Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Minister Iwanow jednak przyjechał do Polski. To krok do przodu, bo z kontaktami polsko-rosyjskimi bywało różnie. I nawet kiedy Polacy chcieli ocieplać dwustronne kontakty, to robili to tak, że tylko pogarszali sytuację. W MSZ do dziś się opowiada, jak to będąc w Moskwie, ówczesny wicepremier i szef MSWiA, Janusz Tomaszewski, zapraszał do Polski szefa rosyjskiego MSW: “Pan przyjedzie z żoną, coś sobie kobieta w Warszawie kupi…”.
Ale tym razem było inaczej. Jeszcze przed przyjazdem do Warszawy Iwanow mówił polskiemu wysokiemu oficjelowi: “Ja przyjadę do Polski. I żadne prowokacje mi nie przeszkodzą. Ani pobicie turystów rosyjskich, ani też afera ze szpiegami. Przyjadę i już”. Cóż, Rosjanom zależało na pokazaniu światu, że chcą uporządkować sprawy z Polską i pokazali.
A nie mieli łatwo, bo nagle przed przyjazdem Iwanowa pojawiły się nowe problemy. Z kablem. A poza tym UOP, tradycyjnie, “zagrał” szpiegami. Otóż do Polski przyjechał rosyjski dyplomata, pracować w BRH. I nie zdążył się nawet rozpakować, gdy MSZ poinformowało go, że nie notyfikuje jego pobytu. Za odmową notyfikacji stał UOP, który w ten sposób wyłowił “szpiega”, chociaż ten nawet nie zdążył przejść się po Warszawie. W zamian Rosjanie wydalili z Moskwy polskiego dyplomatę. A wszystko to miało miejsce na godziny przed wizytą Iwanowa.
Ostatecznie wizyta się odbyła, w styczniu do Moskwy pojedzie Bartoszewski, więc wszystko zaczyna wyglądać normalniej.
Albo nawet jeszcze lepiej niż normalnie, jeśli weźmie się pod uwagę atmosferę, jaką podczas oficjalnego przyjęcia stworzył nasz minister. A dokonał on rzeczy niebywałej. Otóż w dyplomacji obowiązują sztywne procedury związane z wyłanianiem kandydata na ambasadora. Najpierw musi go zatwierdzić premier, potem prezydent, potem swoje pięć minut ma sejmowa komisja, a w międzyczasie sprawdza się, czy kandydat zostanie zaakceptowany w państwie przyjmującym. Podczas tych procedur obowiązuje poufność. Tymczasem minister Bartoszewski przełamał te zasady i podczas przyjęcia zwrócił się do Iwanowa takimi słowy: “Mogę panu przedstawić swojego kandydata na ambasadora w Kijowie, Marka Ziółkowskiego”. Iwanow zbaraniał, bo nie wiedział, czy Bartoszewski pyta go o radę, czy o zgodę. Więc milczał. Za to szum podniósł w MSZ.
Otóż Ziółkowski to dyrektor Departamentu Europy Wschodniej, osoba z młodego narybku i stosownych obyczajów. Z antywschodnią (płacimy za to wszyscy) i antylewicową fobią. Jako dyrektor nie chciał przyjmować ambasadora Ukrainy w Warszawie, miał też fatalne kontakty z Kancelarią Prezydenta i nie rozpisywał na nią ważnych depesz. M.in. tych o rurociągu. Wcześniej był na placówce w Mińsku, no i – komentowano w MSZ – jeśli chcemy mieć takie stosunki z Ukrainą jak z Białorusią, to Ziółkowski by się nadawał. Aha, ma też zalety, ładnie fotografuje. Może więc to zadecydowało o wyborze Bartoszewskiego? Ale co w takim razie zadecydowało, że swojego kandydata przedstawił wpierw Iwanowowi, pomijając Ukraińców, Kwaśniewskiego i polski Sejm? Bąbelki? Attaché

Wydanie: 49/2000

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy