Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Słonko świeci, czas na pocztówkę z wakacji. Właśnie nadeszła do nas z Chorwacji. To kraj bliski naszym rodakom, w ubiegłym roku odwiedziło go ponad 400 tys. Polaków. W przypadku kłopotów czuwać ma nad nimi Wydział Konsularny naszej ambasady w Zagrzebiu, w sile dwóch konsulów i jednej pracownicy biurowej. A raczej – jednego konsula, kierownika wydziału, bo ten drugi, jego zastępca, zjeżdża właśnie do kraju. Zjazd jest efektem tego, że obaj panowie nie mają ochoty ze sobą współpracować. Sprawy w pewnym momencie przybrały dramatyczny obrót. W styczniu zastępca poprosił ambasadora, by wyłączył go spod nadzoru kierownika. Sprawa stała się głośna, zaczęła ją badać centrala w Warszawie. Kiedy skończy?
Pewnie nieprędko, ale ważniejsze jest, że w gorącym czasie wakacji na placówce zostanie konsul z pomocą biurową. Czy da sobie radę z nawałem pracy? Oczywiście, że tak. Ma bowiem opracowaną metodę – zbywa petentów, tłumacząc, że jest śmiertelnie zajęty. W ten sposób, po paru tygodniach dzwonienia, większość interesantów rezygnuje z próby załatwienia sprawy, zostają tylko ci, którzy rzeczywiście muszą. I nimi, ewentualnie, można już się zająć. Tylko czy jest szansa, że konsul to załatwi? Zna angielski i włoski, nie zna serbsko-chorwackiego, więc możliwości działania ma ograniczone. Za to rekompensuje to sobie, buszując po Internecie. W jego komputerze – na życzenie konsula – zainstalowano łącze do Internetu. Tym sposobem konsul zaczął wsiąkać na parę godzin dziennie. Po ambasadzie rozeszła się plotka, że absorbują go „różowe strony”. Dokonano więc wyrywkowej kontroli połączeń i niczego specjalnego nie odkryto. Historia Polski, historia Francji, geografia – takie są zainteresowania konsula.
Oto więc rada dla Polaków wybierających się latem do Chorwacji – nie chorujmy, nie gubmy paszportu, nie dajmy się okraść etc. No i nie zawracajmy głowy naszemu konsulowi, bo on do głupot jej nie ma.
Zaś ambasador nie ma głowy, by go do pracy poganiać. Bo zjeżdża jesienią do kraju, więc bardziej zajmują go inne sprawy – kontener (w który zapakuje mienie przewożone do Polski), wakacje, no i znalezienie sobie dobrej pracy w ojczyźnie.
Ambasador najpierw zabiegał o robotę w Kancelarii Prezydenta, ale nic z tego nie wyszło. To bardzo go zniechęciło do lewicy. Ambasador twierdzi, że potraktowano go brutalnie. Bo minister Cimoszewicz w piśmie odwołującym go był bardzo lakoniczny. I ani słowem nie podziękował mu za pięć lat pracy.
A może, drogi ambasadorze, nie było za co?
W każdym razie smutek ambasadora jest jak najbardziej uzasadniony. W Zagrzebiu ma rezydencję z basenem, sprzątaczkę, kucharkę, może jeździć nad morze, do Słowenii, do Austrii, na Węgry, wszystko to jest „o rzut beretem”. Nie jest łatwo takie fajne rzeczy zamieniać na smutne korytarze Instytutu Literatury PAN w Warszawie.

Wydanie: 23/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy