Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Kiedy ludzie spotykają się na różnych noworocznych powitaniach, to chętnie sobie wspominają. A w tym sezonie najmodniejszą osobą do wspominania jest Tomasz Turowski, były ambasador w Moskwie, którego zlustrowali niedawno panowie z IPN, o czym tydzień temu pisaliśmy.
Te wspomnienia są dwojakiego rodzaju. Pierwszy – to cmokanie. Że też udało się wywiadowi umieścić agenta w takim miejscu. Drugi zaś – to szczery śmiech. Otóż sporo ludzi w MSZ z Turowskim się spotykało, rozmawiało (a do rozmów był chętny) i wszystkiego się po nim spodziewało, ale nie tego, że mógłby mieć coś wspólnego z PRL-owskimi służbami, ba, z PRL w ogóle.
Turowski został zapamiętany jako trochę chwalipięta i osoba ambitna.
A budował swoją pozycję tak, że chodził i mówił, że ma znakomite układy z ludźmi Kościoła. Że Pieronek to znakomity rozmówca, a Dziwisz, o, Dziwisz to ho, ho, przyjaźnią się, spotykają i w ogóle…
Trudno było temu wszystkiemu nie wierzyć. Turowski studiował w Rzymie, w szkole jezuitów, więc musiał mieć znajomości wśród biskupów. To każdy wiedział, a on to każdemu przypominał. Niedwuznacznie sugerując, komu zawdzięcza awanse. No, w III RP takie koneksje robiły wrażenie…
Mówił też, że ma znakomite wejścia do gabinetów polityków polskiej prawicy. Jak najlepsza anegdota opowiadana jest taka oto, lekko zakurzona historia. Kiedy ministrem spraw zagranicznych został Władysław Bartoszewski, a premierem Jerzy Buzek, Turowski był na placówce w Moskwie. I został awansowany przez Bartoszewskiego na stanowisko ministra pełnomocnego. Biegał więc po ambasadzie i chwalił się, że jest ministrem pełnomocnym, że to decyzja ministra spraw zagranicznych i że to podpisał premier. I że taki podpis premiera Buzka to jest coś, nie to co podpis pod nominacją ambasadora Załuckiego. Dodajmy – chodziło o podpis prezydenta Kwaśniewskiego.
No więc któż mógł przypuszczać, by taki katolik, taki antykomunista – z PRL? Ciepło traktowany, dodajmy, także przez minister Fotygę, która podpisała mu nominację na ambasadora tytularnego. A teraz, biedaczka, nie może sobie tego przypomnieć. Bo jak powszechnie wiadomo, PiS-owskim ministrom takie rzeczy to podsuwają…
Znaczy się, używając języka PiS – dobrze się maskował.
A nawet arcydobrze. Pisaliśmy już o tym parę lat temu, warto więc tylko przypomnieć. Otóż Turowski w pewnym momencie został wysłany na Kubę. Tam był ambasadorem. To była dziwna nominacja, a wszystkich dziwiących się w zdziwieniu utwierdzały depesze, które nadsyłał do Polski. O rządzie i sytuacji w obozie władzy tam prawie nie było, o innych sprawach też niewiele. Za to centrala otrzymywała długie elaboraty z podróży Turowskiego po Kubie i z kolejnych spotkań z kolejnymi biskupami. Zjeździł wyspę wzdłuż i wszerz. I chyba nie było proboszcza, którego by nie poznał. Taki miał styl pracy.
Wybuchowy – bo zatykał tym lewicę i rzucał na kolana prawicę…
I teraz ludzie się zastanawiają, cóż te pielgrzymki mogły oznaczać. Czy to efekt jezuickiego wychowania? A może pisał coś lepszego, ale gdzie indziej?
Tego chyba już nigdy się nie dowiemy…

Attaché

Wydanie: 3/2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy