Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Był w Polsce wiceprezydent Joe Biden. Przyjechał, żeby udobruchać rząd i prezydenta za to, że Ameryka nie zamontuje u nas swojej tarczy antyrakietowej. Tarcza – nigdy dość słów na ten temat – miała być tarczą Ameryki, a nie Polski, i Amerykę chronić. Ale premier i prezydent jej chcieli, bo denerwowała Rosję. A jak powszechnie wiadomo, denerwowanie Rosji i jej obrażanie to patriotyczny obowiązek Polaka. Ciekawe, czy Biden przekonał swoich warszawskich rozmówców, że polityka zagraniczna nie polega na szturchaniu kijem niedźwiedzia.
Tym bardziej że niedźwiedź ma i inne problemy na głowie. Kto ogląda choćby „Wiesti”, ten wie. Tam raczej nie mówi się o Polsce, za to o Ameryce, Unii, Chinach – i owszem.
W Sejmie z kolei zebrała się Komisja Spraw Zagranicznych. Temat jej obrad dotyczył niedawnych manewrów białorusko-rosyjskich. Posłowie mieli się zastanawiać, czy zagrażają one bezpieczeństwu Polski. Biorąc pod uwagę, że wojsko mamy w Afganistanie – pewnie tak.
Tylko że już po manewrach, więc co nam grozi? Polskie gazety lubią sobie dworować z mało mądrych wypowiedzi niektórych mało znaczących rosyjskich polityków, oburzają się, gdy co jakiś czas w mało przemyślany sposób wypowie się komisja rosyjskiej Dumy. Tak jakby niektóre posiedzenia naszej komisji i prowadzone dialogi były lepszego sortu…
Pytanie z innej beczki: pojedzie nasz prezydent na szczyt Unii Europejskiej, czy nie pojedzie? Podobno chce, ale się waha. Szanowni Państwo – czy takiego gościa można traktować poważnie?
Za to za miesiąc z małym hakiem odbędzie się w Kopenhadze szczyt klimatyczny, głośno mówi się, że będzie to najważniejsze tego typu wydarzenie dekady. Być może przyjęte zostanie w stolicy Danii porozumienie będące kontynuacją protokołu z Kioto. Polska już wie, że sprawy klimatyczne to coraz ważniejszy segment stosunków międzynarodowych i że trzeba tu grać. Wie – ale co z tego? Był podczas jesiennej sesji ONZ w Nowym Jorku prezydent Kaczyński. Były sesje klimatyczne, była plenarka, były podstoliki, mogliśmy odgrywać w nich ważne role, narzucać nasz punkt widzenia, a nasz prezydent mógł błyszczeć. Ale, zdaje się, nikomu nie przyszło to do głowy. Prezydent błyszczał na spotkaniach z Polonią.
Te wszystkie opowiastki to dorobek ostatniego tygodnia. Pokazują one nie tyle naszą politykę zagraniczną, ile jej brak, po prostu – zwyczajną bezmyślność.
Blackberry nie myślą. A ci, którzy w MSZ potrafią myśleć, albo zostali myślenia oduczeni, albo nie mają na to czasu, bo po godzinach sobie dorabiają. Szkolą, prowadzą zajęcia, wykonują prace zlecone. Może to i dobrze, że są miejsca, gdzie mogą ćwiczyć umysł?
W każdym razie to bardzo ciekawa tendencja, która się rozwinęła – ludzie z MSZ mają dodatkową pracę na mieście. Ciekawe, czy ktoś kiedykolwiek tym się zainteresuje?
Attaché

Wydanie: 43/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy