZ. I nie chodzi tu o meble, którymi minister tak się pasjonuje. Chodzi o pewne działania (lub ich brak), które państwo polskie najzwyczajniej w świecie kosztują.
MSZ to potężna instytucja, z budżetem wynoszącym ponad miliard złotych, zatrudniająca tysiące ludzi. I jeżeli głupio się tym zarządza, to są straty. Od kwietnia 2008 r. MSZ przeszło trzy wielkie reorganizacje (IV 2008, IX 2009 i I 2010 r.). Ciekawe, czy ktoś się zastanowił, ile to kosztowało.
A majątek za granicą?
Do dziś płacimy za pomieszczenia misji przy ONZ. Lub inaczej – płacimy podwójnie. Raz – za pomieszczenia, w których misja działa, dwa – za te, które ma. Bo mamy też własny obiekt, blisko ONZ. Misja miała się tam przeprowadzić. Ale to pomieszczenie stoi puste już gdzieś z rok, płacimy za to 100 tys. dol. miesięcznie.
Cisza też w sprawie rezydencji ambasadora w Waszyngtonie. „Kupiłem ambasadorowi nową rezydencję”, chwalił się minister Sikorski. Dodając, że kupiono ją okazyjnie. No i już się nie chwali.
Sęk w tym, że ta rezydencja ma dwa istotne felery. Po pierwsze, obładowana jest azbestem i trzeba się go pozbyć. A to są gigantyczne pieniądze. Po drugie, brakuje jej parkingu. W zamyśle rezydencja ambasadora jest po to, by urządzać w niej spotkania, przyjęcia. Ale żeby takie przyjęcie się udało, muszą przyjść goście. A jak przyjdą, skoro nie mogą dojechać? Gdzie zaparkują? Mają iść piechotą? Po Waszyngtonie? Państwo polskie kupiło więc coś, co do niczego się nie nadaje? I co dalej?
Podobnych spraw jest więcej. W ten sposób mamy w MSZ dwa światy. Pierwszy, realny, i drugi – żyjący w wyobraźni ministra, jego ambitnych pomocników i paru dziennikarzy, którzy trąbią o sukcesie, bo w MSZ przeprowadza się z ambasadorami wideo-konferencje.
Mój Boże, a mają na tych wideo-konferencjach o czym rozmawiać?

Attaché

Wydanie: 14/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy