Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Oj, to ciekawe, ale Andrzeja Sadosia, obecnego rzecznika ministerstwa, mało kto darzy w MSZ jakimiś ciepłymi uczuciami. Oczywiście poza minister Fotygą. To wszystko zresztą nie jest sprawą ostatnich miesięcy, to trwa dłużej. Czy zaczęło się już wtedy, gdy krótko pracował w naszej ambasadzie w Budapeszcie, czy trochę później, gdy do Genewy, do naszej ambasady przy ONZ, wziął go Krzysztof Jakubowski?
OK – niech będzie ta Genewa. Szefem placówki był Krzysztof Jakubowski i taki młody człowiek, jakim był Sadoś, bardzo mu odpowiadał. Bo zajmował się kwestiami – nazwijmy to – mniej merytorycznymi, a bardziej organizacyjnymi. A najważniejszą z nich było odwożenie i przywożenie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego do Davos. Po prostu był ktoś w ambasadzie, kto uzgadniał sprawy z organizatorami, dokonywał rezerwacji hoteli, pilotował wszystko. Jakubowskiego o nic głowa boleć nie musiała, od tych spraw miał Sadosia. A jego to wyraźnie kręciło, na ekranie komputerowym ustawił sobie zdjęcie z Kwaśniewskim, no i wszystkim dawał do zrozumienia, że z prezydentem jest blisko, więc wiadomo, co może.
Potem wrócił do kraju, do MSZ, a potem, już po wyborach, nagle znalazł się w Kancelarii Prezydenta (Kaczyńskiego). Był tam 16 dni, najwyraźniej nie wiedziano, co z nim zrobić, więc zapukał do Kancelarii Premiera (Marcinkiewicza). A konkretnie do Ryszarda Schnepfa, który w kancelarii zajmował się sprawami międzynarodowymi. Są na temat tej rozmowy dwie hipotezy. Obie mają punkt wspólny – Sadoś zażyczył sobie stanowiska dyrektora. Ale według pierwszej wersji, Schnepf go wyśmiał, zapytał, co potrafi, i wyrzucił za drzwi. Natomiast według drugiej, obiecał mu pomoc i stanowisko dyrektora, chociaż nie w Kancelarii Premiera, tylko w MSZ. Trudno wyrokować, jak było, bo w końcu Sadoś tym dyrektorem został (choć sporo później), ale za pierwszą wersją przemawia obecny los Schnepfa w MSZ jako człowieka niechcianego. Cóż, widocznie nie wiedział, z kim zadziera.
Z nędzy do pieniędzy – gdy MSZ zostało przez PiS zdobyte, pani Fotyga szukała na gwałt kogoś, komu mogłaby zaufać. Bo nawet Witold Waszczykowski nie wchodził tu w grę. Więc Michał Kamiński, ten europoseł, polecił jej swego kolegę jeszcze z czasów szkolnych, właśnie Sadosia. No i tak już zostało.
A potem wyskoczyła afera kartoflana, czyli ten mało śmieszny dowcip w „Tageszeitung”. W normalnych czasach nikt nie zwróciłby na to uwagi, ale – jak twierdzą ci, którzy mają ucho na Kancelarię Prezydenta – tym razem to rozdmuchano. Michał Kamiński miał mieć w tym udział, jak też w przekonywaniu Kaczyńskiego, że stoi za tym nielojalne MSZ. Więc pod tym pretekstem pozbyto się Pawła Dobrowolskiego, a jego miejsce zajął Sadoś. Koniec, kropka.
I mszczą się na Dobrowolskim dalej, zupełnie bezmyślnie, bo zabrali mu wszystko, nie ma nawet w MSZ biurka ani telefonu, wałęsa się bezcelowo. A żaden z tych dziennikarzy, którzy jedli mu z ręki i pisali na jego cześć peany, nie napisał w jego obronie ani akapitu. My piszemy.

Wydanie: 5/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy