Nowe przyjdzie jesienią

Nowe przyjdzie jesienią

Sejm i Belka do października, czyli początek kampanii wyborczej

Niespodzianki nie było. 5 maja Sejm nie skrócił swojej kadencji. 6 maja prezydent Kwaśniewski nie przyjął dymisji rządu. Premier Belka będzie więc kierował pracami rządu do jesieni. Wybory będziemy mieli najwcześniej 25 września, najpóźniej 16 października. Bardzo prawdopodobne, że razem z wyborami prezydenckimi i referendum w sprawie konstytucji europejskiej. Kalendarz polityczny jest więc jasny – mamy kampanię wyborczą, jeszcze nieotwartą, ale taką pełzającą, która latem trochę przycichnie, by na dobre rozgorzeć we wrześniu. A ma być gorąco. „Do tej pory były pieszczoty. Najbliższe miesiące pokażą, co to jest batalia. Nikt z nas nie doświadczył jeszcze takiego boju”, zapowiedział dwa tygodnie temu Donald Tusk. I była to jedna z najłagodniejszych zapowiedzi, wśród tych, które padły w ostatnim czasie.

Strachy na lewicy

5 maja niespodzianki nie mogło być przede wszystkim dlatego, że tak naprawdę żadnej sile politycznej czerwcowe wybory nie były na rękę. Po prostu – nikt nie jest jeszcze do nich przygotowany. Od lewicy po prawicę.
Najlepiej widać to na lewicy, która tkwi głęboko w kryzysie i końca tego kryzysu nie widać. „Mamy do czynienia z dekompozycją sceny politycznej, szczególnie jej centrolewicowej części”, mówił w piątek prezydent Kwaśniewski.
SLD przeżywa kłopoty przywództwa, najbardziej widoczne przejawy aktywności tego ugrupowania to ostatnie wystąpienia Józefa Oleksego dotyczące jego lustracji. Partia zajmuje się już nie tyle sobą, ile własnym przewodniczącym. I spekulacjami, kiedy zostanie zmieniony.
Klincz pogłębiła też decyzja Marka Borowskiego, że będzie startował w wyborach prezydenckich. Wcześniej wydawało się, że liderem lewicy i centrolewicy w tych wyborach będzie Włodzimierz Cimoszewicz. Dziś ten scenariusz jest mniej pewny, bo marszałek Sejmu ma wątpliwości, czy godzi się, by startował przeciwko Markowi Borowskiemu, dzieląc lewicę.
Do tego dorzućmy sondaże – w większości z nich obie partie lewicy balansują na granicy 5%. Interes polityczny partii lewicowych jest więc oczywisty. SLD potrzebuje czasu nie tyle nawet, by odzyskać zaufanie wyborców, ale by się po prostu pozbierać. Czasu potrzebuje też SdPl, partia bez pieniędzy, budująca struktury. Poza tym, gdyby wybory parlamentarne i prezydenckie odbywały się w tym samym terminie, SdPl mogłaby skorzystać na popularności lidera. Borowski mógłby być jej lokomotywą, jego popularność mogłaby przełożyć się na kilka dodatkowych procent dla partii. I w interesie SLD, i w interesie SdPl, a także Unii Pracy leżało więc przeprowadzenie wyborów jesienią.
A ponieważ wszyscy o tym wiedzieli, każde z ugrupowań opozycji mogło bez ryzyka manifestować swoją wolę skrócenia kadencji Sejmu. Podobnie zresztą jak tworząca się na bazie UW Partia Demokratyczna.

Wymowne milczenie

Nikt nie ma wątpliwości, że PSL i Samoobrona wolą wybory jesienią. Dziś PSL balansuje na granicy progu wyborczego. I nie sprawia wrażenia ugrupowania, które po roszadach na stanowisku przewodniczącego czułoby się mocno. Stronnictwa nie widać, co przyznają nawet jego liderzy. Do tego wciąż nie może się zdecydować, czy wejście do Unii Europejskiej pomogło polskim rolnikom, czy zaszkodziło. Trudno więc oddawać głos na partię, która ma jasne zdanie tylko w sprawie posad. Podobna sytuacja jest w Samoobronie – partia Leppera, po masowych dezercjach w latach ubiegłych, jest w organizacyjnym rozgardiaszu. Sondaże ma takie sobie, lokomotywę wyborczą tylko jedną – Andrzeja Leppera.
Ale najbardziej z jesiennego terminu wyborów zdawali się być radzi posłowie PiS. Prawo i Sprawiedliwość właśnie dogoniło w sondażach Platformę, jest na fali, ma też mocnego kandydata na prezydenta, który na pewno przysporzy tej partii kilka dodatkowych mandatów. Wariant, że jesienią będziemy mieli prezydenta Kaczyńskiego i premiera Kaczyńskiego, jest całkiem realny. PiS atakowało więc w debacie rządy SLD, ale więcej było w tym teatru niż rzeczywistej woli przeprowadzenia wyborów w czerwcu.
Podobnie sprawę ocenia Liga Polskich Rodzin – co prawda jej prezydencki kandydat Maciej Giertych punktów jej nie przysporzy, ale – jeżeli spojrzymy na sondaże – poparcie dla Ligi systematycznie rośnie. I jeżeli będziemy mieli brutalną kampanię wyborczą, może jeszcze wzrosnąć. Na to zresztą liczą liderzy LPR.
Inaczej przedstawia się sprawa z Platformą Obywatelską. PO ma zadyszkę, dała się dogonić PiS, a jej kandydat na prezydenta, Donald Tusk, nie sprawia wrażenia osoby, która mogłaby przynieść swej partii dodatkowe punkty. Dla Platformy wcześniejsze wybory byłyby lepsze, więc jej głosowanie za skróceniem kadencji Sejmu uznajmy za szczere.
Dla Platformy zabójcza może być również kampania wyborcza, podczas której może się stać obiektem zmasowanych ataków. Już teraz to widać – ton kampanii nadawać będzie LPR, a partia ta idzie do wyborów z czytelnym przesłaniem. „Pan Wałęsa, Kaczyńscy, Michnik, Geremek, Mazowiecki. Przez nich majątki ma tylko nomenklatura. Obalenie tego haniebnego układu, to warunek wolności”, wołał 30 kwietnia, podczas nadzwyczajnego kongresu LPR, Roman Giertych, zapowiadając budowę IV Rzeczypospolitej. „Lech Kaczyński zajmował najwyższe stanowiska – to z kolei słowa Zygmunta Wrzodaka. – A wtedy były afery: FOZZ, Telegraf. Gdy był ministrem sprawiedliwości, nic nie robił, tylko krzyczał. Chcemy tworzyć IV RP, ale nie z tymi, którzy budowali III: agentami, komunistami, współpracownikami SB, z tymi, co rozkradali Polskę. Czy to się nazywa PiS, czy PO, czy komuna”.
LPR zamierza więc zaatakować cały „układ okrągłostołowy”, co w trudnej sytuacji stawia jej prawicowych rywali, PO i PiS. I Rokita, i Tusk, i Kaczyńscy, to politycy ważni w ostatnim 15-leciu, piastowali ważne stanowiska w rządzie i Senacie, atak na III RP jest więc atakiem na nich. Zresztą Giertych nie zamierza hamować, ostatnio np. zaczął się domagać, by Lech Kaczyński ujawnił swoją teczkę z IPN. Oczywiście, sugerując, że mogą być w niej różne rzeczy. Z drugiej strony, prezydenta Warszawy atakuje Platforma, która w Radzie Warszawy urządziła wielkie show podczas debaty nad jego absolutorium, transmitowane na żywo przez telewizję TVN 24.
Kaczyńscy nie pozostają dłużni. Atakują Macieja Giertycha za to, że zasiadał w Radzie Konsultacyjnej przy gen. Jaruzelskim. A Platformie wypominają brak społecznej wrażliwości. No i atakują Kwaśniewskiego, chcąc w „patriotyzmie” przelicytować rywali.

Jaka będzie kampania?

Prognozując rok 2005 Jadwiga Staniszkis przepowiadała, że będzie to rok teczek. Trafiła, chwilę później mieliśmy aferę z listą Wildsteina. Potem awanturę związaną z wyjazdem prezydenta Kwaśniewskiego na uroczystości 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej, a następnie aferę związaną z ujawnianiem rzekomych agentów SB uplasowanych wokół Karola Wojtyły. To trop, który podpowiada, jak będzie się toczyć kampania wyborcza.
Nikt nie będzie wchodził podczas debat w szczegóły ekonomiczne, nikt nie będzie prezentował programów na przyszłość. To będą marginalia. Na czoło wysuną się sprawy bilansu III RP, Okrągłego Stołu, teczek, agentów. Finezji tu nie będzie, będzie siekierka. Może zostanie to wszystko wzbogacone przez jakieś rewelację płynące z komisji śledczych, choć patrząc na ich urobek, można mieć co do tego wątpliwości. W każdym razie, najbliższe miesiące zdominują ulubione tematy polityków prawicy. A będzie im tym łatwiej, że ani w centrum, ani na lewicy nie widać sił i chętnych, i zdolnych do przeciwstawiania się coraz większym nonsensom, które przy tej okazji są powtarzane.
A jak w tym rozgardiaszu będą działać prezydent i premier? Ich zapowiedzi są dosyć jasne. Prezydent oświadczył, że będzie wetował wszystkie ustawy pachnące kiełbasą wyborczą, premier, że będzie rządził do końca i podejmował decyzje. Np. takie jak prywatyzacja 49% akcji Grupy Lotos.
Zapowiada się więc ciekawe lato – podczas którego jedni zamierzają zburzyć III RP, by na jej miejsce pobudować IV. A drudzy – robić swoje.

 

Wydanie: 19/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy