Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W MSZ szeptano o dwóch sprawach. Oto one. Po pierwsze, w miarę jak zbliżały się do końca nasze negocjacje z Unią Europejską, naocznie mogliśmy się przekonać, jak ważna jest dobra obsada stanowiska ambasadora. I że przeciąganie decyzji, które powinny zostać szybko podjęte, kosztuje. Mówiąc konkretnie, co najmniej o kilka miesięcy za długo ambasadorem w Niemczech był Jerzy Kranz, którego pracę minister Cimoszewicz określił mianem bezruchu i zaniku działalności. A za to się płaci.
W ostatnich miesiącach i tygodniach niemieckie społeczeństwo i tamtejsi politycy stracili sporo zapału, jeśli chodzi o rozszerzanie Unii Europejskiej. Więc kanclerzowi Schröderowi łatwiej było mówić, że Niemcy nie mają pieniędzy i że kraje kandydujące domagają się zbyt wiele. Czy tę atmosferę można było zmienić? W jakimś zakresie na pewno.
A jeżeli ktoś w to wątpi, niech porówna działalność Kranza i Andrzeja Byrta, który teraz objął niemiecką placówkę (po raz drugi w karierze). Energię obu, umiejętność pozyskiwania przyjaciół i prezentowania swoich racji.
Teraz więc widać, że błędem okazała się polityczna poprawność, którą minister Cimoszewicz praktykował (i praktykuje nadal) na stanowisku szefa MSZ. Oczywiście, nikt przytomny nie chce utrzymywać, że zła praca polskiej ambasady w Berlinie (pomińmy skandaliczną i kompromitującą III RP sprawę gmachu ambasady, a raczej jej szczątków straszących w centrum miasta) zadecydowała o postawie niemieckiego establishmentu. Ale swoją rolę odegrała.
Jeśli jesteśmy już przy ambasadorach, z których działalności Rzeczpospolita niewiele skorzystała, warto odnotować powrót z Tokio do Warszawy Jerzego Pomianowskiego.
Pomianowski wrócił i teraz w MSZ nastąpiła konsternacja, bo trzeba mu dać jakieś stanowisko. Tylko jakie? Był pomysł, żeby wcisnąć go do Departamentu Systemu Informacji, na zastępcę Bogusława Majewskiego. To był pomysł z gatunku tych sympatycznych, bo Majewski, mimo że wciąż narzeka, że ma w departamencie za mało ludzi, zareagował – nazwijmy to – powściągliwie. I, co najważniejsze, skutecznie. Od tej pory już nikt o takiej karierze dla Pomianowskiego nie mówi.
Powstał więc spontaniczny pomysł, by skierować go do archiwum, gdzie mógłby podszlifować wiedzę i nauczyć się prostych prawd: że dyplomata powinien być kulturalny, mieć umiejętność napisania politycznej analizy i że nie powinien dogadywać się z personelem restauracji, żeby dostać podkręcony rachunek.
Ale czy zostanie on zrealizowany?
O swojej przyszłości w MSZ Pomianowski rozmawiał z dyrektorem generalnym, Zbigniewem Matuszewskim. Rozmawiał w swoim stylu.
– Nawet jak mnie skierujecie do archiwum albo jak mnie zwolnicie, to ja tu wrócę – groził.
Na dobrą sprawę po takiej rozmowie Pomianowski powinien mieć już dożywotni zakaz pracy w dyplomacji, bo to robota nie na jego temperament, ale wciąż widujemy go na korytarzach MSZ.
A szkoda, bo chyba czas, żeby jego umiejętności i wdzięk zweryfikował wolny rynek.

Wydanie: 50-51/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy