Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Czas wyborów to czas gorący w MSZ. Wiadomo, jest więcej spotkań, trzeba w placówkach przygotować punkty wyborcze itd. Pracy jest tu sporo. Ale to nie znaczy, że ludzie w MSZ zapomnieli o bożym świecie i stracili ochotę na pogaduszki.
O, na przykład, paru dżentelmenów dyskutowało niedawno, że po MSZ najłatwiej można poznać, czy rządząca ekipa właśnie szykuje się do porażki, czy też się spodziewa wygranej. Bo wtedy, kiedy oczekuje klęski, furkoczą formularze wyjazdowe, ewakuują się na zagraniczne placówki wysocy rangą urzędnicy, a nawet politycy. Tak było chociażby w roku 2001, kiedy na stanowisko ambasadora w Brukseli (w Królestwie Belgów), jeszcze z rozdania AWS, miał jechać Radosław Sikorski. Ale nie zdążył, bo nowy szef MSZ, Włodzimierz Cimoszewicz, zablokował mu wyjazd. Trzeba trafu, że i dziś, w czasie wyborów, następuje zmiana na stanowisku ambasadora w Brukseli. Ale tym razem nie budzi ona większych emocji – bo Sławomira Czarlewskiego, emigranta z Francji, zastępuje Artur Harazim, dyrektor Departamentu Europy.
Inna sprawa, że takich czasów dożyliśmy, kiedy wyjazd nawet na stanowisko ambasadora dla polityka wysokiego szczebla nie jest zbyt ponętną propozycją. I bardziej traktowane jest ono jako rodzaj emerytury, oderwania od
spraw krajowych niż jako awans. Tak się zrobiło, że ci, których warto byłoby wysłać za granicę – nie chcą, a tych, którzy chcą – wysyłać nie warto.
Ale revenons ŕ nos moutons. Otóż patrząc na zagraniczne wyjazdy, a w zasadzie na ich brak, MSZ-owscy urzędnicy wyciągają wnioski, że rządząca koalicja obawia się nie porażki, ale raczej kolejnych lat rządzenia. Jeśli chodzi o VIP-ów, to w zasadzie po MSZ chodzi jedynie nazwisko Bogdana Klicha. Były minister obrony startuje w wyborach, ale na wypadek wyborczej porażki ma przygotowywane miękkie lądowanie. Typowany jest bowiem na stanowisko ambasadora w Stanach Zjednoczonych. Jednym słowem, warto być w dobrych stosunkach z Donaldem Tuskiem, bo nawet jeśli się koncertowo spieprzy pracę ministerstwa, to i tak źle się nie wyląduje.
Ale więcej niż o Klichu mówią w MSZ o Radosławie Sikorskim, a w zasadzie o możliwej zmianie na stanowisku szefa MSZ. Wiązałaby się ona z tym, że w koalicję z Platformą mógłby wejść SLD. No i wiadomo, że Sojusz w niewielkim stopniu zainteresowany byłby stanowiskiem ministra rolnictwa, za to stanowiskiem szefa MSZ – jak najbardziej.
Spekuluje się więc, że w takim wypadku szefem MSZ zostałby Marek Siwiec, a Sikorski odszedłby na stanowisko szefa MON. Jest też inny wariant tej operacji – otóż MSZ zostałoby przy Platformie, a MON oddano by lewicy. W tym wariancie szefem resortu obrony byłby albo poseł Stanisław Wziątek, albo Marek Siwiec (był szefem BBN, więc jakiś mandat do tego stanowiska ma), a MSZ zostałoby przy Sikorskim. Tylko że – jak mówią w MSZ – lewica woli dyplomację niż wór kłopotów, jakim jest MON.
A jak będzie w rzeczywistości? Kto się przyjrzy wynikom niedzielnych wyborów, ten szybko wyciągnie wnioski…
Attaché

Wydanie: 41/2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy