Wielka dziejowa zmiana

Wielka dziejowa zmiana

Polacy widzą teraz, co oznacza Wschód. To zostało im przypomniane w sposób potworny, apokaliptyczny, złowieszczy


Prof. dr hab. Zbigniew Mikołejko – filozof i historyk religii, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN


Co wojna w Ukrainie zmieniła w naszym myśleniu? W postrzeganiu świata, w tym, co ważne, a co nieważne?
– Ta wojna uderza w nas z całą jaskrawością. Przede wszystkim dlatego, że dzieje się tuż za miedzą, że jesteśmy w nią niemal bezpośrednio zaangażowani. Że za nią czai się zgroza, która mogłaby na nas spaść lada moment. Wielu z nas ma to w głowie.

Że wojna może się stać naszym udziałem?
– Nie tylko o to chodzi. Ta wojna należy do takich wydarzeń, które przemieniają wszystko. Katastrofy tego rodzaju, wielkie, mają to do siebie, że przemieniają najgłębiej i drastycznie świat wartości, świat wyobrażeń. Czynią nas zupełnie innymi. Często radykalnie innymi. Są różne wymiary tej przemiany. Mamy świadomość, że dokonuje się wielka dziejowa zmiana. Krwawa, straszna, której ostateczny sens nie ujawni się przed nami. Bo jesteśmy, w wymiarze dziejowym, na jej początku, na progu. Doraźnie może więc być rozmaicie.

Wielka fascynacja Zachodu

A w wymiarze dziejowym?
– W wymiarze dziejowym ta wojna oznacza, że zaczyna się katastrofa imperializmu rosyjskiego, moskiewskiego, budowanego z udziałem Zachodu od kilkuset lat. Nie od wczoraj.

Od Piotra I, który, gdy odwiedzał Paryż, wziął na ręce siedmioletniego Ludwika, przyszłego Ludwika XV?
– Fascynacja Zachodu Moskwą jest wcześniejsza, jeszcze z czasów Iwana Groźnego. Fascynacja różnych sił… Stąd legat papieski Antonio Possevino na obrazie Matejki „Batory pod Pskowem”.

Wyprawiał się do Moskwy, napisał „Moscovię”.
– Nie tracił nadziei na nawrócenie schizmatyków ze Wschodu. Ten motyw zresztą się powtarza – motyw nawrócenia Moskwy na jedyną słuszną wiarę; w tajemnicach fatimskich też jest podejmowany. Z drugiej strony Ruś moskiewska okazywała się skarbnicą wszelkich dóbr pożądanych na Zachodzie. Drewna, futer, a później diamentów, ropy, gazu. Warto było w to inwestować. Podróż Piotra I po Europie miała ten aspekt, że był pierwszym władcą Rusi moskiewskiej, który oczarowywał Zachód. Fascynował ten dziwny przybysz – i intelektualnie, i politycznie. Jego śladem poszła później Katarzyna II, budując tę fikcję – że Rosja to kraj oświecony, w odróżnieniu chociażby od anarchicznej Polski. Została stworzona wtedy taka maska.

Atrakcyjna.
– Maska pokazująca potężny kraj, pełen rozmaitych zasobów, fascynujący, kraj swoistej przygody, bo chodziło nie tylko o dobra materialne czy rzymskie pragnienie nawrócenia, lecz i o to, że jest to kraj niezmierzonych przestrzeni. Z egzotyczną urodą kopuł cerkiewnych. Jak pisał Jesienin, tą „złotą Azją”, która na moskiewskich kopułach spoczywa. Moskwa była zresztą przepiękna, zanim zniszczył ją Stalin. Towarzyszyła temu wielka kultura rosyjska. I literacka, i muzyczna. Ikoniczna wizja Moskwy, Rusi moskiewskiej, była naprawdę czymś obezwładniającym swoją magią. Teraz to wszystko się przewraca, nicuje. I wyłazi spod tej pozłoty, spod fantazmatu przegniły kościotrup, trup robaczywy. Ale to taki trup, który morduje.

Gorszące są też elity rosyjskie, leniwe, próżniacze.
– Tak, ten bezwład i pasożytnicza bierność ma zresztą w literackiej tradycji rosyjskiej nazwę – obłomowszczyzna. Od Obłomowa, tytułowej postaci wielkiej, przenikliwej powieści Iwana Gonczarowa (1859). No i przykrywa to wybujały bizantynizm – który jest i złotą maską tego wszystkiego, jego ikonostasem, i mechanizmem panowania z jego jakby sakralną i hieratyczną mocą. Rosja wypracowała bowiem tym sposobem rozmaite strategie uśpienia świata, zaczarowania go swoją urodą, wielkością, swoim potencjałem i baśnią. A lud rosyjski został także zaczarowany treściami mitycznymi, religijnymi. W prostacki sposób! Lud chla zatem spokojnie wódkę, żre suszoną rybę i czarny chleb. I to mu wystarcza. Bo jest ukojony tym czymś, co ja nazywam rosyjskim imperializmem ludowym. Tym poczuciem mocy, które rekompensuje nieszczęścia życia codziennego i które okazuje się wystarczające. Jednocześnie w tym wszystkim przeraża archaiczna mentalność, właściwie średniowieczna lub jeszcze bardziej archaiczna, nigdy nieprzepracowana. W dodatku peryferyjna i podszyta świadomością mongolską.

Idea rosyjska, czyli Blut und Boden

Dlaczego mongolską?
– Osławione „zbieranie ziem ruskich” rozpoczęte zostało przez najbardziej peryferyjne, najbardziej zacofane, najbardziej zmongolizowane z księstw ruskich, czyli Ruś włodzimiersko-moskiewską, której władcy, zniewoleni i upokarzani, byli ulubionymi przez chanów poborcami jarłyku, czyli podatku, haraczu płaconego pod groźbą najazdu. Trzeba było oddawać w zastaw siebie albo syna, czasami chan zapragnął żony książęcej… A do tego dołożono parę uzurpacji – chociażby wizję Trzeciego Rzymu. To wizja ukształtowana przez mnicha Filoteusza za czasów ojca albo dziadka Iwana Groźnego, czyli Iwana III Srogiego albo Wasyla III. Że po upadku Rzymu i Konstantynopola ich rolę przejęła Moskwa. Że czwartego Rzymu już nie będzie, gdyż właśnie ona jest ostatnią i zbawczą rzeczywistością w dziejach świata. Z drugiej strony zbudowane zostało to, co się nazywa ideą rosyjską.

Na czym ona polega? Przecież to, co mówi jej główny ideolog Aleksandr Dugin, nie trzyma się kupy.
– Aleksandr Dugin ma ogromną erudycję amatora, który klei z różnych elementów dowolne światy. Ale te dowolne światy stają się rzeczywistością, niestety. Jeśli przyjrzeć się temu, co robi Putin, okaże się, że realizuje scenariusze geopolityki Dugina. Te, że trzeba wypchnąć z Europy „cywilizację morza”, czyli anglosaską i liberalną, na rzecz „cywilizacji lądu”, której koroną jest „Eurazja-Rosja”, czyli Moskwa – w powiązaniu z tzw. cywilizacjami drugiego rzędu, czyli Niemcami reprezentującymi Europę, Iranem reprezentującym Azję lądową i Japonią, która reprezentuje cywilizację dalekiej Azji. Charakterystyczne, że Dugin nie wymienia tu Chin… Kraje, które są między Niemcami a Rosją, są w związku z tym zupełnie nieważne, trzeba je albo podporządkować, może podzielić – jak Polskę, albo zniszczyć – jak Ukrainę.

To są bajania w stylu „przestrzeni życiowej”, Herrenvolku itp.
– Jest taka biografia Dymitra Dońskiego napisana przez historyka i teologa Jurija Łoszczyca. Są w niej rzeczy niesamowite. Łoszczyc pisze o „idei rosyjskiej”, zastanawiając się nad Międzyrzeczem Zaleskim, gdzie były te najnędzniejsze ruskie księstwa, włodzimiersko-moskiewskie, riazańskie itd., czyli krajem lasów, drewnianych grodów, bardzo nędznych, krajem pozbawionym elit. I z niego snuje się jakoby „idea rosyjska”. Objawia się tam rzekomo wszędzie. Jest nie tylko myślą, ale i rzekami, które tam płyną i mają źródła, Donem, Wołgą, Moskwą czy Klaźmą. Jest dziwnymi drzewami i kamieniami, przenika wszystko. I ta „idea rosyjska” zostaje rzucona – czyli musi się realizować, zawłaszczając wszystko wokół – przeciw idei Rusi Kijowskiej, przy pozorach jej kontynuacji. Któż by pomyślał, pisze Łoszczyc, że owa Ruś włodzimiersko-moskiewska, ten nędzny fragment Międzyrzecza Zaleskiego, „stanie się kiedyś wielkim państwem”?

Czuję, że za chwilę ta idea objawi się jako walka ludu, związanego z przyrodą, uduchowionego, ze zdegenerowanym, bogatym Kijowem.

– Tak, to utożsamienie myśli z wodą, drzewem, kamieniem, z naturą, tak właśnie pracuje… Owa idea Blut und Boden ma jeszcze bardziej wszechstronną postać. Bo to nie jest tylko, jak mówi Oswald Spengler, „dziedzictwo przodków naszych, które mamy we krwi”. I objawia się tu totalność świata, totalność doświadczenia, która unieważnia tak naprawdę materialny wymiar istnienia i przekształca go w duchowość. Ważne jest zatem mistyczne „coś”, które oni, Moskale, lubią nazywać „duszą rosyjską”. I nawet Lew Tołstoj w „Wojnie i pokoju” temu uległ. Tymczasem nie ma żadnej „rosyjskiej duszy” – jest urojenie, fantazmat, projekcja, mit. A w tle jest jeszcze carskosławie, czyli niebywałe wprost zespolenie państwa z Kościołem, w którym Kościół zostaje przeistoczony w absolutne narzędzie państwa. I tak to trwa od wieków.

Bajka ruska

Do dziś.
– A teraz to wszystko się kompromituje. I ukazuje się ów trup, który siedzi na złotym tronie… Tak, jak z gorzką ironią i nieskrywaną złośliwością pisał Zbigniew Herbert w wierszu „Bajka ruska” – o carze, który się zestarzał, osłabł, nawet już gołąbka własnymi rękami nie mógł udusić… A później umarł. I przyrósł do złotego tronu. Nie sposób go było oderwać. „Rządził wtedy kto inny, nie wiadomo kto. Ciekawy lud zaglądał do pałacu przez okno, ale Kriwonosow zasłonił okna szubienicami. Więc tylko wisielcy widzieli co nieco”. Trzeba było wprawdzie cara pochować, ale nie dało się, przecież ręce i nogi carowe zrosły się z tronem. „A zakopać cara ze złotym tronem – żal”. Teraz jednak widać, że w tym, co zbudował Putin – tym świecie kremlowskim, także w jego warstwie materialnej i ikonicznej, w tym bizantynizmie, w tych patetycznych rytuałach i fantazyjnych strojach gwardzistów zaprojektowanych przez Walentina Judaszkina, w tym gigantycznym stole władcy i złocie, które zewsząd kapie – jest jakaś przerażająca trupiość. Jakbyśmy wkroczyli do wielkiego grobowca historii i patrzyli, jak jego mieszkaniec i wszystko wokół podlega rozkładowi. Ja w każdym razie mam wrażenie, że patrzę tu na tę samą pracę śmierci, którą tak drastycznie ukazał barokowy malarz hiszpański Juan de Valdés Leal w „Finis Gloriae Mundi” (Koniec chwały świata).

Putin wygląda dobrze.
– To nie o nim mowa. Przede wszystkim trwale i drastycznie rozsypuje się idea „zbierania ziem ruskich”. Oto Ruś Kijowska, która ma osobną tradycję, dławioną przez kilka stuleci przez Ruś moskiewską, wraca do swego. Mówi, że jest czymś innym. Że jest osobnym narodem, osobną tradycją, osobnym bytem. To widać w heroicznym oporze Ukraińców i w ich zgodzie na to, że za ten heroizm przychodzi potwornie zapłacić. A Rosja – nawet jak odniesie jakiś, nie daj Boże, militarny triumf – to już przegrała. To jest klęska Rosji. Pewnie nie doświadczymy jej skutków, bo to dopiero początek, bardzo zasadniczy i ważki, pewnego procesu dziejowego, który stanie się kiedyś. Ale widać, że ten proces jest destrukcją Moskwy, Rusi moskiewskiej.

Dlaczego ludzie na Kremlu uwierzyli Duginowi? Dlaczego kupili jego wizje?
– Bo on doskonale syntetyzuje wszystkie te miazmaty, o których oni mówią. A poza tym jest ich człowiekiem! Synem generała. Bodaj straży celnej, ale generała. Fiona Hill, oficer wywiadu amerykańskiego, a później autorka biografii Putina, pisze, że okres covidowy Putin spędził na Kremlu, czytając stare rosyjskie traktaty i oglądając stare rosyjskie mapy. Również pod wpływem Dugina, którego wprowadziły na Kreml środowiska nawiedzonych militarystów, mesjanistycznych generałów i agentów wywiadu.

To oni go na Kreml przyprowadzili!
– Jego główną książkę, „Podstawy geopolityki”, sfinansowała Akademia Wojenna Rosji. A popiera go konglomerat ludzi zaczarowanych jego synkretyczną koncepcją euroazjatyzmu, świętej idei rosyjskiej, ponad Europą i ponad Azją, Trzeciego Rzymu, imperium… Wszystkie te mniemania podzielały całe grupy „okołokremlowskich” generałów i kagebistów. A także ludzi Cerkwi w rodzaju Tichona (Gieorgija Szewkunowa, spowiednika Putina i metropolity pskowskiego), intelektualistów, pisarzy… Chociażby tych związanych z Klubem Izborskim. Na jego czele stoi Aleksander Prochanow. Jego najważniejsza książka ukazała się pod tytułem „Operacja Heksogen”. To powieść, która sięga do czasów jelcynowskich. Przejmująco przedstawia piękno ówczesnej Moskwy, ale też jej skorumpowane elity kremlowskie, całą zgniliznę elit, bezczelność tych „czarnych” z Kaukazu deprawujących rosyjskie dziewczęta, wojnę w Dagestanie… Na tym tle pojawia się grupa oficerów KGB i GRU, często emerytowanych, ale ciągle wpływowych (główny bohater jest takim właśnie byłym agentem i kolekcjonerem motyli). I oni – niewidoczni, pracujący za kulisami – znajdują kogoś, kogo nazywają wybrańcem. Ten nowy mesjasz – milczący i niepozorny – to jest Putin oczywiście… Takie tam są klimaty. To jest granie na odwiecznie wyćwiczonym instrumentarium moskiewskim, które tworzone jest z rozmaitych dziwacznych tkanek. Z euroazjatyckiej, carskosławnej koncepcji imperium. Z wpisanej w to wizji Cerkwi. Z dzikiego wprost antyliberalizmu. Z idei „zbierania ziem ruskich”. Z poczucia swojej zbawczej roli. Z przekonań o swoim samotnym i cierpiętniczym wybraniu, które sprawia, że – aby pójść za słowami cara Aleksandra III – Rosja ma tylko dwóch sojuszników: armię i flotę.

Chwała „mazepińcom” i „chachłom”

Zaskoczył pana opór Ukrainy?
– Trochę tak… Nie zaskoczył mnie w sensie moralnym czy mentalnym. Ale zaskoczyło mnie to, że Ukraińcy przygotowali się jednak do tej wojny w znaczeniu strategicznym i taktycznym. Rosja jest w końcu ponad 28 razy większa od Ukrainy pod względem terytorialnym i trzy i pół razy pod względem ludnościowym. Ma niebywałe zasoby surowców i ogromne pieniądze. I okazało się oto, że oni wyciągnęli jednak wnioski z tej swojej samotności (myślę o paskudnej, kunktatorskiej i cynicznej postawie Zachodu) i ze swoich klęsk w 2014 r. I z tego, co działo się w Aleppo czy przede wszystkim w Groznym, podczas pierwszej wojny czeczeńskiej. A do tego doszedł niebywały heroizm całego narodu, jego zryw powszechny i dramatyczny. No i nieoczekiwane zdolności przywódców. Dlatego jest ta wściekłość apokaliptyczna Moskwy, bo ta zbudowała sobie wizję Ukraińca jako śmiesznego, marnego „chachła”, „mazepińca” zdradzieckiego. Małorusa, który jest takim gorszym Rosjaninem. Tymczasem „mazepińcy” i „chachły”, pogardzani, stygmatyzowani, łoją „drugą armię świata” ile wlezie. To jest zresztą iluzja, ta armia wcale nie jest arcypotężna. Ona fantastycznie wygląda na paradach, zwłaszcza 9 maja, które są symbolicznym spektaklem, kondensacją imperializmu i jego buty, mistycznego zjednoczenia elity i ludu w imperialnym, mocno sakralnym rytuale.

Wokół czego skupiają się Ukraińcy? Czy mają własny mit, własną ideę?
– Tak naprawdę wojna buduje ów mit. Zwłaszcza jej pierwsza faza przypomniała mi określenie funkcjonujące w tzw. tradycjonalizmie integralnym po I wojnie, że wojna jest wydarzeniem „mitopoetyckim”, heroicznym na sposób mitycznych i epickich zapasów. Doszło do tego bezwzględne, szaleńczo zimne okrucieństwo Putina i rozpasanie jego żołdaków, to, że oni wszyscy mają ręce ubrudzone ukraińską krwią w sposób straszny i nie czują z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Ale krew tak rozlana jest na swój sposób niczym płyn sakralny, święty, który stanowi niestety siłę napędową dziejów i procesu wielkiej historycznej przemiany.

Myślałem, że tradycja zgromadzeń kozackich, Rady Kozackiej, wybór atamana, ten demokratyczny epizod, odróżnia Ukraińców od autorytarnej Moskwy.
– Okazało się, że oni są całkiem inni. Że zbudowali – wprawdzie skorumpowane, ale nie tak mocno jak Rosja – państwo i społeczeństwo demokratyczne. A jeśli się odnowił w nich jakiś mit, to chyba mit Rusi Kijowskiej. Nim dopadli ją Mongołowie i zniszczyli Kijów tej strasznej zimy 1240 r., była ona przecież krajem cywilizowanym i bogatym, mającym poczucie jedności z Zachodem. Przez Polskę, przez Węgry, przez mariaże ruskich księżniczek, przez powiązania z polityką niemieckich Ottonów, handel i kulturę duchową czy artystyczną… Wiadomo, była schizma wschodnia, papież i patriarcha Konstantynopola obrzucili się klątwami, ale Ruś Kijowska przechodziła nad tym jakby do porządku dziennego. I nie rezygnowała z więzi z Zachodem. Kijów to była – wedle miar średniowiecznych – metropolia. Zamożne, wspaniałe miasto. Patrzące i na Zachód, i na Wschód, ku Europie z jej instytucjami i Azji z jej bogactwami.

I teraz to się odradzało?
– Tworzyła się oto Ukraina, kraj, który został tak naprawdę sklejony z rozmaitych krain, z rozmaitych doświadczeń historycznych. Ta propozycja, którą ponoć Putin złożył Tuskowi, żeby dokonać podziału Ukrainy – w tym wszystkim kryło się przekonanie, że w tej mozaice nie ma nic, co byłoby ukraińskie.

Otóż – jest!

Teraz więc tworzy się Ukraina?
– Z rozmaitych części, z mentalności mocno od siebie odległych. Wiele oczywiście zależy od tego, czy Ukraińcy obronią się przed Moskalami, raszystami, należałoby powiedzieć.

Dlaczego raszystami?
– To, co się dzieje w Rosji, to ujawnienie się czystego nazizmu. Rosji się przydarzyło coś, przed czym przestrzegał Fryderyk Nietzsche, mówiąc, że kto nazbyt długo wpatruje się w oczy bestii, sam może stać się bestią. Mit wojny ojczyźnianej, narodu potwornie cierpiącego – co zresztą jest też prawdą – pod hitlerowskim biczem, triumf wojny z Niemcami, później te rytuały, które to kultywują, to wszystko spowodowało, że w wyniku patrzenia w oczy bestii Rosja stała się identyczną bestią.

Dziedzictwo Rzeczypospolitej wielu narodów

A jak na to patrzą Polacy? Gdy Rosjanie szturmują ukraińskie miasta, widzimy okopy Woli i redutę Ordona?
– Raczej rzeź Pragi z 1794 r. Jest o tej rzezi wspomnienie w I, inicjalnej księdze „Pana Tadeusza”, gdzie Jasiński i Korsak „Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali, / Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali”. I – zwłaszcza – w koncercie Jankiela z księgi XII.

„Takt marszu, wojna, atak, szturm, słychać wystrzały, / Jęk dzieci, płacze matek. – Tak mistrz doskonały / Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały, / Przypominając sobie ze łzami boleści / Rzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści”.
– Tego typu ikony przemocy się pojawiają. Ale pojawia się także poczucie jedności, siostrzaności. Sienkiewicz, kończąc „Ogniem i mieczem”, pisał o tym, że krew pobratymcza rozdzieliła narody. To było zawinione zarówno przez Rzeczpospolitą, głównie zresztą przez spolszczone królewięta ruskiego chowu, które miały w tym interes (szlachty w głębi Korony to raczej nie interesowało, było zbyt odległe), jak i przez część kozaczyzny, która odrzuciła umowę hadziacką. Już w niej przecież pojawiły się pojęcie Rzeczypospolitej Trojga Narodów i koncepcja Księstwa Ruskiego. Krótko to wprawdzie istniało, ale mam wrażenie, że wróciło właśnie ponad nacjonalistycznymi rojeniami obu i mimo tej krwi pobratymczej. I że dziedzictwo Rzeczypospolitej wielu narodów, przemienione oczywiście, okazało się dużo silniejsze, niż moglibyśmy podejrzewać. A jeśli Polacy kierują się jakimś mitem w tej sprawie, to tym właśnie. Naturalnie za tym wszystkim jest też lęk, że ruskie tanki staną na polskiej granicy.

I wtedy zwrócimy się o pomoc do Zachodu? Wszyscy mówimy, że musi być jedność, a z drugiej strony, jak obserwuję prawicę, to ona jest bardzo wobec Zachodu nieufna.
– Tak, prawicowcy usiłują mimo wszystko grać w swoją starą grę. Tymczasem wojna, co do której mieli nadzieję, że stanie się kolejnym „złotem” w ich rękach, nie okazała się takim „złotem”. Każdy trzeźwo patrzący widzi, że to nie państwo, tylko zwykli ludzie, organizacje pozarządowe, samorządy biegną ku tej Ukrainie z pomocą. Poza tym stanie po stronie Rosji byłoby przyjęte w Polsce jako zdrada narodowa, więc oni na to nie mogą się zdobyć. Musieli zadeklarować wolę polityczną jedności z Europą. Ale nie mogą się uwolnić od tych swoich chorych ciągotek, od tego antyunijnego balastu i antyniemieckich bredni, ciągle w to brną. Jest też zbudowany przez nich, przez prawie siedem lat, zdeprawowany, półautorytarny, antydemokratyczny system, do którego przyrośli, który ich syci. A już nie da się wykrzesać z tego żadnych nowych aktywów. Nie widać bowiem, żeby wojna dała nowy impet tej formacji – wręcz przeciwnie, ta formacja sobie nie radzi. Jest pogubiona, gdyż nie może być z oczywistych względów otwarcie prorosyjska jak Orbán.

A ciągnie ją w tamtą stronę?
– Mentalnie jest ona putinowska, w dążeniach, pragnieniach, wyobrażeniach i resentymentach jest podobnie autorytarna. I podobne rozwiązania przyjmuje. Zwłaszcza to najskrajniejsze skrzydło niejakiego pana Ziobry. I jak teraz pogodzić tę wyświechtaną, idiotyczną mentalność, to przyrośnięcie do może nie złotego, ale pozłacanego tronu, z koniecznością dania odporu Rosji? Stanięcia w jednym szeregu z tą niecną Unią, z tą pogardzaną Ameryką Bidena?

W którą zatem stronę pchnie Polaków to doświadczenie wojny za miedzą?
– Myślę, że jednak przymusi tych, którzy mieli wątpliwości, do jedności z Zachodem. Polacy widzą teraz dokładnie, brutalnie, co oznacza Wschód. To zostało im przypomniane w sposób potworny, apokaliptyczny, złowieszczy.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 18/2022

Kategorie: Kraj, Wywiady

Komentarze

  1. Wiesław A Zdaniewski
    Wiesław A Zdaniewski 26 kwietnia, 2022, 23:36

    Wielka dziejowa zmiana

    – „W wymiarze dziejowym ta wojna (na Ukrainie) oznacza, że zaczyna się katastrofa imperializmu rosyjskiego, moskiewskiego, budowanego z udziałem Zachodu od kilkuset lat.“

    Nie wiem dlaczego właśnie ta wojna ma być wielką dziejową zmianą a nie inne wojny, zaś jako dorosły Polak wiem czym jest Wschód i nie potrzebuję profesorskiej agitacji.

    Po pierwsze, słowo „imperializm“ w nowoczesnym rozumieniu pojawiło się dopiero w Wielkiej Brytanii, w roku 1870.

    Pozostawiając w tle kilkaset lat dziejów Rosji, wracając do współczesności i zmieniając strony świata, należy wspomnieć o konkurencyjnym „wymiarze dziejowym“ opracowanym przez amerykańskich neocons pod batutą Wolfowitza i spółki waszyngtońskich jastrzębi czyli podżegaczy wojennych (Rumsfeld, Cheney, Kagan, Libby…), którzy opracowali program ideologii politycznej „The New American Century“, gdzie główne punkty streszczono w „Rebuilding America’s Defenses“. Chodzi o globalną hegemonię USA w XXI wieku, wyeliminowanie rywali i budowę wojskowego systemu światowego zgodnego z interesami USA.

    Brytyjski minister Michael Meacher publicznie oświadczył w 2003 roku, że dokument jest planem do kreacji globalnej Pax Americana i American Exeptionalism, nieograniczonej przez międzynarodowe prawo.
    Dla urozmaicenia dyskusji polecam film Massimo Mazzucco „The Project for the New American Century (XXI wiek)“, który w oparciu o archiwalne dokumenty i ukryte fakty przynosi widza do czasów obecnych. Film ten ujawnia jak każda większa wojna w historii USA była oparta na absolutnych kłamstwach, ze scenami udziałowców przyznających się do tego.
    Między innymi, jak korporacja UNOCAL planowała budowę rurociągu biegnącego przez Afganistan i jak inwazja na Afganistan wpisywała się w te plany, oraz kto zarabiał na wszystkich amerykańskich wojnach.

    Na koniec pytanie do profesora filozofa. W 1990 roku upadł komunizm, skończyła się Zimna Wojna, ZSSR usunęło mur berliński, rozwiązało Układ Warszawski i wyprowadziło swe wojska z demoludów. Dlaczego nie rozwiązano NATO?
    Byłaż to dziejowa zmiana, czy nie była?

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Jerzy jerzegosyn cieślański
    Jerzy jerzegosyn cieślański 27 kwietnia, 2022, 19:27

    Cz. 2 – Rafał Otoka u Moniki Jaruzelskiej o wojnie i innych cudach medialnych 😉

    https://youtu.be/f8JViQiMK-I

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. WGucma
    WGucma 27 kwietnia, 2022, 20:19

    Piękna riposta na pseudo-intelektualne wywody profesora.
    Człowiek z takim tytułem wypowiada następujące mądrości:
    “Teraz to wszystko się przewraca, nicuje. I wyłazi spod tej pozłoty, spod fantazmatu przegniły kościotrup, trup robaczywy. Ale to taki trup, który morduje.”
    “Lud chla zatem spokojnie wódkę, żre suszoną rybę i czarny chleb. I to mu wystarcza. Bo jest ukojony tym czymś, co ja nazywam rosyjskim imperializmem ludowym. Tym poczuciem mocy, które rekompensuje nieszczęścia życia codziennego i które okazuje się wystarczające. Jednocześnie w tym wszystkim przeraża archaiczna mentalność, właściwie średniowieczna lub jeszcze bardziej archaiczna, nigdy nieprzepracowana. W dodatku peryferyjna i podszyta świadomością mongolską”

    Jeśli to nie jest chora rusofobia i czystej wody rasizm, to musi to być jakaś przypadłość umysłowa albo ksenofobiczna obsesja, nagminna zresztą ostatnio.
    Prof. Mikołejko się udzielał czasem w TokFM i nie mogłem tego słuchać dłużej niż 5 minut.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy