Od harcerzyka po kaznodzieję

Od harcerzyka po kaznodzieję

Siedem wcieleń Andrzeja Dudy

Ciało odzwierciedla to, co się dzieje w umyśle. Rzadziej kłamie niż słowa. Kiedy wcielamy się w różne role, ciało je wyraża: albo idziemy z podniesionym czołem, albo jesteśmy przybici i zgarbieni. Rękoma możemy obłaskawiać jakiś problem, wałkować go, przecinać niczym węzeł gordyjski, chwytać w pięść lub precyzyjnie ujmować placami, w zależności od tego, czy jesteśmy wojownikiem, czy aptekarzem.

Andrzej Duda ma dobre warunki, żeby pracować ciałem. Jaką rolę odgrywa? Jak się zmieniał?

2011: Harcerz

Przypatrzmy się Andrzejowi Dudzie dekadę temu – gdy w 2011 r. mówi w Sejmie o identyfikacji ciał ofiar katastrofy smoleńskiej. Widzimy go na trybunie sejmowej, gdy zaprzecza Ewie Kopacz – mówi o tym, że był w Moskwie i dowiedział się, że ciała do identyfikacji były nieumyte i dlatego identyfikacja szła z takim trudem, pyta, dlaczego na stronach rządu nikt nie zmienił godziny katastrofy z 8.56 na 8.41. Trzyma ciało w ryzach, ale widać, że w ataku czuje się niekomfortowo. Przestępuje z nogi na nogę, rękoma trzyma się mównicy. Jest jeszcze chłopcem z drugiej linii, dobrze ułożonym, kulturalnym, niemal harcerzem na apelu poległych. Ponieważ ręce i ciało są spokojne, to emocje szukają innego ujścia – głowa pracuje „w trybie gołębia” – wyraźnie wychyla się w stronę mówiących, co jest typowym gestem wykładowców, którzy muszą mówić do studentów zza szerokich stołów katedr. Duda mimiką, ruchami głowy, oczami pokazuje, że jego ciało jest jeszcze zbyt skrępowane sytuacją, powagą tematu, by mógł zachowywać się jak samiec alfa. Jako zwykły poseł jest samcem może gamma. Dekadę później będziemy już mieć innego człowieka.

2015: Europejczyk

Cofnijmy się jednak do debaty prezydenckiej w roku 2015. Z dawnego harcerza zwracającego się uprzejmie do premier Kopacz nie zostało nic. Oto mamy Europejczyka, polityka opanowanego, ale zdecydowanego. Duda słucha Komorowskiego, który atakuje go jako przeciwnika in vitro i rodzin starających się o dziecko. Ma lekko wzniesiony podbródek – nie tak wysoko jak Mussolini, ale lekko, przez co wygląda na wyższego, na bardziej dominującego, na kogoś, kogo te strofowania nie dotyczą. Traktuje Komorowskiego trochę z góry. Wie, że strategia mająca na celu przypisanie Komorowskiemu śmieszności i obciachu działa. Pokazuje więc konsekwentnie, że oskarżenia Komorowskiego, który się dziwi i nadyma w zdziwieniu, są jedynie jego opinią. Jest bardzo spokojny, tłumaczy pewnie, jakby wyjaśniał niejasności komuś, kto się nie przygotował. W porównaniu z Komorowskim, który machaniem rękami komentuje słowa Dudy, krzywi się, a potem nerwowo zaplata palce, Duda prezentuje się jak inteligent nowej ery, który musi coś tłumaczyć zacofanemu emerytowi. Jest jakby bardziej europejski, choć bardziej konserwatywny. Bardziej kompetentny w swoim opanowaniu. Powołuje się zarówno na Jana Pawła II, jak i na konstytucję. Mówiąc o konstytucji, łączy trzy palce – kciuk, wskazujący i duży, jakby precyzyjnie odmierzał szczypty czegoś – w tym wypadku słowa konstytucji. Komorowski nie ma takich gestów precyzji. Każdy gest Dudy idzie z góry na dół i ma jakby przytwierdzić jego słowa do pulpitu. Jest stanowczy, mówiąc, że każdy projekt musi być zgodny z konstytucją i tylko nią będzie się kierował. Kiedy mówi o tym, jak Komorowski w swoim spocie potraktował go niegodnie jako ojca, mruży oczy z potępieniem; widzowie czują, że kandydat tak mówiący o przyzwoitości, do nieprzyzwoitych rzeczy nie może być zdolny.

W rundzie wzajemnych pytań kandydatów Duda punktuje zmiany poglądów Komorowskiego. Pojawia się już typowy gest „ujęcia” – chwytania czegoś między obie dłonie, który kończy się gestem łączenia punktów – kiedy palce obu dłoni stykają się. To kolejny gest precyzji. Kiedy zaprzecza – tnie dłońmi powietrze w kształcie x. Zarzuca Komorowskiemu chęć zabicia zwykłego milicjanta (takim zwykłym milicjantom obniży potem emerytury dla sprawiedliwości dziejowej) i sugeruje, że nie świadczy to o zrównoważeniu. Kiedy Komorowski się tłumaczy, Duda uśmiecha się pobłażliwie. Wie, że wyjaśnienia o proponowanej zmianie prawa nie są w stanie konkurować w umysłach słuchaczy z tym, co padło wcześniej. Ćwiczenia przed debatą przyniosły efekt.

Kilka lat później Duda zrezygnuje z bycia Europejczykiem, mówiąc, że nie będą nam tu w obcych językach mówili, jaki mamy mieć system. Ale do przedzierzgnięcia się w obrońcę przed europejskimi miazmatami jeszcze chwila.

2017: Efekt Zeliga

Jest rok 2017, połowa kadencji. Podczas podróży po kraju Duda bywa plastrem na sfrustrowane polskie dusze, które ciągle goniły Europę i były pouczane, jak to nie trzymają standardów i norm. A każdy potrzebuje trochę akceptacji. Oto Andrzej Duda na spotkaniu na Uniwersytecie w Rzeszowie przyznaje, że ciągle czegoś się uczy. Coś jest nie w porządku z tym uczeniem się, bo głowa lata mu w tę i we w tę, oczy przymykają się, jakby potrzebowały przypomnieć sobie te wszystkie miejsca, w których się uczył. Jest w tym coś z grupowego uczenia się przed egzaminem, z bratania się – jestem taki jak wy, ciągle w sesji poprawkowej. Gesty wyprzedzają słowa – Duda rozkręca ręką kolejne zdania, które padają niewprawnie; robi charakterystyczny młynek dłonią, a potem nawija coś na palec wskazujący. Jakby wyciągał z siebie sznurek kolejnych zdań. Duda mówi, że uczy się m.in. tego, co ma powiedzieć. To tylko pokazuje, jaki ogrom pracy wkłada w swoje wystąpienia. Kiedy mówi o tym, że jeżeli nie czyta książki, to uczy się języka, nowych słówek – następuje charakterystyczna pauza z zaciśnięciem ust, jakby coś było z tymi słówkami. Po chwili robi dziwny gest „no co?” – z głową w ramionach i rozłożonymi rękoma, jakby chciał powiedzieć: „To nie moja wina, tak jest”. Duda jest tu nieprzygotowanym studentem, ale robi tym świetną atmosferę. Jesteśmy razem, w życiu trzeba ciągle zakuwać i prezydent nie jest lepszy.

Ten efekt Zeliga jest widoczny w tym, że Duda fantastycznie wchodzi w środowisko. Ma kondycję, jest narciarzem, i to całkiem niezłym. Kiedy przyszło mu zatańczyć na festynie, potrafił się odnaleźć na parkiecie, mimo że nie znał choreografii. Ale jakoś się wczuł, stał się częścią widowiska. W ten sposób nie mamy wrażenia, że jest na tronie. Kiedy mówi, że troszczy się o lud, ludu słucha i z ludem się bawi, jest to najwyższy wyraz akceptacji: nie jestem lepszy, jestem taki jak wy. Primus inter pares – pierwszy wśród równych.

To wrażenie bycia nie w pałacu, ale wśród ludzi, potęgują akcje na wzór rozdawania kawy w warszawskim metrze. Nie chodzi o to, że kawa dobra albo że podróżni spragnieni, ale że to facet, który poda kawę o poranku. To ktoś, kto nie jest wysoko, z kim łatwo porozmawiać.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 35/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Tomasz Jastrzębowski/REPORTER

Wydanie: 35/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy