Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zacznijmy od gratulacji – otóż Marek Ziółkowski, dyrektor Departamentu Europy Wschodniej, po dwóch miesiącach czekania otrzymał wreszcie agrément od władz ukraińskich, zatem będzie mógł pojechać do Kijowa na ambasadora. Są dwie teorie, które tłumaczą, dlaczego Ziółkowski dostał agrément nie po dwóch tygodniach, ale po dwóch miesiącach.
Pierwsza mówi tak: Ukraińcy nie byli zachwyceni jego kandydaturą, więc spróbowali, bardzo delikatnie, ją utrącić. Zaczęli przedłużać procedury związane z agrément, licząc, że Polacy – być może – przedstawią im nowego kandydata. Ale Polacy milczeli, więc Kijów – o cóż tu kruszyć kopie – wyraził zgodę na jego przyjazd.
Druga teoria jest rozwinięciem pierwszej. Oto w MSZ mówi się też, że Ziółkowskiemu pomogła Kancelaria Prezydenta. Dlaczego urzędnicy prezydenta wstawiali się za Markiem Ziółkowskim? Dlatego, że jego wyjazd do Kijowa był częścią przyjętego wcześniej dealu – na jego miejsce do MSZ przychodzi Zdzisław Raczyński, dziś pracujący w BBN u ministra Siwca. Sprawa jest już zaklepana i w zasadzie tylko jedna rzecz mogłaby ją odwrócić – to, że Ziółkowski nie wyjechałby na stanowisko ambasadora, czyli nie opróżniłby dyrektorskiego fotela.
A teraz pytanie zasadnicze: w polskim MSZ zmiany na stanowisku dyrektora Departamentu Europy Wschodniej następują co kilkanaście miesięcy, po cóż więc czynić tyle szumu wokół kolejnej zmiany? Otóż ma ona, w pewnym sensie, wymiar symboliczny. Dotychczasową ekipę dyplomatów-rewolucjonistów, którzy od roku 1990 prowadzili naszą politykę wschodnią, zawierając w niej swoje fobie i nierealne cele, powoli zastępować zaczynają pragmatycy. Kalkulacja jest tu prosta: ta dotychczasowa polityka poniosła fiasko – mamy ze wschodnimi sąsiadami złe stosunki gospodarcze, słabe kontakty z tamtejszymi elitami władzy i pieniądza, zanika nasza obecność kulturalna, pogarsza się opinia o Polsce, a twierdzenia, że Polska mogłaby być pomostem z Zachodu na Wschód przeszły do dziedzin mitologii. W takiej sytuacji trzeba spróbować czegoś innego. Czego? Wzór jest tu już gotowy – Aleksander Kwaśniewski ze swoją ofensywą uśmiechów radzi sobie na Wschodzie o niebo lepiej niż nasi specjaliści od obszarów “postsowieckich”. Więc może warto iść tym śladem?
Jakby zaprzeczeniem tych słów jest ostatnia nominacja Mariana Orlikowskiego na stanowisko radcy-ministra pełnomocnego naszej ambasady w Moskwie. Orlikowski do tej pory był specjalistą od Bułgarii, a raczej od bułgarskiej antykomunistycznej opozycji, z której działaczami pozostawał w serdecznych stosunkach. W Sofii przeszedł zresztą wszystkie szczeble kariery – od korespondenta gazety, poprzez stanowiska II i I sekretarza, aż po stanowisko zastępcy ambasadora. Teraz będzie zastępcą ambasadora w Moskwie.
Rozumiemy, że dla szefów MSZ stosunki z Rosją są na takim etapie, że trzeba tam wysłać specjalistę od dialogu z opozycją, zwłaszcza bułgarską. Takie są priorytety?

Wydanie: 12/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy