O wolności pracy

O wolności pracy

BEZ UPRZEDZEŃ 

Pop swoje, czart swoje – mówi polsko-ruskie porzekadło. Przypomina się ono, gdy słyszymy odpowiedzi rządu na powszechną krytykę zbytecznych, niedorzecznych lub w wykonaniu spartaczonych reform. Człowiek rządowy, poseł z konserwatywnego stronnictwa, Wojciech Arkuszewski, odpowiada na tę powszechną krytykę: “Rząd Buzka realizował przecież niezwykle ambitny program reform. Program przerastający nawet początkowe plany… Popełniono sporo błędów, ale fakt pozostaje faktem – ekipa Buzka wyśle do końca kadencji Sejmu więcej ustaw niż poprzednich siedem rządów” (cytuję za “Gazetą Wyborczą”). Okazuje się, że konserwatysta może chwalić nadczynność reorganizatorską władzy i domagać się uznania dla rządu, który narobił więcej zamieszania niż siedem poprzednich rządów razem wziętych. Gdyby nie weto prezydenckie reformatorski zapał solidarnościowego rządu uczyniłby z Polski państwo-dziwoląg (“powszechne uwłaszczenie”, reprywatyzacja). Dla posła Arkuszewskiego ten zapał jest tak cenny, że dla jego podtrzymania trzeba było przyjąć do AWS i tolerować – jego słowa – “ludzi niekompetentnych i skorumpowanych”. Teraz Arkuszewski chciałby się tych ludzi pozbyć, ale chwali nadal “przymykanie oczu” na korupcję, ponieważ dzięki temu udało się “uniknąć wewnętrznych podziałów”. “Ta polityka przymykania oka okazała się zaskakująco skuteczna” – dodaje. Przynajmniej hipokryzji nie można mu zarzucić.
Pewien filozof polityki stawiał sobie pytanie: czy państwo jest siłą konserwatywną, czy rewolucyjną? Niełatwo na nie odpowiedzieć. Kiedyś było siłą konserwatywną. Jeden z największych polityków angielskich czasów nowożytnych, William Pitt Starszy, podczas swego ośmioletniego premierowania nie wprowadził ani jednej nowej ustawy. Dziś w ten sposób już rządzić nie można, władza państwowa musi ciągle coś zmieniać, regulować, inicjować itp. I jeśli nawet nie w każdym kraju staje się czynnikiem rewolucyjnym, wszędzie coś nieustannie reformuje. To jest może nieuniknione, może nie ma na to rady, ale poseł stronnictwa konserwatywnego mógłby przynajmniej tego nie chwalić.
Każda nowa ustawa pobudza do działania biurokrację. Postawione przed biurokracją, nowe zadania owocują najpierw przyrostem posad, etatów. Cóż z tego, że Balcerowicz chciał ukrócić biurokrację. Biorąc czynny udział w reformatorstwie, przyczynił się do jej rozbudowy i wzrostu.
W Polsce, podobnie zresztą jak w całej Europie Wschodniej, ugrupowania polityczne najczęściej nie występują pod właściwymi nazwami. Mamy konserwatystów opowiadających się za państwem rewolucyjnym. Mamy liberałów… Tu trzeba paru zdań wyjaśnienia. W liberalizmie najbardziej dobroczynna była idea “liberté de travail”, czyli wolność pracy. Jeśli ktoś chce zrobić coś użytecznego dla ludzi, jeżeli jedni ludzie są gotowi za to zapłacić, a drugim to realnie nie przeszkadza, to rząd nie ma prawa tego zakazywać, ani krępować swoimi ustawami. A jak stawiają zagadnienie nasi liberałowie? Pomińmy tych, co siedzą na urzędach i mają skrępowane ruchy. Posłuchajmy naszych liberałów, których nic z zewnątrz nie ogranicza i mogą głosić, co myślą. Oto istnieje zapotrzebowanie na żelatynę (wysoka cena na to wskazuje) i oto mamy geniusza żelatyny, który mógłby jej naprodukować, ile dusza zapragnie w kraju i za granicą. Czy liberalne gazety wołają w tej sytuacji: “Wolność dla producenta żelatyny!”? Nie, liberalne gazety podnoszą krzyk, że potencjalny producent żelatyny już na etapie przygotowań pogwałcił kilkadziesiąt, a może kilkaset przepisów. To samo widzieliśmy z okazji jakiegoś kabla: ktoś coś zrobił prawie z niczego, a liberalni liberałowie, zamiast cieszyć się, że w tym nędznym kraju przybyło odrobinę jakiegoś realnego dobra, domagali się od rządu wyjaśnienia, czy stało się to zgodnie z przepisami. Polskiego liberała poznacie po tym, że będzie żądał od ludzi, aby byli konkurencyjnymi przedsiębiorcami, a jeśli takimi oni się nie okażą, to im powie, że komuna wyuczyła ich wtórnej bezradności. Leseferystą, czyli obrońcą wolności pracy on nie jest.
Liberałowie występują z projektami zmniejszenia podatków. Słuszna idea, tylko nie wiadomo, czy rzeczywiście o to im chodzi, skoro jednocześnie popierają reprywatyzację, która ma państwo kosztować 44 miliardy zł, w wersji poselskiej, plus 15 procent tej sumy w wersji senackiej. Czy realizacja czegoś tak obłędnego stwarza warunki dla obniżenia podatków? Jest oczywistością, że po dokonaniu takiej reprywatyzacji podatki będą musiały zostać znacznie powiększone. Jeśli temu następstwu chcą zapobiec, to niech powiedzą z góry, że dążą do zmniejszenia zobowiązań państwa wobec oświaty, służby zdrowia, komunikacji publicznej, bezpieczeństwa itp. O biednych potrzebujących pomocy mogę nie mówić, bo już wiemy, że ci powinni wyzwolić się z wyuczonej bezradności.

Wydanie: 8/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy