Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Minister Sikorski ogłosił, że Roman Polański został wypuszczony w wyniku działań polskich służb konsularnych. Uff… Pół MSZ aż usiadło z wrażenia. I po co ministrowi rzecznik, służby PR itp., jak najlepiej pochwali się sam?
A poza tym chyba już nikt nie wierzy, że minister panuje nad machiną MSZ, a w zasadzie nowego ministerstwa powstałego z połączenia MSZ i UKIE, nad tymi 47 departamentami. To wszystko rozrasta się w sposób niekontrolowany, szkoda tylko, że im więcej osób pracuje w MSZ, tym większe są dziury, pozycje, które powinno się obsadzić, a nie ma kim.
Kilka lat temu z wielkim szumem utworzono stanowisko dyrektora politycznego MSZ, który odpowiadał m.in. za kontakty z szefami państw Unii. To miała być, z założenia, postać z pierwszej ligi. Takim dyrektorem był Jan Truszczyński, wieloletni ambasador przy UE, był też Witold Sobków. Teraz został nim Cyryl Kozaczewski, dyrektor Departamentu Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa, którego doświadczenie to stanowisko radcy w ambasadzie przy NATO. Trochę za mało…
Od jakiegoś czasu trwają z kolei poszukiwania kandydata na ambasadora w Moskwie. Paru już odmówiło, ostatnio Janusz Steinhoff. Dziury są też na innych kluczowych placówkach.
Jedną z metod ich likwidowania jest zapraszanie do współpracy osób, które już w dyplomacji pracowały i zanotowały dobre rezultaty.
Takim np. był prof. Krzysztof Majka, nasz były ambasador w Indiach. Wyjechał do New Delhi z pozycji senatora AWS (było kiedyś takie ugrupowanie…), więc krzywiono się, czy to nie wyjazd polityczny. Ale okazało się, że to był strzał w dziesiątkę, Majka okazał się jednym z najlepszych polskich ambasadorów, znał znakomicie Indie, miał kontakty, centrala bardzo wysoko oceniała jego pracę. Teraz Majka ma jechać na ambasadora do Seulu. Bo właśnie zjeżdża stamtąd Marek Całka, poprzedni ambasador, mianowany w czasach PiS. Zjeżdża w dziwnych okolicznościach, warto byłoby to wyjaśnić.
O ile z wyjazdu Majki wszyscy są zadowoleni, o tyle coraz więcej słów krytycznych pada pod adresem pomysłu wyjazdu wiceministra Mikołaja Dowgielewicza do Brukseli. Dowgielewicz ma tam być jednym z zastępców pani Ashton, kierującej europejską dyplomacją. I nikt mu tego nie chce zabierać – tylko dlaczego wyjechać ma teraz, a nie za półtora roku, po polskiej prezydencji?
Jeżeli bowiem spojrzymy na plany wyjazdowe ludzi z kierownictwa MSZ, to okazuje się, że w przeważającej części siedzą już oni na walizkach. Z drugiej strony, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Polska do prezydencji w Unii przygotowuje się i ślamazarnie, i chaotycznie. Niewątpliwie wyjazd
Dowgielewicza, który te sprawy nadzoruje, ten stan by wzmocnił, bo każda taka zmiana powoduje, że biurokratyczne procedury wchodzą w czas zastoju. A zwłaszcza w obecnym czasie, kiedy na podpisanie najprostszego pisma, które kiedyś załatwiane było od ręki, trzeba w MSZ czekać po kilkanaście dni. Więc co bardziej trzeźwi pytają: czy warto puszczać człowieka przed zakończeniem prezydencji? Nie lepiej, by najpierw wykonał, co do niego należy, a potem mościł się w unijnych strukturach?
No, zobaczymy, czyje w tym sporze zwycięży…
Attaché

Wydanie: 29/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy