O prawie do dobrej śmierci

O prawie do dobrej śmierci

Słowo eutanazja (od gr. euthanasia) oznacza dobrą śmierć. O taką śmierć poprosił ostatnio nieuleczalnie chory człowiek. Od 14 lat – jak sam twierdzi – ma jedynie myślącą głowę. Reszta jest całkowicie sparaliżowana. W Polsce, a także w wielu innych krajach, nie ma regulacji prawnych umożliwiających spełnienie tej prośby. Trudno w tej sytuacji namawiać kogokolwiek do łamania prawa. Można jednak mieć wątpliwości na temat uzasadniania odmowy ulżenia cierpieniom. Zwłaszcza gdy robią to przedstawiciele najwyższych władz.
Minister zdrowia w komentarzu telewizyjnym stwierdził, że w sytuacji gdy osiągnięcia medycyny pozwalają na uwolnienie pacjenta od cierpień, nie może być mowy o eutanazji. Czy jest możliwe, aby profesor medycyny nie wiedział, że nawet wtedy, kiedy nie tylko nic nie boli, ale nawet nie swędzi, przebywanie przez prawie połowę życia (człowiek ów ma 32 lata) w całkowitym bezwładzie może być niewyobrażalnym cierpieniem, wobec którego medycyna jest wciąż bezradna? Minister sprawiedliwości w tym samym programie oświadczył, że jako praktykujący katolik nie wyobraża sobie w takim przypadku zgody na eutanazję. Czyżby nie wiedział, że wyznawany światopogląd jest prywatną sprawą, która nie powinna wpływać na podejmowane decyzje podczas pełnienia funkcji publicznych z mandatu społecznego?
Prawdę mówiąc, nie wierzę w deficyt inteligencji tych ludzi. Bardziej prawdopodobne wydaje się, że – jak we wszystkim – kierują się oni głównie racjami politycznymi. W takiej sytuacji obowiązkiem społecznym jest demaskowanie tego rodzaju postaw przez nazywanie rzeczy po imieniu.
Jeżeli człowiekowi w pełni sił znudziło się życie albo doznał zawodu miłosnego, to może skoczyć w przepaść, rzucić się pod pociąg, otruć lub powiesić i nikt nie może mu tego zakazać, a także – w przypadku nieudanej próby samobójstwa – ukarać. Skoro tak, to wolno zapytać, dlaczego ofierze nieszczęśliwego wypadku, która na skutek braku możliwości samounicestwienia musi potwornie cierpieć, nie wolno w tym pomóc, a nawet zaniechać sztucznego przedłużania jej życia. Odpowiedzi dostarczył w wywiadzie prasowym ksiądz, który oświadczył, że skoro sam chory nie jest w stanie przerwać swojego życia, to jak można wymagać od kogoś innego, żeby wziął na siebie ten czyn. Innymi słowy, troska o zbawienie wieczne lub lęk przed karą doczesną mogą być wystarczającym powodem, aby nie ulżyć cierpieniu bliźniego. Może i tak. Ale w takim przypadku trzeba się zgodzić, że o losie tego człowieka decydują wyłącznie odrętwiałe i pozbawione świadomości, lub – jak kto woli – duszy, włókna mięśniowe. I to w tym wszystkim jest najbardziej bolesne, a zarazem żałosne.

Autor jest profesorem zwyczajnym, kierownikiem Katedry Teorii i Metodyki Wychowania Fizycznego AWF w Krakowie, członkiem Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego i Komitetu Rehabilitacji, Adaptacji Społecznej i Kultury Fizycznej PAN

Wydanie: 10/2007

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy