Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Naprawiamy niedopatrzenie. W czerwcu pisaliśmy o tym, że Bronisław Geremek kandyduje na stanowisko Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka. To kandydowanie nie było znikąd, bo właśnie kończyła się kadencja Mary Robinson i trzeba było znaleźć jej następcę.
Więc w kwietniu minister Cimoszewicz napisał do Kofiego Annana list rekomendujący Geremka na to stanowisko.
Pisaliśmy też, że szanse Bronisława Geremka są iluzoryczne. To tylko w Krakowie i w Warszawie możemy sobie opowiadać o jego wielkości i światowych wpływach, bo rzeczywistość (ta światowa) weryfikuje te sądy. Szanse Geremka były iluzoryczne z dwóch powodów. Po pierwsze, Polska na arenie międzynarodowej jest postrzegana jako potakiwacz Stanów Zjednoczonych, więc budzi oczywistą niechęć większości państw ONZ. Po drugie, podczas 12 lat III RP nasza dyplomacja uległa przemianie. Dawnych, PRL-owskich dyplomatów, mających bardzo dobre kontakty z państwami Azji, Afryki, Ameryki Południowej i mocną pozycję w ONZ, zastąpił nowy zaciąg. Ludzi, którzy przyszli do MSZ w wielkim stopniu z rekomendacji Geremka. W ciągu minionych 12 lat właśnie on miał największy wpływ na to, co w ministerstwie się dzieje, i de facto stworzył obecną polską dyplomację. Teraz jego ludzie – ci, których wprowadził do MSZ – mieli mu się odwdzięczyć i wylobbować mu stanowisko w Genewie. W czerwcu wyrażaliśmy wątpliwości, czy ten stuff jest w stanie cokolwiek wylobbować.
Były to wątpliwości słuszne.
12 września Mary Robinson zastąpił Sergio Vieira de Mello, dyplomata brazylijski, absolwent paryskiej Sorbony (filozofia), od ponad 30 lat pracujący w strukturach ONZ. Przekazanie stanowiska było płynne – bo już 23 lipca Zgromadzenie Ogólne ONZ przez aklamację zatwierdziło wybór de Mello. Bronisław Geremek padł podczas konsultacji.
Tym samym na własnej skórze przekonał się, jak wpływowi i sprawni są ludzie, których do MSZ zaangażował, i jak wiele w świecie Polska ma sympatii. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz – swoją drogą, ciekawe, czy Geremek ma pretensje do Janusza Stańczyka, naszego ambasadora przy ONZ. Stańczyk przyszedł do MSZ w roku 1990, m.in. zasłynął jako negocjator konkordatu, za Geremka był wiceministrem i to on wysłał go na placówkę do Nowego Jorku. Teraz warto zapytać: po co?
Włodzimierz Cimoszewicz jest dżentelmenem, więc nie preferuje brutalnych rozstań, lecz cały czas próbuje coś z tymi ludźmi, których ma, sensownego zrobić. Po tym, jak się okazało, że co piąty pracownik centrali nie ma potwierdzonej znajomości przynajmniej jednego języka obcego (kto ich przyjmował do pracy?!), zarządził egzaminy językowe dla wyjeżdżających na placówkę. Teraz z kolei Biuro Kadr rozpoczęło przetarg na ekipę lektorów, która będzie uczyła dyplomatów języków obcych. Przygotowywany jest także przetarg na wybór psychiatrów, którzy będą stwierdzać przydatność do służby zagranicznej, co ma swój sens, bo to, co niektórzy nasi dyplomaci wyczyniają na placówkach…
No ciekawe, czy z tym pospolitym ruszeniem uda się coś zrobić?

Wydanie: 38/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy