Obsesja samodoskonalenia

Obsesja samodoskonalenia

Okres noworocznych postanowień to czas wzmożonej aktywności speców od rozwoju osobistego

Jeden przekonuje: „Nie wierz tym, którzy wmawiają ci, że czegoś nie możesz mieć, że coś jest niemożliwe. Osiągniesz gigantyczne rezultaty. Do zobaczenia na szczycie!”. Drugi jest bardziej dosadny. „Co jest z tobą nie tak? Kto ci ukradł marzenia – pyta, stojąc na tle schematu obrazującego realizację celów i osiąganie sukcesu. – Bez samorozwoju jesteś w d… Obudź się i zacznij żyć!”. „Nie oddawaj odpowiedzialności za swoje życie w czyjeś ręce!!!”, apeluje na swojej stronie inny trener motywacyjny, doradzający, jak znaleźć wymarzonego partnera w 14 krokach. „Nie daj sobie wmówić, że coś nie zależy od ciebie. Podejmij wyzwanie!”.

Ich filmiki na YouTubie mają od kilku do kilkudziesięciu tysięcy wyświetleń. Przedmiot motywacji może być dowolny: odchudzanie, kariera, rozkręcanie biznesu, znalezienie partnera, związek, uczenie się języków obcych, a nawet walka z rakiem czy niepłodnością. Ci popularniejsi wydają się znać na wszystkim, odpowiadają na pytania i o to, jak rzucić palenie, i o to, jak zarabiać więcej pieniędzy.

Jeśli wierzyć internetowi, właśnie na początku roku trenerzy motywacyjni i spece od rozwoju osobistego najwięcej zarabiają na noworocznych postanowieniach rodaków.

Zawód coach

– Nie ma danych o tym, ilu trenerów osobistych działa na polskim rynku – twierdzi psycholog i medioznawca dr Grzegorz Ptaszek z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. – Nieoficjalne dane z 2014 r. mówiły o ok. 5 tys. Teraz może ich być dwa razy tyle.

Inną sprawą jest to, jak właściwie zdefiniować tę profesję, w Polsce coraz popularniejszą. Teoretycznie coachem, trenerem rozwoju osobistego, jest osoba, która ukończyła trwający od kilku miesięcy do roku kurs coachingu. Jednak ustawy o tym zawodzie nie ma – nie ma zatem wymogów prawnych, które należy spełniać, chcąc go uprawiać. Do tego należy doliczyć podających się za trenerów osobistych internetowych doradców z YouTube’a i blogów.

„Coaching to nie tylko profesja. To styl myślenia, filozofia bycia” – tak określają swój zawód sami trenerzy, którzy na stronie HPR Group (hprgroup.pl) polecają przewodnik objaśniający, jak zostać jednym z nich.

„Rynek coachingu rozwija się dynamicznie i powstaje coraz więcej specjalizacji – pisze inny przedstawiciel tego zawodu. – Warto pomyśleć o wyborze węższej działki – możesz zostać coachem sportowym, coachem zdrowia lub coachem relacji. (…) Aby uzyskać potrzebne Ci kwalifikacje, dyplomy, certyfikaty, możesz udać się do jednej z organizacji działających na polskim rynku lub do szkoły podyplomowej”.

Ceny kursu na coacha wahają się od 3 do 18 tys. zł rocznie. Te koszty jednak nie dziwią, jeśli wziąć pod uwagę rosnące zapotrzebowanie na usługi trenerów personalnych, a także ich zarobki. Większość reklamujących się w sieci coachów nie podaje ceny konsultacji, tłumacząc to „indywidualnym wyliczeniem”. Według strony Wynagrodzenia.pl mediana zarobków, obliczona na podstawie 14-osobowej próby, wynosi 5,3 tys. zł brutto.

Zdaniem dr. Grzegorza Ptaszka rosnąca popularność usług służących samodoskonaleniu jest związana z rozwojem kapitalizmu. – Kiedyś to religia służyła celom związanym z uduchowieniem i rozwojem człowieka. Pod koniec XX w. te funkcje przejęła terapia, nastawiona na rozwój i poszerzanie własnych granic. Wreszcie, w miarę rozwoju kapitalizmu i indywidualizmu, pojawiły się ruchy nastawione na zarządzanie sobą i samokontrolę: rozwój osobisty, trening personalny i poradnictwo – wyjaśnia badacz.

Podejście kapitalistyczne, czy wręcz korporacyjne, wybrzmiewa w używanym przez trenerów osobistych żargonie. „Zorientuj się na cele”, „wszystko zależy tylko od ciebie”, „podejmij wyzwanie” – to najczęściej powtarzane przez nich slogany. Inne słowa klucze? Sukces, wyniki, efektywność, pozytywne myślenie, potencjał, zarządzanie i projekt. W słowniku coachów internetowych ewentualne ograniczenia i problemy – będące zresztą jedynie „projekcją negatywnego myślenia” – to „wyzwania”. Natomiast ci, którzy sceptycznie podchodzą do takiej wizji świata, to „narzekacze”. Wyznacznikiem sensowności jest tu produktywność – czas wykorzystany bez wymiernych efektów to czas stracony.

Życie jako projekt

W tym kontekście nie dziwi, że właśnie okres sylwestrowo-noworoczny jest, obok wakacji, czasem największej obfitości ofert wszelkiego rodzaju warsztatów i kursów rozwoju osobistego. „Warsztat wolności emocjonalnej”, „Odkryj swój potencjał”, „Jak znaleźć swój życiowy program”, „Znajdź partnerkę w 2019 roku” czy „Warsztat sylwestrowo-rozwojowy” to tylko niektóre przykłady.

„Warsztaty »Przyciągnij Miłość« to jedyna prosta, kompletna i skuteczna metoda budowania relacji międzyludzkich – czytamy w opisie jednego z kursów. – Ma ona autentyczny wpływ na rozwój relacji, związków, obszarów zawodowych i biznesowych oraz rozwoju osobistego”.

„W trakcie warsztatu nauczysz się podstaw metody IFS w kontekście autoterapii i pracy nad sobą (…). Nie tylko poznasz koncepcję subosobowości i zrozumiesz sposób działania IFS, ale przede wszystkim zajrzysz w swój własny świat wewnętrzny i nawiążesz kontakt z najważniejszymi częściami siebie”, reklamuje swoje usługi inny coach. O co w tym potoku słów chodzi, można będzie ewentualnie zrozumieć po dwudniowych warsztatach wycenianych na 687 zł od osoby.

Zachęcające do zmiany anonse świetnie współgrają z postanowieniami noworocznymi. Choć na pierwszym miejscu wśród stawianych sobie pod koniec grudnia celów są utrata wagi i uprawianie sportu, nie brakuje deklaracji mniej oczywistych. „1. Znaleźć pracę za chociaż te 1500 zł/mies. 2. Znaleźć chłopaka. 3. Nauczyć się gotować. 4. Myśleć pozytywnie”, wylicza użytkowniczka forum Kafeteria.pl. „Ja bym chciała zdrowiej się odżywiać, więcej czasu poświęcać rodzinie i zapisać się na jakiś kurs”, deklaruje inna. Portale społecznościowe pod koniec roku zaczynają się zapełniać wydarzeniami o nazwach „W 2019 zrezygnuję z glutenu”, „W 2019 roku nauczę się języka obcego” czy „W 2019 zacznę biegać”.

Grzegorz Ptaszek: – Od jakiegoś czasu sam regularnie uprawiam sport. Największe tłumy w klubie są w styczniu. Potem klub powoli się wyludnia. I tak co roku.

Noworoczne postanowienia zmiany i filmiki motywujące z internetu łączy wiara w moc planowania. „Według ideologii rozwoju osobistego to my jesteśmy w 100% odpowiedzialni za nasze życie, a ono samo da się w całości zaplanować i konsekwentnie przeprowadzić. Każdy, kto zetknął się z ekspertami od samodoskonalenia, usłyszał o badaniach dowodzących, że sukcesy w życiu osiągają osoby, które mają wszystko zaplanowane”, mówił rok temu w radiu TOK FM Marcin Ilski, były coach i autor strony Smutni Trenerzy Rozwoju Osobistego. I rzeczywiście, gdyby wiedzę o świecie czerpać z filmów i blogów o rozwoju osobistym, można by odnieść wrażenie, że życiem rządzi logika korporacji: życiowe przedsięwzięcia traktowane są tu w kategorii „projektów” mających „jasno określone cele”, które zrealizować można dzięki przemyślanemu „planowi” i odpowiedniemu „zarządzaniu sobą”. Włożone w dowolne przedsięwzięcie wysiłek i czas rozpatrywane są w kategoriach „inwestycji”, która ma się zwrócić, najlepiej z nawiązką.

Ułuda wszechmocy

Utopia wpływu na wszystko jest antidotum na niepokoje egzystencjalne i niepewność ekonomiczną. Zdaniem dr. Ptaszka właśnie niepewność i wynikająca z niej potrzeba kontroli zachęcają ludzi do podejmowania kolejnych „wyzwań” i korzystania z usług specjalistów od „zarządzania sobą”.

– Układanie kolejnych programów samodoskonalenia daje poczucie kontroli. A ta potrzeba jest szczególnie silna w czasach, kiedy nic nie jest pewne, bo kontrolując siebie, teoretycznie kontrolujemy swoje życie – zwraca uwagę badacz. – Poza tym jedną z nadrzędnych wartości kapitalizmu jest elastyczność: kiedyś powodem do dumy było przepracowanie 30 lat w tej samej firmie. Dziś miarą sukcesu jest zdolność do przebranżowienia. Nie wystarczy już bycie specjalistą w jednej dziedzinie czy gruntowna znajomość języka obcego. Im więcej, tym lepiej.

O ile poczucie wpływu na swoje życie wydaje się przekonaniem realistycznym, o tyle jedynie krok dzieli snutą przez coachów wizję absolutnej odpowiedzialności od poczucia winy i frustracji, jeśli zamierzony w „projekcie” cel nie zostanie osiągnięty. Wedle tej logiki ci, którym nie wyszło, sami są sobie winni.

Grzegorz Ptaszek zwraca uwagę na jeszcze jedną pułapkę: – Narzucanie sobie kolejnych celów i strategii dotarcia do nich to odpowiedź na bardzo powszechną dziś fantazję o uzyskiwaniu spektakularnych efektów w bardzo krótkim czasie. W wypowiedziach coachów nie ma mowy o poświęceniu czy konieczności wyboru. Poza tym kolejne cele często są protezą rzeczywistego działania.

Trudno nie odnieść wrażenia, że wychwalany przez ekspertów od samodoskonalenia „rozwój osobisty” zaspokaja głównie potrzeby narcystyczne. Nawet jeśli w wygłaszanych przez coachów przemówieniach motywacyjnych pojawia się drugi człowiek, to w kontekście zrobienia na nim wrażenia, uwiedzenia go czy ograniczeń, jakich jest źródłem. Brakuje porad, jak być lepszym rodzicem, więcej czasu spędzać z dzieckiem albo być skutecznym wolontariuszem. Zamiast tego trenerzy osobiści stawiają na „ja”. „Jesteś wyjątkowy, nie zmarnuj tego!”, krzyczy jeden z coachów kariery. „Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!”, zachęca drugi.

Pół biedy, jeśli promowane przez coachów metody i wartości rzeczywiście pomogą komuś w realizacji noworocznych zamierzeń. Gorzej, jeśli rezygnacja z realizmu i dystansu do siebie wcale nie jest tak skuteczna, jak się ją przedstawia.

Marcin Ilski: – Słynny w niektórych kręgach trener Brian Tracy opowiadał o eksperymencie dotyczącym planowania. Miał on wyglądać następująco: w 1953 r. zapytano kończących Yale studentów, czy mają zaplanowaną resztę życia. Okazało się, że tylko 3% udzieliło odpowiedzi twierdzącej. Po 20 latach przeprowadzone zostało kolejne badanie na tej samej grupie. Wyszło w nim, że dokładnie te 3% absolwentów Yale osiągnęło większe sukcesy i zarobiło znacznie więcej pieniędzy niż pozostałe 97%. Brian Tracy mówił, że usłyszał tę historię od Anthony’ego Robbinsa, Anthony Robbins – że od Ziga Ziglara, a Zig Ziglar powiedział, że zna tę historię od… Tracy’ego. Na Uniwersytecie Yale nikt nie słyszał o badaniach, o których opowiadał Tracy.

– Całe życie możemy marzyć o tym, że będziemy „najlepsi” – dodaje Ilski. – Ale pierwsze miejsce zarezerwowane jest dla jednej osoby. „Najlepszy” jest tylko jeden.

Fot. Fotolia

Wydanie: 1/2019

Kategorie: Obserwacje

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy