Obsesja notowania

Obsesja notowania

NAJPIĘKNIEJSZE OPOWIADANIA napisał w prostych zeszytach. Najczęściej ręcznie. Pytany przez dziennikarzy, po co mu rękopisy i dlaczego nie pisze od razu na maszynie, zdradzał, że utwór pisany ręcznie i ten sam pisany na maszynie to dwa różne dzieła. Uważał, że jego myśli inaczej biegną, gdy trzyma w ręce pióro, inaczej, gdy pracuje, palcami wciskając klawisze maszyny. Był przywiązany do staromodnej teorii, zgodnie z którą maszyna zabija natchnienie, i uważał, że najlepsze wiersze i opowiadania nie powstałyby, gdyby nie pisał ich piórem.

Jednocześnie nie dzielił swojej twórczości na lepszą i gorszą. I nie uważał pisarstwa za powołanie. Nie tworzył nastroju specjalnego skupienia, zanim zabrał się do pracy. Wiersze do tomu „Muzyka wieczorem”, tworzonego w ostatnich latach życia, pisał przy okazji, w brulionie z logo VI Zjazdu PZPR, wykorzystując do pracy także tekturowe okładki i koperty oficjalnych druków. „Kochanków z Marony”, opowiadanie, które nosił w głowie przez wiele miesięcy, spisał niemal na czysto, bez większych poprawek, latem 1960 r. w dwóch stukartkowych brulionach szkolnych w szarej tekturowej okładce. Zeszyty w linie, w których najlepiej mu się pisało, kupował dla niego prawdopodobnie Szymon Piotrowski w pierwszym lepszym kiosku. (…)

DOMOWNICY PRZYZWYCZAILI SIĘ, że wszędzie zostawiał im krótkie liściki, którymi przypominał o ważnych terminach, wizytach i spotkaniach. Pisał je do żony, dzieci, służących i sekretarza. „Kochana – do Kanadyjczyków nie idziemy [„nie idziemy” podkreślone – A.K.]. Możesz się nie spieszyć. Jarosław”. „Kup mi coś na drogę [dopisane w poprzek na marginesie – A.K.]” – brzmiała wiadomość adresowana do Hani, nabazgrana pospiesznie niebieskim długopisem na odwrocie starej karty wizytowej. Karteczki zostawiał w drzwiach, przy łóżkach, na kuchennym stole. Liściki posyłał przez sekretarza lub dyktował w depeszach. Wiesław Kępiński do dziś trzyma w domu kolekcję wiadomości, które dostawał od Iwaszkiewicza, gdy mieszkał na Stawisku. Często pisywali do siebie nawet z pokoju do pokoju. Czasem było to jedno słowo: „Dobranoc!”, czasem nawiązanie do jakiejś ważnej sprawy, o której przypomnieli sobie w ostatniej chwili, lub nieskończonej rozmowy. System karteczkowy pozwalał być w bliskim kontakcie. Wystarczyło wcisnąć taki kartonik w drzwi sypialni lub postawić przy łóżku.

SAM OPISYWAŁ ZDJĘCIA, słusznie podejrzewając, że po jego śmierci nikt nie będzie w stanie rozpoznać uwiecznionych na nich osób. W końcu lat 70. wiele wieczorów spędził nad rodzinnymi albumami: porządkował stare fotografie, dopisywał mniej znane nazwiska, a także ozdabiał wybrane zdjęcia doklejonymi kwiatami, suszonymi trawami czy dorysowaną ramką. Z zadowoleniem wielokrotnie oglądał albumy, które zaczynały przypominać niezwykłe fotograficzne kolaże.

Po śmierci Iwaszkiewicza pracownicy Muzeum Literatury rozpoczęli w domu kwerendę, której celem było uporządkowanie i zabezpieczenie pozostawionych przez pisarza rękopisów i dokumentów. W pierwszej kolejności zajęto się wszystkim, co dotyczyło twórczości literackiej. Większość spuścizny trafiła do osobnych, starannie opisanych teczek z numerami katalogowymi, trzymanych w dobrze strzeżonym archiwum mieszczącym się na strychu. Zgodnie z informacjami z książki inwentarzowej w archiwum znajduje się łącznie 1067 teczek. Prawie 900 dotyczy Jarosława Iwaszkiewicza, pozostałe dokumentują twórczość i życie pozostałych członków rodziny. W tej pierwszej części jest 50 z rękopisami utworów prozatorskich, ponad 50 z oryginałami wierszy, kilkanaście, w których umieszczono dokumenty poselskie, przemówienia polityczne, referaty i korekty własnych tekstów, nad którymi pracował. 350 teczek zajmują listy oraz dzienniki. Jedną czwartą całego archiwum stanowią materiały, które najtrudniej uporządkować: drobne notatki, kartki, zapiski, liściki, listy sprawunków.

NIEPORZĄDEK W NIEKTÓRYCH TECZKACH zdradza, że z nie wszystkimi dokumentami poradzono sobie podczas inwentaryzacji tak samo łatwo. Żadnych wątpliwości nie budziły bruliony z rękopisami „Tataraku” czy „Brzeziny”, trafiły one do teczek podpisanych tytułem i datą powstania utworu. Większy opór stawiały dokumenty podróży, potwierdzenia odbioru dewiz, legitymacje członkowskie, listy gości zapraszanych na niedzielne obiady, listy zakupów, pojedyncze karteluszki z nieaktualnymi numerami telefonów, kalendarze i skorowidze. Cały ten dobytek, zbierany przez kilkadziesiąt lat, podzielono na nieprecyzyjne kategorie: „Podróże”, „Dokumenty poselskie”, „Rachunki domowników”, „Dokumentacja medyczna”. Wszystko, co wymykało się nawet takiej kategoryzacji, trafiło do kilkunastu teczek zatytułowanych: „Varia”, „Sprawy do załatwienia” lub tylko „Zapiski osobiste różne”. Te ciekawiły mnie najbardziej. Do nich włączono plany dnia, listy sprawunków, spis lektur z roku 1920, stary dowód osobisty czy rachunek potwierdzający zakup dywanu.

Te niepozorne karteczki, kartoniki i nieczytelne bazgroły mają w sobie najwięcej życia i najbardziej intrygują. Obiecują najciekawsze historie i zdradzają sekrety. (…)

Strony: 1 2 3

Wydanie: 1/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy