Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

To są albo zdolności profetyczne, albo znajomość ludzi. Pisaliśmy parę miesięcy temu o tym, że na placówkę do Chin wyjechał Sylwester Szafarz. Człowiek od kilkudziesięciu lat kręcący się wokół ważnych gabinetów i zawsze na końcu sprawiający kłopoty (pisaliśmy o tym w „P” z 16 i 23.02.br). Szafarz jakimś cudem wkręcił się do MSZ. I załatwił sobie wyjazd. Najpierw na kilka miesięcy do ambasady RP w Pekinie, by potem, po paru miesiącach, objąć stanowisko konsula generalnego w Szanghaju.
No i wreszcie objął i już mamy cyrk.
Pierwszy występ zaczął się, gdy Szafarz miał przejąć placówkę z rąk poprzednika, Jerzego Bayera. Tego samego, który nie dawał wiz Chińczykom i który w ostatnich dniach swego urzędowania, aktem darowizny, obdarował konsulat swoją 12-letnią toyotą (złomowanie grata kosztuje).
Zasadą jest, że takie przekazywanie stanowiska pracy trwa około 10 dni, poprzednik przekazuje następcy kontakty, zapoznaje ze specyfiką etc. Wyjątek jest tu jeden – „na zakładkę” nie działają ambasadorzy.
Ale Szafarz (czyżby poczuł się ambasadorem?) nie chciał jechać do Szanghaju i obejmować konsulatu, zanim nie opuści go Jerzy Bayer. O żadnym spotkaniu nie było mowy. Stary konsul musiał więc zdać placówkę swojemu zastępcy. Czyli Sylwestrowi Garnetowi.
Ten zastępca to też wymysł, jak mówią w MSZ, Szafarza. Do tej pory konsulat w Szanghaju liczył dwóch konsulów – szefa i konsula ds. handlowych. Oni z powodzeniem dawali sobie radę. Teraz rozrzutnie zwiększono jego obsadę do trzech, konsul otrzymał zastępcę.
W MSZ kiwano więc głowami z podziwem nad przebiegłością Szafarza: a to cwaniak, on będzie szefem, który co prawda nie zna się na konsularnej robocie, ale skołował sobie zastępcę, który będzie za niego zasuwał. Sęk w tym, że Garnet też jest debiutantem w konsulowym fachu.
Więc w Szanghaju jest ich teraz dwóch – mających mgliste pojęcie o konsularce i o Chinach. Wesołe dzieci we mgle. A my za to płacimy.
W takiej sytuacji z reguły dochodzi do występów. Szafarz ledwie objął konsulat, a już napisał do MSZ wielkie pismo. W którym podał, że zastał na placówce bałagan, że dokumentacja jest nie w porządku, że są nieprawidłowości, że on powołał zespół (czyli Garneta), który ma to wszystko zbadać. No i wezwał centralę, by przysłała do Szanghaju inspektorów, którzy by to wszystko skontrolowali. Aha, napisał jeszcze, że robi to wszystko, żeby było oszczędniej, bo jego poprzednik był rozrzutny.
Po tych słowach zwrócił się z sugestią, żeby centrala przysłała więcej pieniędzy, bo chce organizować imprezy dla Polonii, oraz zezwoliła na zatrudnienie jego żony na pełny etat, a także żony Garneta na pół etatu (wiadomo, zastępca musi znać miejsce w szeregu…).
Teraz nasza centrala ma kłopot, bo co z tym cyrkiem zrobić?
Tomasz Lewczuk, który jest p.o. dyrektorem Departamentu Azji i Oceanii, i Janusz Skolimowski, dyrektor Departamentu Konsularnego, drapią się po głowach, bo sprawy Szanghaju zaczynają zabierać im za dużo czasu. I trzeba to jakoś uspokoić.
Oj, drodzy dyrektorzy, naszym zdaniem, to dopiero początek zabawy…

Wydanie: 46/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy