Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Podsłuchaliśmy ciekawą rozmowę w stołówce (żadne kadrowe ploteczki, tylko poważne rozważania). Dwóch dżentelmenów zastanawiało się, dlaczego wyszedł nam Sezon Polski w Austrii, a nie wyszedł Sezon Polski w Szwecji. No właśnie, dlaczego nie wyszedł?
A dlaczego wyszło w Austrii?
Jeśli chodzi o Austrię, to suk-ces był ewidentny, polskie imprezy obejrzało 450 tys. ludzi, czyli co 20. Austriak. 5% populacji! Polskie imprezy doczekały się prasowych recenzji i omówień, „De Presse” wydrukowała nawet specjalną wkładkę „kultura polska”, za którą, gdybyśmy chcieli coś takiego zamówić, musielibyśmy zapłacić około 200 tys. euro.
Na polskich imprezach mieliśmy więc media, publiczność i VIP-ów. Do Wiednia jeździł minister kultury, Waldemar Dąbrowski, w imprezach uczestniczyła nasza pani ambasador, Irena Lipowicz, ba, pani minister spraw zagranicznych Austrii cztery godziny po objęciu urzędu przyszła na otwarcie wystawy polskiej.
Dobry też był pomysł na prezentację polskiej kultury i samej Polski. Oto mieliśmy trzy wielkie wystawy (szybko doszła czwarta, ale o tym za chwilę). No i setki mniej lub bardziej elitarnych imprez. Freski z Faras sławiły polskich archeologów, XX-lecie międzywojenne – polskich twórców. Tu – uwaga – pomysłem godnym pochwały było to, że wystawę układali Austriacy. Oni wybrali z polskiego malarstwa to, co – ich zdaniem – było atrakcyjne, co może zainteresować publiczność nad Dunajem. I proszę, wystawa odniosła sukces. A teraz zastanówmy się, dlaczego sukcesu nie odniosła inna wystawa, zatytułowana „Przedwiośnie”, którą w ramach Europaliów woziliśmy do Brukseli.
Tam krytyka uznała ją za malarstwo wtórne. I znacznie cieplej pisała o naszej awangardzie.
Podobnie było w Wiedniu, bo na fali zainteresowania Polską tamtejsze muzeum sztuki nowoczesnej urządziło wystawę polskiej młodej awangardy, na pierwszy plan wybijając wideo Artura Żmijewskiego „Maszerują żołnierze”. Pamiętają to państwo? To ten filmik z maszerującymi żołnierzami, ubranymi tylko w rogatywki, niosącymi karabiny, zupełnie nagimi, z dyndającymi (sorry) przyrodzeniami.
Film zachwycił austriacką awangardę, ale podobno przeraził panią ambasador Lipowicz, która wolała na czas otwarcia ekspozycji wyjechać do Warszawy…
I teraz refleksja jednego z dyskutantów: kultura jest naszą wspaniałą wizytówką, tylko musimy promować ją z głową. Czyli prezentować za granicą towar najwyższej jakości, w najlepszej oprawie, który ściągnie świat VIP-ów i o którym będą mówić wszyscy. I dopiero w cieniu takich okrętów flagowych można prezentować imprezy mniejszej wagi. Bo gdy będziemy działać na poziomie powiatowego domu kultury, to i takie efekty osiągniemy.
No i musimy się uczyć od najlepszych. Był niedawno w Polsce minister kultury Francji. I kogóż przywiózł w swojej delegacji? Romana Polańskiego!
Drodzy państwo, „Pianista” to opowieść o Warszawie, nakręcona w Warszawie, wyreżyserowana przez Polaka, nagrodzona trzema Oscarami. Dlaczego więc w jej chwale nie grzeje się Rzeczpospolita?

Wydanie: 19/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy