Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Poszły w świat informacje, że oto PiS będzie budowało własne MSZ, to znaczy obsadzało wszystko swoimi ludźmi. To znaczy kim? To znaczy co?
Oczywiście możliwe jest, że do ministerstwa masowo będą przyjmowani działacze PiS, asystenci i asystentki posłów tej partii, te przypadki mają już miejsce. Ale trudno sobie wyobrazić, by takie towarzystwo mogło zdominować ministerstwo.
Inna hipoteza głosi, że PiS postawi na dyplomatów z drugiego albo nawet z trzeciego szeregu i ich wywinduje, oczekując w zamian lojalności.
Choćby stawiając na takiego Andrzeja Sadosia, obecnego rzecznika MSZ. To przecież prawa ręka pani minister Fotygi… Co poniektórzy w MSZ pamiętają Sadosia z czasów, gdy pracował on w Stałym Przedstawicielstwie RP przy ONZ w Genewie. Do jego obowiązków należała w tamtym czasie współpraca ze Światowym Forum Gospodarczym, no i działania związane z konferencją w Davos, na którą przyjeżdżał prezydent Kwaśniewski. Sadoś był bardzo dumny z tego, że może się zajmować prezydentem, zdjęcie Kwaśniewskiego postawił sobie na biurku, i to tak, żeby każdy je widział. Teraz z zapałem wykonuje inne prace, co zapiszmy mu na plus, bo warto docenić urzędników nieprzywiązujących się do partyjnych etykietek.
Zaprzeczeniem Sadosia jest Jacek Czaputowicz. To postać z początku lat 90., kiedy przyszedł z organizacji Wolność i Pokój i objął stanowisko dyrektora Departamentu Konsularnego. Jak objął – to działy się tam dantejskie sceny, nowy dyrektor dokonał tam takiego czyszczenia, że departament musiał się odbudowywać ładnych kilka lat. Potem Czaputowicz błąkał się po MSZ, miał tam jakiś pokoik, niezłą pensję i niewielki zakres obowiązków. Przy okazji zaliczał staż zagraniczny za stażem. W tej kategorii jest rekordzistą. I tak mijały mu lata. Ostatecznie trafił do Urzędu Służby Cywilnej. A teraz, kiedy urząd jest już tylko departamentem w Kancelarii Premiera, znów przeszedł do MSZ. Na stanowisko dyrektora Departamentu Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej, za Jarosława Bratkiewicza.
No to strategię i planowanie mamy z głowy…
Inny przykład: trąbiono ostatnio wiele, że do Brukseli, z Paryża, przeniesiony ma być Jan Tombiński. To interesująca historia, bo Tombiński jeszcze parę miesięcy temu pakował walizki, przekonany, że oto nadchodzi w jego karierze okres ciszy. Że wróci z Paryża do Warszawy i będzie w MSZ egzystował. Z prostej przyczyny – jest wieloletnim przyjacielem Jana Rokity, jeszcze z lat 80. To jego obwoził po Paryżu, gdy Rokita rok temu odwiedzał Francję. Ewidentnie na niego stawiał. Więc gdy Platforma nie weszła do rządu, świat mu się zawalił. I co? Teraz miałby być najważniejszym ambasadorem? I to takim, który w Brukseli musiałby grać przedstawienie z gatunku mission impossible – świecić oczami za Kaczyńskich i przekonywać, że co innego mieli na myśli, a z drugiej strony pilnować każdego euro. I kierować 200-osobową ambasadą. No, ciekawe, czy pójdzie na to pole minowe, bo zdaniem ludzi w MSZ, musiałby być w rozpaczy, by coś takiego wziąć. A i PiS-owcy, proponując mu tę robotę, nie wykazaliby roztropności…
Ech…

Wydanie: 48/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy