Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

A propos wakacyjnych wojaży. Grono pracowników MSZ urządziło sobie wewnętrzny konkurs na najbardziej kuriozalną sytuację, jaką zaobserwowali, odwiedzając polskie placówki zagraniczne. No i jest już faworyt do zwycięstwa – to Bruksela.
Otóż w lutym 2001 r. Władysław Bartoszewski mianował ambasadorem RP przy Unii Europejskiej, na miejsce po Janie Truszczyńskim, Iwo Byczewskiego. To, że Byczewski został ambasadorem, nikogo nie zaskoczyło – był wiceministrem, karierę w MSZ zaczynał w czasach Krzysztofa Skubiszewskiego jako dyrektor Departamentu Personalnego, gdzie skrupulatnie realizował politykę kadrową nowej władzy. Ale że został ambasadorem przy Unii Europejskiej…
Rzecz bowiem w tym, że ta bodajże najważniejsza polska placówka, gdzie praca wre, wymaga wielkich umiejętności i dyplomatycznych, i merytorycznych, i menedżerskich. A także olbrzymiej pracowitości. Oględnie mówiąc, nie wszystkie te warunki były przez Byczewskiego spełniane i na początku bieżącego roku stało się jasne, że tak prowadzona placówka nie pomoże w zrealizowaniu zadania, jakim było przyspieszenie euronegocjacji. Minister Cimoszewicz ściągnął więc do Brukseli Marka Grelę, dotychczasowego ambasadora przy FAO. Grela to doktor nauk ekonomicznych i doktor habilitowany stosunków międzynarodowych, były wiceminister w czasach Dariusza Rosatiego. I to on zastąpił w kwietniu br. Byczewskiego.
Ale żeby Byczewskiemu nie działa się krzywda, wszak to człowiek Unii Wolności, minister Cimoszewicz przesunął go w tejże Brukseli na akurat wakujące stanowisko ambasadora RP w Królestwie Belgów. Żyć nie umierać! Jest się ambasadorem w tym samym mieście, ale na placówce bez porównania mniej obciążonej obowiązkami. Od której, w zasadzie, nikt nic nie chce. Byczewski propozycję więc przyjął i zmienił ambasady. I tu zaczęły się schody.
Bo jako ambasador przy Unii Europejskiej miał do dyspozycji piękną rezydencję, podczas gdy ambasador w Belgii ma tylko niezłe mieszkanie. Więc Byczewski odmówił wyprowadzenia się z zajmowanych salonów. A jako powód podał, że jego żona, aktorka Anna Nehrebecka, musi mieć odpowiednie warunki, bo musi przyjmować artystów.
Efekt jest taki, że Iwo Byczewski mieszka nadal w rezydencji, którą dawno powinien pożegnać. Zaś jego następca od kwietnia mieszka w siedmiometrowym pokoju gościnnym ambasady przy UE, na tzw. górce. Bo gmach naszej ambasady przy UE jest zbudowany tak, że na parterze mieszczą się sale recepcyjne (ze słynnym obrazem Franciszka Starowieyskiego), pośrodku biura, a na samej górze pokoje gościnne…
Mamy więc humorystyczną sytuację. Państwo Byczewscy dysponują okazałą rezydencją, bo żona ambasadora musi przyjmować artystów i najwyraźniej zaspokaja to ich ego. Natomiast Marek Grela, szef najważniejszej placówki, gnieździ się jak student w akademiku, na siedmiu metrach. I – jak rozumiemy – osoby, które on powinien przyjmować, to betka w porównaniu ze znajomymi państwa Byczewskich. A MSZ patrzy na to wszystko bezradnie.

Wydanie: 36/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy