Obywatelski ruch nieposłuszeństwa

Obywatelski ruch nieposłuszeństwa

Wykształciuchy mówią NIE

Widmo krąży po Polsce, widmo obywatelskiego nieposłuszeństwa. Protest przeciwko nowej ustawie lustracyjnej – umówmy się: w gruncie rzeczy dość delikatny, taki wykształciuchowaty – władza odebrała niczym bunt w Kronsztadzie. Przeciwko grupie dziennikarzy, którzy oświadczyli, że nie wypełnią deklaracji lustracyjnych, wytoczono działa. Opluto ich w przychylnych rządowi mediach, politycy PiS grożą niepokornym konsekwencjami. To niemądra reakcja – bo do „buntowników” dołączają inni. Z każdym dniem rośnie również ferment na wyższych uczelniach. Kolejni profesorowie, naukowcy z najwyższej półki, ogłaszają, że deklaracji lustracyjnej nie wypełnią. Zbierają się kolejne rady wydziałów i kolegia redakcyjne.
Tak oto władza sprokurowała sobie problem.
Czy na pewno nieświadomie?

Wichrzyciele i primadonny

Pisaliśmy o tym już tydzień temu, więc tylko gwoli przypomnienia: wszystko zaczęło się od tego, że kilku dziennikarzy, m.in. Ewa Milewicz z „Gazety Wyborczej”, Wojciech Mazowiecki i Piotr Najsztub z „Przekroju” i Jacek Żakowski z „Polityki”, ogłosiło, że nie podpiszą deklaracji lustracyjnych, które nakłada na nich nowa ustawa. Zresztą z różnych powodów.
Ich argumenty można z grubsza podzielić na trzy kategorie. Po pierwsze, ustawa ich poniża, bo każe im tłumaczyć się przed państwowymi urzędnikami, że nie byli w przeszłości łobuzami. I to ci państwowi urzędnicy będą w tym przypadku sędziami. Po drugie, ustawa nie ma logicznego uzasadnienia – bo skoro zakłada, że IPN ma opublikować listę informatorów SB, to i tak wszyscy niedługo się dowiedzą, kto donosił, a kto nie. Po trzecie wreszcie, ustawa narusza kanon państwa demokratycznego – zasadę niezależności dziennikarskiej. Bo w żadnym demokratycznym kraju nie można nikogo ukarać zakazem publikacji, zakazem wypowiadania się, a taką karę przewiduje nowe prawo dla tych, którzy deklaracji nie złożą. Jest więc praktycznie pewne, że Trybunał Konstytucyjny zakwestionuje kontrowersyjne zapisy ustawy.
Protestujący przypominali również, że prawo do kwestionowania ustaw, które zdaniem obywateli naruszają obywatelskie wolności i są niesprawiedliwe, należy do kanonu demokracji. Instytucja „obywatelskiego nieposłuszeństwa” jest na Zachodzie czymś oczywistym.
Argumenty protestujących brzmią więc poważnie, a fakt, że kwestionowana ustawa znalazła się w Trybunale Konstytucyjnym, gdzie będzie niedługo rozpatrywana, dodatkowo je wzmacnia. Mądra władza poczekałaby więc do orzeczenia Trybunału.
Tymczasem protestujących, i ze strony władzy, i ze strony sprzyjających władzy publicystów, spotkały ataki i wyzwiska. „Postawili się ponad prawem”, ogłosił na pierwszej stronie PiS-owski „Dziennik”. A publicysta tego pisma, Piotr Zaremba, napisał, że „przypominają oni bardziej zblazowane gwiazdy rockowe, które ostentacyjnie paliły trawkę czy wszczynały burdy pewne bezkarności i nazywały to buntem”.
„Protestują dziennikarskie primadonny”, dodawał „Dziennik”, cytując słowa posła PO, Pawła Śpiewaka.
Protestującym dziennikarzom przypięto więc, w manierze głębokiego PRL, łatkę „wichrzycieli”, „bananowej młodzieży” i tych, „którym ustrój się nie podoba”. Co lepiej charakteryzuje przypinających niż tych, których tak niemądrymi słowami oskarżano.

Protest się rozszerza

„Odpór” PiS-owskich mediów nie na wiele się zdał, bo antylustracyjny protest zaczął się rozszerzać na całą Polskę i na inne środowiska. Przede wszystkim bunt podniosły ośrodki uniwersyteckie. Uniwersytety Warszawski, Jagielloński, Wrocławski, Łódzki, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, z następnych ośrodków akademickich zaczęły napływać informacje, że kolejni profesorowie odmówią podpisania deklaracji lustracyjnej.
„Gazeta Wyborcza” utworzyła stronę internetową poświęconą lustracji. Możemy dowiedzieć się z niej, jakie grupy będą podlegać lustracji, prześledzić debatę, poznać komentarze prawników. No i przeczytać wypowiedzi kolejnych profesorów i pracowników naukowych z całej Polski. Oto ich garść:
Prof. Jan Miodek (UWr): „Zgotujemy sobie piekło”.
Prof. Aleksander Labuda (UWr): „Ta cała akcja jest dla mnie czymś nieprzyzwoitym. Poddanie się procedurze lustracyjnej uwłacza mojej godności”.
Dr Wojciech Baluch (UJ): „To wzajemne wyniszczanie”.
Prof. Elżbieta Kałuszyńska, Instytut Filozofii UWM, Olsztyn: „Pewnie, że chciałabym dalej pracować jako nauczyciel akademicki, ale nie tym kosztem, nie kosztem utraty twarzy przed studentami. Dlatego nie złożę „lojalki””.
„Poczekajmy z tą lustracją”, poloniści z UAM apelują do władz uczelni.
Podobnych wypowiedzi przybywa z każdym dniem.
Odmawiających nie przekonuje argument, że podpisanie deklaracji to nic wielkiego i nie boli, że niewinny nie ma powodu do strachu itd.
I słusznie, bo dobrze wiemy, że nie o lustrację w tym wszystkim chodzi. A o co?

Legną autorytety

Odpowiedzi udzielili już liderzy rządzącej koalicji – o spacyfikowanie wykształciuchów, środowisk niewygodnych. Spacyfikowanie strachem, szczuciem jednych na drugich.
Rok temu, podczas debaty lustracyjnej w Sejmie Roman Giertych mówił otwarcie, po co mu zwycięska wojna o teczki, o IPN i lustrację. „Po ujawnieniu prawdy autorytety okażą się karykaturami”. Tylko o jaką prawdę Giertychowi chodzi?
Jeszcze dobitniej cele lustracji dziennikarzy i naukowców określił Jarosław Kaczyński w Programie I Radia: „Grupa ludzi, w tym wypadku są to dziennikarze, ale sądzę, że grupa jest znacznie szersza, zresztą wśród tych, którzy wystąpili, są także niedziennikarze, grupa ludzi, która uznała, że ich prawo nie obowiązuje, która uważała się za elitę i w tej chwili można powiedzieć ostatecznie oświadczyła: „Tak, jesteśmy elitą i nas prawo nie dotyczy. Prawo jest dla innych, a my możemy sami decydować, czy prawo obowiązuje, czy też nie obowiązuje”. No i to jest zjawisko rzeczywiście w najwyższym stopniu szkodliwe. Otóż rzeczywiście po roku 1989 ukształtowała się w Polsce grupa, która panuje, tak to można by określić. Niekoniecznie rządzi, ale ma bardzo dużą społeczną przewagę i która uważa, że reguły życia społecznego, także te prawne, w gruncie rzeczy jej nie dotyczą właśnie dlatego, że ona jest grupą panującą. Z tym musimy walczyć, i to musimy walczyć bardzo zdecydowanie”.
Kaczyński expressis verbis więc stwierdził, że jego celem jest walka (i to „bardzo zdecydowana”) z tymi środowiskami, które dysponują niezależnym od władzy (czyli od niego) autorytetem. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno zdanie tej wypowiedzi – otóż Kaczyński określił popularnych i wpływowych publicystów mianem „grupy panującej”. Z kolei kilka tygodni temu w jednej z relacji prasowych dotyczącej którejś z narad PiS cytowano premiera, który narzekał, że rządzenie to za mało, że chciałby panować. A jeszcze nie panuje.
Ta krótka wypowiedź pokazuje zamiary Kaczyńskiego oraz to, kogo uważa on za swojego głównego wroga – niezależne od niego środowiska, cieszących się autorytetem naukowców i dziennikarzy. Którzy mogą go skrytykować, mogą wyciągnąć niewygodne dla niego sprawy, mogą prezentować inne opinie, niż on by chciał.
Premier chciałby panować nad naszymi myślami, chciałby, żebyśmy wszyscy wierzyli w układ, w spiski, w to wszystko, co nam opowiada, w tę całą PiS-owską propagandę, i bardzo złości go, że mu się nie udaje.
I to jest praprzyczyna obecnej wojny. Kaczyński wszelkimi dostępnymi mu środkami próbuje spacyfikować niepokorne wobec niego środowiska. Takim granatem miał być raport WSI. Raport okazał się lipą i kompromitacją, mimo że przymilni władzy dziennikarze na głowach stawali, by udowadniać, jaką grozę opisał. Więc kolejnym młotem władzy ma być lustracja.

Kazus Przewoźnika

Bo w tej grze fakt, czy ktoś był współpracownikiem SB, czy też nie był, ma drugorzędne znaczenie. Pisaliśmy już o tym rok temu, gdy omawialiśmy PiS-owskie projekty lustracyjne, przypominając, jak wykończono IPN-owskimi kwitami Andrzeja Przewoźnika, sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. „Latem 2005 r. Przewoźnik zdecydował się kandydować na szefa IPN. I nagle w mediach ukazała się informacja, że był agentem SB. Na jakiej podstawie? Otóż z krakowskiego oddziału IPN do mediów wyszła (ciekawe, na czyich nogach…) notatka byłego kaprala SB, który napisał w niej, że Przewoźnik był jego agentem. Ta notatka zablokowała Przewoźnikowi drogę do IPN.
Sprawa trafiła do Sądu Lustracyjnego. I sąd ustalił, że kapral świadomie napisał w notatce nieprawdę, bo chciał dostać się do pracy w policji. Kapral przyznał się do tego przed sądem. ťNie ma żadnego dokumentu, że Andrzej Przewoźnik zgodził się na współpracę z SB, nie ma też dowodu, że dostarczał informacji. Nie ma żadnych elementów, które pozwalałyby stwierdzić, że był tajnym i świadomym współpracownikiem SBŤ, konkludował sąd w orzeczeniu.
Niestety, za późno, bo Przewoźnika oskarżono w lipcu, a sąd wydał wyrok pod koniec listopada. Przez cztery miesiące był „człowiekiem, którego nie ma”. A i tak może mówić o szczęściu, bo jego sprawa była rozpatrywana przez Sąd Lustracyjny.
Kazus Przewoźnika dowodzi niezbicie, jak wykańczano ludzi IPN-owskimi kwitami, manipulując nimi. I że teraz, gdy zlikwidowany zostanie Sąd Lustracyjny, łatwość „gry kwitami” zwiększy się niepomiernie.
Ci, którzy pracują w IPN, oraz ich polityczni patroni uzyskają olbrzymią władzę”.
O tym, że kazus Przewoźnika jest raczej normą niż wyjątkiem, świadczą inne historie. I tak Andrzej Grajewski miał zostać szefem Wywiadu Wojskowego, gdy nagle wyciekły informacje, że był współpracownikiem WSI. Zanim je sprawdzono, nominacja przeszła mu koło nosa. Nie tak dawno odchodzący rzecznik interesu publicznego oficjalnie powiedział, że IPN utrudniał mu pracę, chowając przed nim dokumenty. I że z tego powodu nie mógł zlustrować m.in. kilkudziesięciu urzędników obecnego rządu.
Bo obecny system, o czym warto napomknąć, lustrację przekazuje w ręce władzy. Władza bowiem może, absolutnie legalnie, utajnić teczkę każdego, a decyzja o utajnieniu ma również status tajnej. W ten sposób władza może chronić swoich agentów. I zarazem oskarżać swoich przeciwników o agenturalność.
Możliwość gry teczkami i pomówieniami daje więc obozowi rządzącemu olbrzymią władzę.
Nad obywatelami. Sprzeciw części środowiska dziennikarskiego może spowodować, że będzie jej miała mniej.

Zła władza

Na ile ten sprzeciw będzie skuteczny? Pisaliśmy już o tym tydzień temu – wszystko zależy od tego, z jakim spotka się odzewem.
Reakcja władzy jest tu drugorzędna. Z wypowiedzi jej przedstawicieli wynika, że akcja nieposłuszeństwa obywatelskiego traktowana jest jako bunt, jako akcja, której celem jest powołanie do życia jakiegoś ruchu politycznego. Bardziej to świadczy o władzy, o tym, co jej się gotuje w głowie, niż o protestujących dziennikarzach i naukowcach.
Oczywiście, tak czy inaczej, ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa będzie miał swoje konsekwencje polityczne. W dużym stopniu już odbudował więzy między różnymi środowiskami, pokazał te środowiska innym, ośmielił ludzi do mówienia, stworzył niezależną od PiS-owskich majstrów od propagandy przestrzeń debaty publicznej. W której pojawiają się takie określania jak godność, niezależność od państwa i jego urzędników, zasada domniemania niewinności, zasada wzajemnego zaufania. Ludzie, przytłoczeni lawiną haseł o IV RP, o układzie, agentach, narodowych interesach, odkryli, że można inaczej.
W szerszej perspektywie, ruch antylustracyjny będzie kosztował PiS więcej niż taśmy Beger czy ekscesy Giertycha.
O panowaniu nad wykształciuchami Wielki Strateg może już zapomnieć.


Dlaczego odmawia Pan/Pani podpisania deklaracji lustracyjnej?

Piotr Najsztub,
publicysta
Odmawiam z dwóch powodów. Nie zamierzam państwu odpowiadać na pytania o moją moralność i moją przeszłość. Państwu nic do tego, choć pewna grupa zaprzyjaźnionych z państwem publicystów nie chce tego przyjąć do wiadomości. Ja natomiast mogę moim czytelnikom i telewidzom powiedzieć, że moja teczka znajdzie się w całości na stronach internetowych i będą sobie mogli ją obejrzeć. Po drugie nie pozwolę sobie przypiąć pępowiny państwa, wchodzić w relacje z państwem, a państwo nie może ode mnie wymagać pisemnych zobowiązań, gdyż nie jestem dziennikarzem państwa ani nie pobierałem wynagrodzenia od państwa. O ile nakaz państwowy określenia się lustracyjnego mnie nie interesuje, kiedy poprosił mnie o to mój pracodawca, to dla tytułu „Przekrój” dostarczyłem oświadczenie, bo skoro gramy w tej samej drużynie, to nie było w tym nic obraźliwego. Moja odmowa w jakimś sensie jest kontestowaniem prawa, i to wcale nie surowego, ale głupiego, miękkiego i dziurawego, można ją nazwać gestem nieposłuszeństwa, ale to jeszcze nie ruch, pojedynczy gest, nie front antylustracyjny. Dla państwa, które tępi wszelkie przejawy samodzielnego myślenia obywatelskiego, takie gesty są groźne, ale nie czarujmy się – państwo zawsze jest silniejsze, bogatsze, bardziej bezwzględne i poradzi sobie z każdym nieposłusznym obywatelem.

Prof. Karol Modzelewski,
historyk, wiceprezes PAN
Deklarację taką złożyłem już wcześniej, kiedy kandydowałem na kierownicze stanowisko w PAN. Tutaj więc nie chodzi o mnie, ale jest to duża sprawa stwarzająca sytuację konfliktową wokół autonomii wyższych uczelni i PAN. Wedle ustawy rektorzy uniwersytetów i dyrektorzy instytutów PAN powinni, bez względu na to, co sami sądzą, zwolnić dyscyplinarnie tych, którzy nie podpisali deklaracji. A oni tego nie zrobią. Ustawa więc zderza się w sposób niezamierzony ze stanem faktycznym, z autonomią wyższych uczelni. Ten konflikt sumienia jest kłopotliwy dla władzy, nawet jeśli to będą tylko indywidualne przypadki, gdyż następuje kolizja zapisu ustawowego i sankcji dyscyplinarnych. Jeśli władze potraktują rzecz konfrontacyjnie, może być to dla nich groźne, bowiem przez ponad 40 lat PRL władzy nie udało się ujarzmić środowiska naukowców broniącego autonomii i obecnej władzy też się to nie uda.

Prof. Mirosław Kofta,
psycholog, UW
Osobiście nie złożę oświadczenia lustracyjnego. Uzasadnienie mojego stanowiska jest bardzo proste. Ustawodawca dokonuje lustracji poprzez sprawdzenie – w stosunku do wszystkich wymienionych w ustawie kategorii osób – odpowiednich akt i opublikowanie list osób, które współpracowały z organami bezpieczeństwa PRL oraz organami bezpieczeństwa wolnej Polski w latach 1989-1990. W tej sytuacji składanie indywidualnego oświadczenia lustracyjnego jest całkowicie pozbawione sensu. Dlatego zadziwiające jest, że jedynie odmowa złożenia tego oświadczenia (nie fakt złożenia oświadczenia niezgodnego z prawdą) jest zagrożona. Lustracja przeprowadzana jest niezależnie od tego, czy ktoś złoży oświadczenie, czy też nie, zagrożenie tak nieproporcjonalnie wysoką karą (naruszającą prawa człowieka, naszą konstytucję, a także prawo pracy) musi niewątpliwie mieć jakiś cel. Nie jest nim, oczywiście, dotarcie do tak zwanej prawdy (czyli stwierdzenie, czy ktoś był agentem czy też nie), bo widzę taką zapewniają inne procedury tej samej ustawy. Powstaje więc pytanie: jaki to jest cel? Nie widzę innego wyjaśnienia poza jednym: celem jest po prostu wzbudzenie strachu i wymuszenie konformistycznego gestu. Nie chodzi o żaden test prawdomówności (jak piszą niektórzy publicyści). Chodzi o wywołanie zwykłego, nagiego strachu i wymuszenie tą drogą z pozoru niewinnego zachowania. Krótko mówiąc, chodzi o praktykę, stosowaną poprzez wszystkie reżimy totalitarne, niezależnie od ich barwy: czerwonej, czarnej czy też brunatnej.
Jestem zwolennikiem społeczeństwa otwartego, w którym prawo nie gwałci ludzkich sumień i szanuje obywatela. Dlatego też, zdając sobie doskonale sprawę z możliwych konsekwencji mojego kroku, nie złożę wymaganej ustawą deklaracji.

Jacek Żakowski,
publicysta
Nie powiedziałem, że nie podpiszę tej deklaracji, ale mam kłopot. Moim zdaniem, to prawo jest ogromnie nieuczciwe, ale to nie znaczy, że mamy wszyscy popełnić zbiorowe samobójstwo i pozostawić Semce i Ziemkiewiczowi całe pole do działania. Trzeba więc szukać skutecznego sposobu zapobiegania temu, co się wydarzyło. Nazwałbym to nie tyle nieposłuszeństwem, ile sprzeciwem obywatelskim. Taki sprzeciw może być czynny i bierny, może sprowadzać się do odmowy wykonania jakiejś czynności, ale może też poszukiwać innych środków do tego celu.
Mam nadzieję, że tego typu myślenie może przyczynić się do obalenia nieuczciwej władzy, bo ta ustawa jest nieuczciwa wobec obywateli. Ona jest tak skonstruowana, że tysiące, a może setki tysięcy ludzi nie wiedzą, jak odpowiedzieć. Dotyczyć to może różnych terminów użytych w ustawie, a także, co odnosi się m.in. do dziennikarzy, współpracy z cenzurą. Otóż nikt nie wie, jakiego rodzaju współpracę miał na myśli ustawodawca. Zresztą Jarosław Kaczyński jako autor i redaktor naczelny czasopisma też musiałby się przyznać do takiej współpracy.

Prof. Andrzej Romanowski,
literaturoznawca, UJ
Obowiązek składania oświadczeń to po prostu coś niebywałego, coś, co przekroczyło założenia prawne PRL, na tym tle PRL prezentuje się korzystnie. Jednak nie odpowiadam sam za siebie, więc jeszcze nie zdecydowałem, czy będę podpisywał deklarację, czy nie. Jestem odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale też za zakłady na UJ i w PAN. O ile się orientuję, decyzja odmowna będzie dla władz Uniwersytetu równoznaczna z odejściem z pracy. Muszę rozważyć, czy przekreślić 34 lata pracy, rozważyć zyski i stratę, jaką będzie rezygnacja z wychowania młodzieży w duchu polskim. To trzeba zważyć i zmierzyć, czy dawać pretekst władzom politycznym do usunięcia mnie, czy złożyć deklarację, która mnie w jakimś sensie upokarza, bo zrównuje mnie i wszystkich innych z SB i UB.

Mirosław Karwat,
politolog, UW
Mam bardzo dużo wątpliwości. Jeśli powstanie jakiś ruch oporu przeciwko podpisywaniu deklaracji lustracyjnych, chętnie się do niego przyłączę, ale nie chciałbym, aby traktowano mnie jako współorganizatora. Zawsze będę wyznawał pogląd, że przepis ten jest haniebnym nadużyciem elementarnych reguł gry demokratyczne i stanowi wstęp do przyszłej dyktatury. To działanie jest pokrewne dawnym czystkom i podziałom na swoich i obcych. Myślę, że byłyby podstawy do nieposłuszeństwa obywatelskiego, bo organy władzy łamią zasady ustrojowe, godzą w podstawowe prawa obywateli. 700 tys. osób to potencjalni podejrzani, którzy tłumaczą się nie wiadomo z czego i sami na siebie donoszą. W kolejnym etapie ludzie poddani temu okrutnemu rozwiązaniu przyjmą jako oczywistość delegalizację PRL, jego organów i tych obywateli, którzy z nimi współpracowali. Nie jest ważne, co robili, ale ważne z kim. Nawet jeśli się dokonują zmiany ustrojowe, to uznanie poprzedniego państwa jako nielegalnego, a wykonywanie obywatelskich obowiązków jako rodzaju zbrodni czy przestępstwa jest niegodziwością. Co innego ściganie czy piętnowanie ludzi, którzy zachowywali się niegodnie, naruszali prawo, ale tu do jednego worka wrzucamy wszystkich obywateli. Co się wykluje z tego ruchu, zależy od jego zasięgu. Jeśli ruch się rozwinie, to przyniesie izolację i kompromitację obozu władzy. Ale jeśli sprowadzi się to tylko do demonstracji znanych osób, wtedy sprzeciw przyniesie więcej szkody niż pożytku. Wynikiem będą apatia i zanik alternatywy politycznej, bo okaże się, że nikogo już nie ma na placu boju.

Wojciech Mazowiecki,
publicysta „Przekroju”
Ja nie podpiszę deklaracji z kilku powodów. Główny to zanegowanie zasady domniemania niewinności. Styl, w jakim to się robi, jest upokarzający. Taka lustracja nie służy lustrowaniu, ale pokazaniu, że państwo rządzi i wszystkich kontroluje. Uważam, że dziennikarze mają obowiązek o tym mówić, bo to nie jest protest branżowy, lecz wielu obywateli, których władza objęła nazwą „funkcja publiczna” i zrobiła to dosyć arbitralnie. My, dziennikarze, nie jesteśmy funkcjonariuszami publicznymi, bo państwo nam nie płaci. Podobnie adwokaci. Sprzeciwu wobec deklaracji nie nazywam ruchem, ale postawą niezależną. Nie sądzę, aby sprzeciw wobec oświadczeń lustracyjnych miał jakiś wpływ na upadek władzy. On jedynie pokaże, kto jest po jakiej stronie i kto prowadzi wojnę ideologiczną. Ruch protestu może być jedynie cegiełką, która spowoduje, że ta władza upadnie, bo pokazuje jej zapiekłe ideologiczne intencje.

Dr Zuzanna Toeplitz,
Wydział Psychologii, UW
Odmawiam dlatego, że deklaracje lojalności i taka forma deklaracji mi nie odpowiada. Mam oświadczyć, że czegoś nie robiłam, skoro nie robiłam jeszcze wielu innych rzeczy. Uważam to za upokarzające i cała sytuacja zmierza do upokorzenia, bo człowiek za swoje czyny i postawy odpowiada całym życiem, a nie wypełnianiem jakichś papierków i deklaracji. Nie wypowiadam się na tematy prawne, ale cały przepis jest tak napisany, że wydaje się dramatycznie złą legislacją. Zrozumiałam, że jeśli ktoś odmawia podpisania deklaracji, to uznaje się go za kłamcę lustracyjnego bez dalszego postępowania i może on stracić prawo do wykonywania zawodu. Sądzę, że moje postępowanie nie jest groźne dla władzy. Ja nie jestem groźna dla żadnej władzy. Groźne dla niej jest tworzenie przepisów niezgodnych z konstytucją.

Konstanty Gebert,
publicysta (Dawid Warszawski)
Nie wyjaśniałem swej decyzji szerzej, bo wcześniej już to zrobiła Ewa Milewicz. Tak, to jest przejaw obywatelskiego nieposłuszeństwa, choć niezbyt lubię tę pompatyczną nazwę. Dla władzy może to być groźne tylko o tyle, o ile jej działalność będzie nadal sprzeczna z zasadami państwa prawa i o ile więcej ludzi zdecyduje się nie podporządkowywać tej ustawie. Rzecz w tym, że obywatelskie nieposłuszeństwo jest bronią obosieczną i im jest skuteczniejsze, tym bardziej może być groźne dla tychże zasad. Odpowiedzialnym rozwiązaniem byłby kompromis, na który jednak się nie zanosi – albo wzięcie prawa w obronę przez TK, który jednoznacznie by rozstrzygnął o konstytucyjności ustawy. Jego orzeczenie byłoby wiążące dla obu stron.
Not. BT

Wydanie: 12/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy