Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zacznijmy od miny. Otóż taką szykuje obecne kierownictwo MSZ swoim następcom w postaci tzw. dyspozycji. O co w tym chodzi? Jak wiadomo, w MSZ jest stała rotacja, jedni na placówki wyjeżdżają, inni z nich powracają. Ponieważ rotacja odbywa się z reguły w cyklu cztero-, pięcioletnim, więc powracają teraz do kraju ci, którzy wyjechali w roku 1996 lub 1997. I cóż z tymi ludźmi, którzy wyjechali za ministra Rosatiego, robi obecna władza MSZ? Teoretycznie powinna znaleźć im pracę w centrali, na miejsce tych, którzy wysyłani są za granicę. Ale praktyka wygląda inaczej. Otóż te osoby kierowane są do tzw. dyspozycji kadr. Czyli siedzą w domu, biorą gołą pensję i czekają na przydział, na telefon z kadr. Bo na razie – jak się im tłumaczy – wszystkie etaty są zajęte. Te tłumaczenia, w dużym stopniu, są nieprawdziwe. Bo oto realizowany jest następujący mechanizm: powracający kierowani są do dyspozycji, jest to już grupa licząca ponad 100 osób, tymczasem do MSZ przyjmowani są nowi ludzie. I oni zajmują wakaty. W ten sposób trwa w ministerstwie wielka zmiana kadrowa – pozostający w dyspozycji nie obciążają etatów i stopniowo są zniechęcani do jakiejkolwiek pracy w służbie zagranicznej.
Jest jeszcze inny mechanizm obecnej polityki kadrowej: przedłużanie pobytu za granicą. I tak na przykład przedłużono o rok pobyt w Tokio ambasadorowi Jerzemu Pomianowskiemu.
Pomianowski to człowiek z czasów Skubiszewskiego, jeden z liderów „hunwejbinów” MSZ polujących na „czerwonych”. Zanim przyszedł do MSZ, specjalizował się w grze na indyjskim bębenku i ćwiczył aikido. Potem wyjechał, ku zdumieniu Japończyków, na ambasadora do Tokio. Stamtąd doradzał w sprawie reformy MSZ. Ta reforma okazała się nieporozumieniem, ale jej autorom z tego powodu włos z głowy nie spadł. Wręcz przeciwnie, jak widać na przykładzie Pomianowskiego, są nagradzani.
Czy jest to dobre rozwiązanie? Może lepiej i dla kraju, i dla nich samych byłoby, gdyby zajęli się czymś innym?
A właśnie ubiegły tydzień przyniósł argument na potwierdzenie tej tezy. Otóż dyrektorem Zachęty została pani Agnieszka Morawińska, historyk sztuki, która na solidarnościowej fali trafiła w roku 1991 do Ministerstwa Kultury, a potem do MSZ. Wysłano ją na ambasadora do Australii. Po co? Ona sama, pytana przez posłów w Sejmie, jak sobie wyobraża pobyt na antypodach, odpowiadała, że planuje „napisanie czegoś o współczesnej sztuce australijskiej”. Mówiła też, że wie, na czym polegać będzie jej praca, bo „ambasador Holandii wyjaśnił jej, jak być ambasadorem”. A pytana o Australię nie potrafiła sobie przypomnieć, jak nazywają się jej rdzenni mieszkańcy.
Z taką wiedzą pojechała na antypody i zaczęła pracę. Pożytek z tego był żaden. Po skończeniu misji Morawińska wróciła do kraju, ale oczywiście nikt nie proponował jej pracy w MSZ, więc gdzieś się rozpłynęła. I teraz proszę – została następczynią Andy Rottenberg.
MSZ życzy pani sukcesów, pani Agnieszko. W Zachęcie, oczywiście…

Wydanie: 28/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy