Nowa Polska, Nowi Polacy, Nowa Historia

Nowa Polska, Nowi Polacy, Nowa Historia

Overview

Jeśli nie założymy koszulki z kotwicą Polski Walczącej, to coś z nami jest nie tak

Prof. Wojciech Burszta – kierownik Katedry Antropologii Kultury na Uniwersytecie SWPS, profesor w Instytucie Slawistyki PAN

Prawicowi politycy publicznie zapowiadają narodziny nowego człowieka. Dużą rolę w tym procesie odgrywa edukacja. Co pan myśli, widząc kolejne przejawy ofensywy ideologicznej w nauczaniu historii?
– Obserwujemy niepokojący proces oderwania historii od wiedzy na temat społeczeństwa. Oznacza to powrót do koncepcji polskości, narodu, patriotyzmu opartego na wartościach, które są uważane za szczególnie polskie, bo wynikają z naszego wyjątkowego losu. Historia Polski jest wyrwana z kontekstu historii europejskiej i światowej. Ma to ułatwić rozwój patriotyzmu wśród młodego pokolenia, którego tożsamość narodowa – zgodnie z diagnozą leżącą u podstaw tych działań – jest zagrożona obcymi wpływami, szczególnie odkąd znaleźliśmy się w strukturach Unii Europejskiej.

Jesteśmy świadkami przewrotu kopernikańskiego w nauczaniu historii?
– Nie do końca, to zmasowany powrót do trendu, który miał początek w 2005 r., podczas pierwszych rządów PiS, i był jakoś kontynuowany przez rządy PO-PSL. Z punktu widzenia obecnie rządzących prace w obszarze nauczania historii były jednak niewystarczające, choć edukacja historyczna miała silny akcent nacjonalistyczny. Nowa podstawa programowa pokazuje oczekiwania wiązane przez władzę z tym ważnym przedmiotem.

Jak wygląda nasza strategia obronna?
– Najważniejsze jest budowanie twardej wersji nacjonalistycznej tożsamości. Wpisuje się to w zapotrzebowanie polityczne na szeroką przebudowę świadomości historycznej Polaków. Widać brak krytycznej refleksji nad własnymi winami i przyzwolenie na niedomówienia. To celowe zapominanie szerszych zjawisk społecznych i niechcianych postaci. Eliminowanie polega na okrajaniu historii do wyobrażonego pnia. Efektem ma być spójna opowieść.

Z czego się składa ta historyczna opowieść?
– Została zbudowana na mitycznym wyobrażeniu polskości, poczynając od Mieszka i Chrobrego. Uczniowie nie mają pojęcia, że decyzja o przyjęciu chrześcijaństwa była tak naprawdę decyzją polityczną. Następuje przenoszenie dzisiejszych wyobrażeń o wspólnocie etnicznej i narodowej na wiek IX i X, co jest działaniem mitycznym. Ta opowieść całkowicie abstrahuje od ówczesnych kontekstów. Prowadzimy projekt badawczy „Wizje narodu w polskich podręcznikach do nauki historii”. Z tych badań wynika, że największą akceptację uczniów uzyskały trzy twierdzenia: naród polski w porównaniu z innymi europejskimi krajami wiele wycierpiał w przeszłości – z tym zgadza się 92% uczniów; religia katolicka była i jest ważnym elementem tożsamości Polaków – 87%; największymi historycznymi wrogami Polaków są Niemcy i Rosjanie – 86%. Naród rozumiany jako wspólnota powiązana krwią, religią i językiem pozwala kolejnym pokoleniom tworzyć ciąg narodowego dziedzictwa i budować na tym swoją odrębność.

Jak ten naród wygląda od środka? Kto go tworzy, kto dominuje?
– To patriarchalna wizja kultury narodowej, gdzie role są jasno rozpisane na tych, którzy aktywnie kształtowali historię, i tych, którzy byli bierni. Trudno znaleźć informacje o kobietach mających wpływ na sprawy polityczne i społeczne. Dominują dzielni heteroseksualni mężczyźni. Ich poczet rozpoczyna Mieszko, a dzisiaj kończy Lech Kaczyński. Niewiele informacji odnosi się do chłopów. Jesteśmy wspólnotą, która łączyła się w zrywach będących powodem do chwały, ale nie zastanawiamy się nad przyczynami niepowodzeń powstań narodowych. Nie dowiemy się także niczego na temat procesu nabywania świadomości narodowej na masową skalę. Czy wszyscy byli naprawdę przywiązani do Polski? Od kiedy można mówić o masowej świadomości narodowej?

To znaczy, że nie dowiadujemy się niczego o procesach społecznych?
– Otrzymujemy tylko mity o regenerującej się wspólnocie, ale ani słowa o tym, jak ona wewnętrznie funkcjonuje, jakie mechanizmy działają w społeczeństwie. Nie ma to nic wspólnego z refleksją na temat sposobu tworzenia się tkanki społecznej. W podręcznikach młodzi ludzie nie znajdą zachęty do zastanowienia się nad przebiegającymi w czasie skomplikowanymi procesami, które dotyczą wielu grup ludzi, różnych terytoriów, na których ta wyobrażona polskość się realizowała. Pomijane są kwestie społeczne i klasowe, perspektywa gospodarcza. Wybiera się węzłowe postacie i wydarzenia, które mają być znakami narodowej tożsamości i historii.

Według jakiego klucza się je wybiera?
– Te postacie są takimi figurami pamięci. Wszystkie charakteryzują się wyjątkowością, nie wiadomo jednak, na jakiej zasadzie pojawiły się w polityce i dlaczego np. Kościuszko ma o wiele bardziej marginalną rolę niż np. Jan Paweł II. Tak naprawdę teraz w szkole podstawowej dzieci będą uczęszczały na ćwiczenia z figur pamięci i mnemotechniki narodowej. Najważniejsze staną się kojarzenie narodowych bohaterów i idealny obraz narodu. Nacisk na nadzwyczajny charakter polskiej historii został doprowadzony do sytuacji krańcowej.

Co nam przysłania ta wyjątkowość?
– Z tej perspektywy jesteśmy samoodnawiającym się organizmem. Pozbawieni państwowości, prześladowani za religię i kulturę przechowaliśmy w cudowny sposób esencję, którą nazywamy polskością. Nie udało się autorom podręczników pokazać, jak z wizji Polski jagiellońskiej, z koncepcji narodu obywatelskiego, która była realizowana w praktyce, nagle staliśmy się monokulturowymi katolikami postrzegającymi siebie etnicznie, dla których najważniejsza jest wspólnota krwi i pochodzenia, taka polska rodzina rozszerzona.

„Prawdziwi Polacy” w monolitycznym państwie bez miejsca dla mniejszości?
– Rzeczywiście, w takiej wizji naszej przeszłości mało uwagi poświęca się mniejszościom narodowym. Znalazło się trochę miejsca dla Tatarów, ale ich potencjał historyczny jest niegroźny. Mniejszości narodowe w takiej etnicznej koncepcji stanowią zagrożenie dla jednolitego narodu. Jesteśmy o tyle zwartym społeczeństwem, o ile potrafimy reprezentować naszą własną autarkiczną kulturę. Nie ma tutaj miejsca dla innych konkurencyjnych wartości.

Jak ten obraz przeszłości może działać w obecnej sytuacji, szczególnie w kontekście uchodźców?
– Na pewno pomaga budować poczucie zagrożenia. Uchodźcy nie są już oswojonymi miejskimi mniejszościami etnicznymi, takimi jak Wietnamczycy, którzy na razie mają akceptację społeczną, ani sfolkloryzowanymi Tatarami. Na takim gruncie bardzo łatwo upowszechnić opowieść o uchodźcach, którzy gwałcą nasze kobiety. To się jakoś łączy z legendą o naszym losie, że ktoś gdzieś znów zagraża naszemu istnieniu. Koncepcja polskości jest silnie zakorzeniona terytorialnie, mimo że zmiany terytorialne u nas zachodziły, a przez sporą część historii nowożytnej byliśmy narodem uchodźczym.

Mamy wobec tego materiał do przemyśleń.
– Niestety, nie korzystamy z tych doświadczeń. Aż się prosi, żeby pokazać, skąd te kilkanaście milionów Polaków w świecie. Takie pytania jednak nie padają, a historie tych ludzi czekają na opowiedzenie. Wydaje mi się, że jest to traktowane jako wstydliwy fakt, o którym się mówi, ale brakuje chęci przepracowania tego tematu.

Jak z takim nauczaniem historii wyglądamy na tle innych krajów Europy? Czy tylko my nosimy taki sztywny narodowy gorset?
– W Europie w nauczaniu historii także zaszły wielkie zmiany. Pamiętajmy, że w latach 80. XX w. wydawało się, że nastąpi zmiana jakościowa. W Europie silna była wiara w przepracowanie pewnych zaszłości, zwłaszcza związanych z I i II wojną światową. Zdawało się, że to już się dokonuje. Dzisiaj jesteśmy świadkami powrotu do historii narodowych. W Europie Zachodniej ten proces zachodzi w szerszym kontekście. Zmiana akcentów przebiega dużo łagodniej, weźmy np. odpowiedź na to, co dzisiaj nazywa się kryzysem uchodźczym. Mamy do czynienia raczej z próbą konfrontacji historii narodowych z wielokulturowością, która jest faktem w Anglii, we Francji bądź w Hiszpanii. Młode pokolenie w Hiszpanii postrzega historię swojego kraju jako pewien fenomen, ale taki, który doprowadził do tego, że jest otwarta na świat. Dzięki historii te państwa próbują lepiej zrozumieć współczesność.

Polska na ich tle wydaje się samowystarczalnym państwem narodowym. Broniącym się przed przepływami idei i wiedzy.
– Nie zawsze tak było. Przypomnijmy sobie początek lat 90. i wspólne prace komisji polsko-litewskiej, polsko-niemieckiej czy polsko-rosyjskiej ds. trudnych. Przecież wiele wskazywało, że pod koniec lat 90. będzie wspólny podręcznik polsko-niemiecki do nauczania historii. Dzisiaj takim pomysłem narażamy się na społeczne wykluczenie. Nam najbardziej zależy na kwestiach tożsamościowych i patriotycznych. Podobnie to wygląda w Europie Wschodniej. Wszędzie jest odwrót od takiej, powiedziałbym, historii optymistycznej. Dlatego elementy niewygodne, które mogłyby zakłócać wyobrażoną tożsamość narodową, traktuje się jak czarne dziury. Obserwujemy tendencję do tego, co Michel-Rolph Trouillot nazwał „uciszaniem przeszłości”, mogącą doprowadzić do kulturowej i historycznej amnezji.

Jakie są nasze czarne dziury, czego nie chcemy widzieć?
– Jesteśmy świadkami uciszania przeszłości, dokonującego się w trzech aktach: wybierania faktów, budowania określonej narracji i wprowadzania tego do historii narodowej. Uciszane są historie, które nie mieszczą się w obecnym układzie politycznym. Można powiedzieć, że są postrzegane jako skandaliczne.

Kto i co wywołuje dzisiaj największy skandal historyczny?
– Takich skandali jest wiele. Młode pokolenie nie wie nic na temat PRL, skąd się wzięła ta epoka. Miliony ludzi żyło w czarnej dziurze? Cofnijmy się jeszcze trochę i weźmy pod lupę wojnę w 1920 r. Jedynym bohaterem jest Piłsudski, ale czy młodzi ludzie są świadomi, kto wtedy był premierem Polski i kto mobilizował chłopów do walki? Skandalem jest też przynależność Piłsudskiego do PPS. Nie ma miejsca dla żadnej wrażliwości lewicowej. Czy ktoś dzisiaj słyszał o Daszyńskim? Patriotyzm ma prawicowy charakter.

Do czego przygotowuje młodych takie przedstawianie przeszłości?
– Jestem jak najgorszej myśli. Żyjemy w czasach, kiedy myślenie linearne przestało być podstawą nauczania historii. Zalewa nas potok słów i obrazów. Dzisiaj wojna i walka to główne mechanizmy wzmożenia świadomości narodowej. Obserwujemy fascynację militariami, skupienie się na wybranych walkach i bitwach, zwłaszcza tych, które można zrekonstruować i wykorzystać w nauczaniu historii. Powstaje złudzenie, że możemy dotknąć historii. Ale jak odpowiedzialnie w obecności młodych ludzi odtworzyć rzeź wołyńską? Takie rekonstrukcje często funkcjonują w oderwaniu od realiów historycznych, jako autonomiczne znaki polskiej historii.

Do tego dochodzą symbole narodowe, wykorzystywane właściwie już przy każdej okazji.
– Polacy zaczynają się identyfikować ze swoim narodem dzięki tym zewnętrznym rzeczom. Jeśli nie założymy koszulki z kotwicą Polski Walczącej, to znaczy, że coś z nami jest nie tak. To ma być rzekomo oznaką patriotyzmu. Naród powinien się oflagowywać.

Istnieje niebezpieczeństwo zbanalizowania ważnych, ale przy tym tragicznych i naznaczonych tysiącami ofiar okresów w historii?
– Proszę zauważyć, że powstańcy warszawscy przestrzegają przed tworzeniem mitów, ale za chwilę już ich z nami nie będzie. Dla młodych wojna jest teraz zupełnie innym wyobrażeniem. Patriotyzm dzisiaj dla wielu jest tożsamy ze stanem euforycznym.

Brytyjski historyk Eric Hobsbawm w jednym z artykułów napisał, że „zła historia nigdy nie jest niewinna”. Czy dzisiaj te słowa są w Polsce jakoś aktualne?
– To, co nasze państwo proponuje młodym ludziom na lekcjach historii, jest złą wizją historii. To nie tylko historia zmitologizowana, ale przede wszystkim antagonizująca i stale powiększająca obszary uciszania. Wszystko zostało podporządkowane myśli o stworzeniu nowej Polski i nowych Polaków.

Jak w takim kontekście funkcjonuje pojęcie odpowiedzialności?
– To bardzo ciekawe pytanie. W tej koncepcji odpowiedzialność jest równoważna z patriotyzmem. Wszyscy patrioci są odpowiedzialni, z „żołnierzami wyklętymi” włącznie. Jeśli coś poszło nie tak, to zawsze można powiedzieć, że chcieli dobrze. Oni zasilają grupy tych najtragiczniejszych postaci, ale takich, które w ramach swojej racjonalności podjęły bardzo odpowiedzialną decyzję. Walczyli, mimo że nie było szans na powodzenie i było wiadomo, że pociągnie to za sobą ofiary, ale byli przecież jeszcze zdrajcy.

Nawet jeśli jeden z „żołnierzy wyklętych”, Romuald Rajs ps. „Bury”, ma na koncie czystki etniczne?
– W takiej sytuacji zostaje nam wzruszenie ramion. Usłyszymy, że co prawda zdarzyła się jakaś jedna tragedia, może dwie, ale skupmy się na tym, co piękne. Dzisiejszymi targowiczanami są komuniści. Zapotrzebowanie na zdrajców zaspokajają wyobrażeni komuniści. Figurę komunisty wykorzystuje się do oznaczania i etykietowania przeciwników w doraźnej walce politycznej. Im bliżej współczesności, tym worek jest większy. Mamy prosty podział: my i oni.

Kto jeszcze należy do zbioru oni?
– My to byt jednorodny, ów mityczny suweren. Natomiast kategoria oni jest zbiorem najrozmaitszych osób i środowisk: wrogów historycznych (Niemcy, Rosjanie), etnicznych (Żydzi, uchodźcy), politycznych (komuniści, lewacy), wszelkich grup mniejszościowych (środowiska LGBT, ekolodzy), europejskich (rozmaite agendy UE). Ten zbiór można dowolnie opróżniać albo uzupełniać, dorzucając np. kobiety, a przynajmniej ich część etykietowaną jako szalone feministki. My jednorodni stajemy naprzeciw konfederacji onych.

Od czego więc zacząć, by w inny sposób postrzegać historię?
– Przede wszystkim powinniśmy szukać odpowiedzi na pytanie, czym jest dla nas historia. A także po co nam ona. Na ile ma opowiadać o świecie, a na ile tylko o nas samych. Ważna jest też próba pokazania, w jakim sensie historia naucza współczesności, na ile jest przestrogą, na ile motywem działania, a na ile szkołą myślenia o ludzkiej różnorodności. Myślę, że dobrym kierunkiem jest demokratyzacja historii.

Wydanie: 43/2017

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 23 października, 2017, 19:39

    Miałem wielkie szczęście praktycznie całą swoją edukację odbyć w państwie, któremu dziś nie dość, że odmawia się polskości, to wręcz nazywa się je terytorium okupowanym. No cóż – każdemu narodowi życzyłbym takiej „okupacji”, która zaowocowała największym w jego historii postępem w praktycznie każdej dziedzinie życia. W państwie, które w 1945 roku było kompletną ruiną, zapóźnioną wobec tzw. Zachodu o 50-100 lat co najmniej, stworzono system edukacyjny, który na poziomie szkolnictwa średniego przywyższał szkoły „zachodnie”, zaś na poziomie uniwersyteckim nie odbiegał od średnich uczelni zachodnich. Opinię tę popieram doświadczeniem zawodowym inżyniera, wykonującego od kilkunastu lat swoją profesję na owym Zachodzie.
    Pod „sowiecką okupacją” uczęszczałem do szkół, dostępnych dla wszystkich grup i warstw społecznych. To były czasy, kiedy dziecko z robotniczej rodziny mogło dostać się do tzw. elitarnej szkoły, mając za kolegów dzieci lekarzy, prawników etc. i dzięki ciężkiej pracy, talentowi oraz wsparciu mądrych nauczycieli, mogło nadrobić to, czego nie zapewniło mu na starcie środowisko rodzinne.To były czasy, kiedy uczeń szkoły przyzakładowej mogł w toku kariery zawodowej uzyskać maturę, dyplom inżyniera i po latach zostać w tymże zakładzie dyrektorem. To są przykłady znane mi osobiście.
    Polska prawica, odwołująca się do tradycji I i II RP, serdecznie i z calego serca gardzi pojęciem awans społeczny i ludźmi, dla których stał się udziałem. Dlatego samo słowo „społeczny” zostało wyparte z języka i zastąpione przez „narodowy”. Ten drobny z pozoru niuans to ważny element strategii przywracania w Polsce feudalizmu – wystarczy do „narodu” zaliczyć górne 10 % populacji. W ten sposób model społeczny zostaje zdefiniowany i nie ma potrzeby tych kwestii dyskutować w szkole. Pozostałe 90% po prostu ma się zastosować i milczeć. Kryterium podziału będzie status majątkowy – postępująca degradacja edukacji już sprawia, że na dobre wykształcenie będą mogli sobie pozwolić tylko najbogatsi.
    Polska Ludowa, w warunkach systemu autorytarnego tworzyła, poprzez powszechny i egalitarny system edukacji, fundamenty społeczeństwa PRAWDZIWIE DEMOKRATYCZNEGO. Po tzw. transformacji ustrojowej jesteśmy świadkami budowania społeczeństwa FEUDALNEGO za fasadą demokracji. Demokracji, która coraz bardziej sprowadza się do przypadkowych wyborów między dżumą a cholerą.
    To które z tych państw zbliżało Polskę do modelu nowoczesnej demokracji, opartej na uszanowaniu wszystkich warstw społecznych, a które ją od tej demokracji oddala?
    Co na to ci wszyscy działacze „demokratycznej opozycji”, którzy w 1989 roku szumnie obiecywali budowę społeczeństwa obywatelskiego? Pozostaje im tylko zakłamywanie historii i przyprawianie PRL gęby krwawej dykatury, albo całkowite wymazanie niewygodnej prawdy z polskiej historii.
    Według prawicowo-kościelnego modelu, przyszły Polak nie ma być świadomym obywatelem. Ma być wytresowanym mudżahedinem i temu ma służyć nauczanie historii w wersji militarystyczno-masochistycznej.
    Taka inżyniera umysłów, zwana inaczej praniem mózgów, to nic innego, jak przygotowanie populacji do roli mięsa armatniego w przyszłej wojnie. Analogia z afgańskimi mudżahedinami chyba nie pozostawia wątpliwości, przeciwko komu i na czyje polecenie.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Kasper
      Kasper 24 października, 2017, 12:18

      Panie Radosławie. Smutne fakty są takie, że jeszcze na przełomie lat 40 – tych i 50 – tych Polska, po zniszczeniach wojennych i przesunięciach granic była na zbliżonym poziomie gospodarczym jak Hiszpania, Portugalia, Grecja (tzn. te kraje miały mniej więcej taką sama nędzę jak my). Na przełomie lat 80 – tych i 90 – tych okazało się, że żeby dogonić te kraje, jeśli wszystko pójdzie dobrze, będziemy potrzebowali około 25 lat. Najwyraźniej nie wszystko poszło dobrze bo jeszcze ich gonimy. Te zapóźnienia to jest właśnie efekt tego wspaniałego ustroju jaki nam tutaj zainstalowano w 1944 r. Postęp oczywiście dokonał się, nikt tego nie neguje ale gdybyśmy żyli w normalnym ustroju albo chociaż w takiej autokracji jaką była frankistowska Hiszpania, mógłby być większy.

      Odpowiedz na ten komentarz
      • Iwan
        Iwan 24 października, 2017, 17:33

        To zwyczajnie nie jest prawda. Wskaźniki gospodarcze dla Polski lat 60. wyglądają dużo lepiej niż dla Europy Południowej, a w latach 70. są porównywalnie przy dużo wyższym standardzie życia (sytuacji mieszkaniowej i dostępie do usług).
        W zasadzie to kryzys lat 80. – w dużej mierze sztucznie wywołany embargiem państw kapitalistycznych – odpowiadają za zacofanie ekonomiczne.
        Tyle że gros odpowiedzialności za niski standard życia Polek i Polaków odpowiadają politycy lat 90., Unia Wolności i Leszek Balcerowicz.

        Odpowiedz na ten komentarz
      • Radoslaw
        Radoslaw 24 października, 2017, 19:33

        Panie Szanowny – a co pan wie o tych wymienionych krajach tak konkretnie? Czy pan wie, że w Portugalii jeszcze w latach 80 były obszary niezelektryfikowane? Czy pan wie, że jeszcze wtedy był tam analfabetyzm na poziomie 30%? Czy pan wie, że portugalski emigrant to był prosty robotnik budowlany albo sprzątaczka, podczas gdy Polacy, którzy trafiali wtedy na Zachód budzili zdumienie swoimi wysokimi kwalifikacjami zawodowymi? Czy pan wie, że niemal jedynymi produktami eksportowymi Portugalii były płody rolne, podczas niemal 40% polskiego eksportu stanowiły wyroby przemysłowe? Czy zdaje sobie pan sprawę z tego, jak ogromne inwestycje trzeba było przeprowadzić w Polsce, żeby stworzyć gospodarkę przemysłową, jakie są koszty wykształcenia kilku milionów pracowników przemysłowych? Z drugiej strony – czy pan wie, że wymienione kraje Południa czerpały ogromne zyski z turystyki, ponieważ miały do tego nieporównanie lepsze geograficzne warunki, niż Polska?
        Polska utknęła w miejscu w latach 80 – i przypomnę tu 1.5 roku paraliżujących gospodarkę strajków, a potem 6 lat sankcji ekonomicznych. Wszystko to skutecznie uniemożliwiło jakiekolwiek reformy gospodarcze. Czy pan wie, że od wymuszonych strajkami podwyżek płac w latach 80/81 zaczęła się hiperinflacja, która niszczyła polską gospodarkę przez następne kilkanaście lat ? Ciekawe, jak długo obecna polska gospodarka, tak podobno kwitnąca, wytrzymałaby 7 lat takiej „terapii”, za to bez wsparcia z UE? Twierdzę, że rozsypałaby się po kilku miesiącach.
        Czy pan wie, że uwolnienia cen żywności, które w mgnieniu oka zakończyło kartkową fikcję, dokonał ostatni rząd PRL w 1989 roku? A wie pan dlaczego dopiero wtedy? A dlatego, że wcześniej tzw. demokratyczna opozycja wykorzystałaby to do wywołania krwawej rewolucji pod hasłem „komuniści chcą zagłodzić naród”. To kto się walnie przysłużył do marnej kondycji Polski na przełomie lat 80/90?
        No i jak tu wytłumaczyć, że mimo prawie 30 lat rzekomego rozkwitu kapitalizmu, największe firmy przemysłowe w Polsce to praktycznie WYŁĄCZNIE przedsiębiorstwa post-PRL-owskie: petrochemia, energetyka, KGHM, ciężka synteza chemiczna. Jak to możliwe, że ten ponoć niezwykle ekonomicznie skuteczny polski kapitalizm nie stworzył samodzielnie przez niemal 30 lat ŻADNEGO dużego przedsiębiorstwa? A wszystkie małe, które widziałem do dziś bazują na PRL-owskiej infrastrukturze, a czasem nawet maszynach (które podobno już w 1989 roku były przestarzałe).
        Wracając do 1945 roku – proszę mi pokazać kraj, który wydobył się ze straszliwych zniszczeń tylko dzięki magii wolnego rynku i demokracji. Ja pana odsyłam do powojennej historii Korei Południowej. Ten kraj stał się potęgą przemysłową dzięki masowemu interwencjonizmowi państwa i przez jakieś 30 lat przeszedł różne formy autorytaryzmu, z wojskową dykaturą włącznie. W ciągu ostatnich 30 lat tą samą drogą do światowej potęgi gospodarczej doszły Chiny.
        Nie wiem co pan nazywa „normalnym systemem”. Rozpowszechnianie w Polsce opowieści o wolnym rynku dobrym na wszystko i wszędzie to czysty absurd. W zabiedzonych Niemczech po I w.św. wolny rynek skończył się gigantyczną inflacją, bezrobociem, powstaniem przestępczych fortun – i wyniesieniem do władzy Hitlera jako męża opatrznościowego, z wiadomymi tego skutkami. No to ja twierdzę, że Polska Ludowa, przy różnych swoich niedomaganiach, była jednak zdecydowanie lepszą alternatywą.

        Odpowiedz na ten komentarz
  2. jacek Nadzin
    jacek Nadzin 25 października, 2017, 05:13

    Falszowanie historii i indokrynacja mlodego pokolenia Polakow to zbrodnia, ktora bedzie nas wiele kosztowac a jej skutki to calkowite oglupienie pokolen!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy