Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Tytułem kronikarskiego obowiązku – MSZ ma nowego rzecznika, a w zasadzie innego. Bo rozdzielono funkcję dyrektora Departamentu Informacji i rzecznika. I porte-parole ministra spraw zagranicznych, a nie MSZ, został były dziennikarz „Polityki” i były dyrektor Programu I Polskiego Radia, Aleksander Chećko (co kilka tygodni temu zapowiadaliśmy). Takie rozdzielenie nie jest nowością, swego czasu wypraktykował to Krzysztof Skubiszewski, zostawiając Władysławowi Klaczyńskiemu kierowanie Departamentem Informacji i powołując na stanowisko rzecznika Grzegorza Dziemidowicza. To pierwsza uwaga. Druga jest innego rodzaju. Otóż i stanowisko dyrektora departamentu, i rola ust ministra są w MSZ-etowskiej hierarchii wysoko. Z tych stanowisk jeździ się na stanowiska ambasadorów. Czy to oznacza, że Chećko ma ambasadorstwo w kieszeni? No, nie jest to tym razem takie proste. Po pierwsze, dlatego że jego poprzednicy wyjeżdżali po kilku latach pracy. A, patrząc w polityczny kalendarz, Chećko ma przed sobą kilka miesięcy urzędowania (w najlepszym wypadku rok). Cimoszewicz może nie zdążyć go wysłać. Poza tym nie jest to minister zbyt wyrywny do takich nagród…
Tyle o rzeczniku, a teraz o dyrektorze Departamentu Systemu Informacji. Otóż po wyjeździe Bogusława Marcina Majewskiego do Singapuru dyrektorem departamentu ma zostać Jarosław Drozd. A jego zastępcą – Paweł Dobrowolski.
Był on do niedawna ambasadorem w Kanadzie, a zanim wyjechał do Ottawy, pełnił funkcję rzecznika MSZ i dyrektora departamentu… Teraz więc wraca z placówki, ale na stanowisko przynajmniej o oczko niższe. Czy to degradacja? Z jednej strony, Dobrowolski to doktorant Bronisława Geremka, a ponieważ jest w MSZ pogoda dla ludzi pochodzących z tej „stajni”, więc mógł liczyć na coś lepszego. Z drugiej strony, spójrzmy na sprawę realnie – Doborowolski jest w MSZ znany jako smakosz whisky, wytrawny znawca i koneser tego napoju. Taką sobie wyrobił markę, a przy tym akurat ministrze nie jest to wielki atut.
Tak to jest, że MSZ-etowska hierarchia jest dynamiczna, jedni się rozwijają, a inni nie i przewartościowaniu ulegają dotychczasowe sądy. Weźmy jednego z naszych ulubieńców – Jerzego Pomianowskiego. W pierwszej połowie lat 90. należał do zaciekłych „czyścicieli” w MSZ, za co został wynagrodzony placówką w Tokio. Po prawie sześciu latach miernego ambasadorowania wrócił do kraju, gdzie skierowano go na podrzędną posadę do Departamentu Promocji. Zaczął więc chodzić po kolegach i przedstawiać się jako lider MSZ-towskich pokrzywdzonych. I zapowiadać rewanż. No i co? Gdy niedawno był konkurs na dyrektora generalnego MSZ Pomianowski odgrażał się, że go wygra. A nawet nie wystartował. Bo zorientował się, że nie ma szans, że nikt go nie popiera. I że nawet ci, których chciałby reprezentować, go nie chcą, bo jego radykalizm i żądza rewanżu są dla nich zagrożeniem.
Świat poszedł do przodu, a Pomianowski wciąż, jak dziesięć lat temu, miota obelgi. Biedny niewolnik jednej roli w życiu.

 

Wydanie: 39/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy