Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Wiele osób w MSZ zastanawia się, w jaki sposób Janusz Reiter został ambasadorem w USA. I parę rzeczy już wiadomo. Po pierwsze to, że jest on kandydaturą tych samych ludzi, którzy zablokowali wyjazd Olechowskiego. To jest śmieszna logika – nie pasował im były minister finansów i były szef MSZ, człowiek znający instytucje finansowe i Amerykę, wybrali w to miejsce specjalistę od Niemiec, postać z dalszego szeregu. No, Jerzy Koźmiński to nie będzie… Skąd więc taki wybór? W MSZ-ecie komentuje się to bardzo prosto. Minister Rotfeld nie chciał, by jeszcze przez kilka miesięcy placówka w Waszyngtonie nie miała ambasadora, bo to zawsze źle wygląda i utrudnia pracę MSZ. Oczywiście, takie argumenty do polityków nie trafiają, ale Rotfeld to nie polityk, więc chciał tę sprawę załatwić. Platforma, która jeszcze parę miesięcy temu zachowywała się wyniośle, a Rokita dziwił się, gdy ktoś nie zwracał się do niego „panie premierze”, po ostatnich sondażach spuściła z tonu, bo już wie, że w przyszłej koalicji będzie numerem dwa. Była więc skłonna do szybkich dealów. I tym dealem okazał się Reiter (cóż to znaczy znaleźć się we właściwym momencie we właściwym miejscu…). Platforma z niego się cieszy, bo za parę miesięcy nie wywalczyłaby nawet tego, dla Dużego Pałacu to mniejsze zło, SLD takimi rzeczami już się nie troska.
Innego rodzaju nominacją jest wyjazd Krzysztofa Szumskiego na stanowisko ambasadora do Chin. Kandydata na to stanowisko szukano ponad pół roku, przewijały się tu różne nazwiska. Ci, którym proponowano wyjazd – nie chcieli, ci, którzy chcieli jechać – nie byli brani pod uwagę. I wreszcie trafiło na Szumskiego, który gdy zaproponowano mu wyjazd, podobno wstał, ukłonił się i odparł: „O niczym innym nigdy nie marzyłem”. Można mu wierzyć. Szumski to absolwent SGPiS, zaczynał swą karierę od placówki w Paryżu. Potem był ambasadorem na Filipinach, w Tajlandii i w Indonezji. No i był dyrektorem Departamentu Azji, Afryki i Oceanii, zresztą dobrze ocenianym. To było jeszcze za Rosatiego, departament miesiącami nie miał dyrektora, funkcję p.o. sprawował Krzysztof Płomiński. No i w końcu z Bangkoku wrócił Szumski i prosto z lotniska przyjechał do ministerstwa, już jak pełny dyrektor. Teraz, gdy wrócił z Dżakarty, było gorzej, Departament Azji i Pacyfiku przypadł Stanisławowi Komorowskiemu. I cóż, ten Pekin spadł Szumskiemu jak gwiazdka z nieba, bo na dobrą sprawę przy Komorowskim i Pomianowskim nie miałby w MSZ-etowskiej centrali czego szukać. No i jest dobrą wiadomością dla przyszłego ministra – bo będzie miał w Chinach porządnego szefa placówki, i nie będzie musiał tam wysyłać jakiegoś człowieka z politycznego układu.
Wiadomością podobnego typu jest także nominacja Piotra Świtalskiego, obecnego podsekretarza stanu, na stanowisko szefa naszej placówki w Strasburgu. Chociaż, prawdę mówiąc, szkoda go na to miejsce, to dyplomata do wyższych zadań.

Wydanie: 31/2005

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy