Od Różewicza do Różewicza

Od Różewicza do Różewicza

Jubileusz Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora

Jeśliby szukać znaku rozpoznawczego Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora (WROSTJA), którym stuknęła akurat pięćdziesiątka, jednym z nich mógłby być Tadeusz Różewicz.

Nie przypadkiem pierwszy historyczny laureat konkursu monodramów Tadeusz Malak, nagrodzony za spektakl „W środku życia” według Różewicza właśnie, inaugurował festiwal jubileuszowy. I tym razem rzecz miała miejsce w Piwnicy Świdnickiej, która wprawdzie nie jest już Klubem Młodzieży Pracującej ZMS, tylko restauracją, jednak pozostała na tyle wrażliwa na kulturę, że udostępniła swoje progi czcigodnemu jubilatowi.

Tadeusz Malak znów wystąpił ze spektaklem Różewiczowskim, nawiązującym do tego sprzed lat, ale nowym – „Powrót do źródeł… od Różewicza… i dalej…”. W tym sprzed półwiecza, modyfikowanym kilkakrotnie, najbardziej pociągała aktora dramaturgia w prezentowanych tekstach i dlatego starał się ukazać, jak teksty poetyckie dialogują, spierają się, jak w trudzie wewnętrznej dyskusji rodzi się myśl i prawda poetyckiej refleksji. Tak jak w wewnętrznym dyskursie tytułowego wiersza monodramu:

Po końcu świata
po śmierci
znalazłem się w środku życia
stwarzałem siebie
budowałem życie
ludzi zwierzęta krajobrazy

To było przedstawienie o narodzinach wyobraźni Poety i jego próbach uporządkowania świata. Wciąż z nadzieją, że odnajdzie jego szyfr. W nowym spektaklu pojawia się postać Starego Poety, który utracił wiarę w uskrzydlającą moc wierszy, z goryczą komentuje degradację kultury i poezji, która – jak przewrotnie mówi w wywiadzie udzielonym dziennikarce – „nie ma przyszłości”. Przewrotnie, bo pod spodem tli się iskierka nadziei, że może być inaczej.

Pod znakiem rocznic

Na tym jednym spektaklu się nie skończyło, ponieważ jubileuszowe WROSTJA stały się okazją do promocji szkicu o twórczości indywidualnej Tadeusza Malaka, nowej pozycji z serii monografii poświęconych zjawiskom i twórcom teatru jednoosobowego, nazywanej Czarna Książeczka z Hamletem. Mam na myśli książkę „Wypowiedzieć człowieka. Poezjoteatr Tadeusza Malaka” pióra Katarzyny Flader-Rzeszowskiej. Obecność Różewicza w programie 50. festiwalu odcisnęła się więc mocno. Nie będzie żadnym naciąganiem faktów uznanie go za jednego z głównych patronów wrocławskiego przeglądu. Otwarcie jubileuszowego festiwalu poprzedziła akcja „Kartoteka”, przygotowana w 95. rocznicę urodzin staraniem Jarosława Freta, kuratora programu teatralnego Europejskiej Stolicy Kultury, w ramach której wystąpiło aż trzech artystów silnie związanych z WROSTJA: Wiesław Komasa z fragmentami „Kartoteki”, Krzysztof Gordon ze „Śmiesznym staruszkiem” i Bogusław Kierc z „Odejściem głodomora”.

To była forpoczta WROSTJA. Warto przypomnieć, że Różewicz na spotkaniach wrocławskich jest obecny od początku. Już w roku 1966 na pierwszym festiwalu, jeszcze niemającym charakteru konkursu, na afiszu znalazł się jego „Śmieszny staruszek” w wykonaniu Wiesława Drzewicza, a sam autor nie tylko oglądał spektakl, ale i spotkał się potem z publicznością. Toteż nie budzą zdumienia plany dyrektora artystycznego Wiesława Gerasa, by przyszłoroczne spotkania z monodramem skupić wokół twórczości Różewicza.

To już nie będzie ten sam festiwal. Nie tylko dlatego, że wszystko się zmienia, ale przede wszystkim z powodu znużenia nieustanną walką z oporem materii (czyli lokalnej biurokracji kulturalnej), które może ogarnąć nawet tak doświadczonego i cierpliwego wojownika jak Wiesław Geras. Najwyraźniej jednak Wrocław mimo wypowiadanych od czasu do czasu słodkich słówek ma tego festiwalu dość, w najlepszym razie wyraża brak zainteresowania. Na zakończenie poprzednich festiwali zwykle zabierał głos Piotr Borkowski, ówczesny dyrektor Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu, i zapraszał na kolejne WROSTJA za rok. W ten sposób potwierdzał wolę prowadzenia tego najstarszego w Europie festiwalu teatru jednego aktora. Dyrektor wrocławskiego OKiS jednak się zmienił. Nowy szef ośrodka nie tylko nie zapraszał widzów za rok, ale nawet na swoim festiwalu się nie pojawił. Wiadomo – monodram to nisza, czyli dla polityków terytorium niezbyt interesujące.

Przepych i problemy

Mimo tych okoliczności jubileuszowa edycja festiwalu odznaczała się przepychem programowym. Gerasowi udało się wciągnąć do jego organizacji prawie cały teatralny Wrocław.

Po pierwsze, 50. WROSTJA zostały wpisane do programu Olimpiady Teatralnej organizowanej przez Europejską Stolicę Kultury, czyli w tym roku właśnie Wrocław.

Po drugie, wrocławskie teatry wprowadziły do repertuaru podczas WROSTJA monodramy swoich aktorów – z trudnych do zrozumienia powodów wyłamał się tylko Wrocławski Teatr Współczesny, mimo że jego aktorzy monodramy wykonują.

Po trzecie, Biuro Festiwalowe Impart 2016 zorganizowało dwa ważne mistrzowskie pokazy jubileuszowe: zaprezentowało spektakl Janusza Gajosa „Msza za miasto Arras” i legendarną „Żmiję” Doroty Stalińskiej, jeden z najintensywniej eksploatowanych monodramów w historii tego gatunku w Polsce – aktorka uczciła tym spektaklem jubileusz pracy artystycznej. Nie muszę dodawać, że oba przedstawienia zakończyły się owacjami na stojąco.

Po czwarte, we Wrocławskim Teatrze Lalek odbyła się polska prapremiera nowego monodramu „Anioły Dostojewskiego” Birute Mar, litewskiej aktorki, wielokrotnej laureatki WROSTJA, jednej z czołowych aktorek sceny jednoosobowej w Europie. Warto przypomnieć, że Teatr Lalek w przeszłości przez dobre kilka lat był główną siedzibą WROSTJA.

Po piąte, w ratuszu, w pięknej Sali Wójtowskiej odbyły się spektakle wielokrotnych wrocławskich laureatów (recydywistów!) WROSTJA: Agaty Kucińskiej prezentującej „Dziewczyny jak złoto” według Tomasza Mana, Anny Skubik, która pokazała swoje sławne „Złamane paznokcie. Rzecz o Marlenie Dietrich”, i Bogusława Kierca, który przypomniał porywający monodram Mickiewiczowski „Mój trup” (owacje na stojąco).

Po szóste, we Wrocławskim Domu Literatury, w nowo otwartym klubie Proza, jeszcze pachnącym świeżo oheblowanymi deskami półek bibliotecznych zapełnionych dobrą literaturą, w miejscu wprost wymarzonym do prezentacji monodramów, odbyło się frapujące spotkanie debiutantek i weteranki teatru jednego aktora. Laureatki 61. Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego – Turnieju Teatrów Jednego Aktora Sam na Scenie, Victoria Szopińska z „Mitem” według Leszka Kołakowskiego i Irmina Liszowska z „Sonią Marmieładową” według Fiodora Dostojewskiego, wystąpiły obok doskonałej warsztatowo wybitnej aktorki ukraińskiej Lidii Danylczuk, która przedstawiła premierowy „Do źródeł. Głos cichego odmętu”. Na spektaklu się nie skończyło, bo po zakończeniu prezentacji publiczność miała okazję zapoznać się z kolejną Czarną Książeczką z Hamletem. Tym razem była to „Lidii Danylczuk droga ku scenie” Iryny Wołyćkiej-Zubko.

Po siódme, w Klubie Muzyki i Literatury przy pl. Tadeusza Kościuszki odbył się wysmakowany wieczór Grażyny Marzec, która – jak sama zaznacza – czytała monodram „DDR” duńskiego pisarza Petera Asmussena. Marzec opowiada o czasach, kiedy żelazna kurtyna dzieliła Europę. Bohaterka, mieszkanka wschodniego Berlina, wdaje się w ryzykowny (politycznie) romans z Duńczykiem, a tajemna korespondencja prowadzona z nim (to właśnie materia monodramu) grozi jej represjami ze strony czujnego aparatu bezpieczeństwa. Jej subtelna opowieść znalazła dobre otoczenie w odnowionych wnętrzach klubu wypełnionego starymi instrumentami i stylowym umeblowaniem. Klub w przeszłości nieraz bywał miejscem dyskusji podczas festiwalowych sesji.

Po ósme, w Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, jeszcze oficjalnie nieczynnym, bo trwają prace wykończeniowe, odbyło się spotkanie pomyślane jako dialog przeszłości z przyszłością. W muzeum, wymarzonym przez miłośników teatru na czele z Januszem Deglerem, który uporczywie dążył do jego utworzenia, znajdzie się miejsce dla bogatych zbiorów Henryka Tomaszewskiego, który kolekcjonował najlepsze okazy sztuki lalkarskiej. Poza tym dla biblioteki prof. Deglera i jego gabinetu, w którym będzie prowadził dyżury jak za dawnych uniwersyteckich czasów, oraz… dla prezentacji monodramów i sesji.

A tymczasem odbyła się tu dyskusja skupiona wokół tzw. Słupów WROSTJA. Pod tą nazwą Wiesław Geras zaszyfrował ideę wyłonienia najważniejszych dokonań WROSTJA, czyli spektakli, które trwale zapisały się w pamięci obserwatorów. Zwrócił się z prośbą o selekcję takich przedstawień do profesorów Janusza Deglera i Lecha Śliwonika, a także do redaktora Krzysztofa Kucharskiego i do mnie, wyznaczając nam to karkołomne zadanie.

Idą zmiany

Pamiętać przy tym trzeba, że przez minione 50 lat na wrocławskich scenach zaprezentowano grubo ponad tysiąc monodramów, a więc wyłonienie spośród nich dziesiątki wydawało się niemożliwe. A jednak Degler i Śliwonik dokonali tego, wykazując się iście profesorską dyscypliną. Każdy przekroczył limit tylko o jedną pozycję. Gorzej było z Kucharskim i ze mną, podobnie jak z Gerasem, który także wziął udział w typowaniu. W rezultacie powstała lista 63 spektakli w wykonaniu 49 aktorów. Przy czym żadne przedstawienie nie uzyskało stu procent wskazań, czyli nie zostało zaproponowane przez wszystkich pięciu punktujących. Po cztery wskazania uzyskali: Andrzej Dziedziul, Irena Jun, Bogusław Kierc, Wiesław Komasa, Tadeusz Malak, Jan Peszek, Wojciech Siemion, Dorota Stalińska i Janusz Stolarski.

Podczas spotkania typujący zwierzali się z cierpień towarzyszących wyborowi, co pozwoliło zbliżyć się do puenty, jaką była przygotowana przeze mnie publikacja „166 monodramów”, nazwana przez Gerasa przewodnikiem po monodramach. Początkowo książeczka miała nosić tytuł „101 monodramów”, potem „102”, ale w miarę pracy nad poszczególnymi notami i zagłębiania się w przeszłość powracały wspomnienia spektakli na pozór zapomnianych, lecz z jakiegoś powodu bardzo ważnych i godnych pamięci. Stąd na koniec „166 monodramów” i gdyby nie decyzja, że książkę trzeba wydać na festiwal, nie wiadomo, do czego mogłoby dojść. Te kwerendy dodatkowo mnie przekonały, że w przeszłości polskiego monodramu jest wiele diamentów, spektakli, które podnosiły temperaturę dyskusji o teatrze i jego związkach ze współczesnością.
Czy tak będzie nadal? Oto pytanie. Teatr jednoosobowy zrodził się z opozycji wobec teatru panującego. W owym konflikcie leżała siła tej najmniejszej sceny, zdolnej szybciej i trafniej reagować na nastroje społeczne. A dzisiaj? Dzisiaj monodram stał się praktycznie częścią repertuaru każdego szanującego się teatru. A nawet tego repertuaru silnym ogniwem (jak w Teatrze im. Jaracza w Łodzi). Nawet Teatr Narodowy, który do tej pory stronił od monodramu, otworzył przed nim ramiona i Janusz Gajos mógł swoją „Mszę za miasto Arras” zrealizować pod jego firmą.

Czy to nie uśmierci monodramu? Wygląda na to, że nie, ale może osłabić jego kontestacyjny charakter. Najpewniej obok monodramu oficjalnie subsydiowanego, w teatrach repertuarowych, prowadzone będą poszukiwania na własną rękę, nie tylko przez weteranów gatunku. Ominęła nas wprawdzie premiera „Matki Makryny” według Jacka Dehnela, przygotowywana przez Irenę Jun, której choroba pokrzyżowała plany, ale aktorka obiecała, że da we Wrocławiu premierę spektaklu.

Tak czy owak, idą zmiany, przegrupowania; prawdopodobnie Wrocław zajmie – za sprawą Wiesława Gerasa – miejsce okna wystawowego, a wyścigi konkursowe staną się specjalnością lokalnych przeglądów, jak już się to dzieje w Olsztynie, Koszalinie, Warszawie czy Słupsku. Nie zapowiada się więc, by teatr jednego aktora stepowiał.

Do tej przydługiej wyliczanki można by dodać jeszcze dwa punkty programu. Podczas festiwalu jak zwykle odbyły się prezentacje monodramów na Dolnym Śląsku, gdzie występowali m.in. Dorota Stalińska i Aleksandras Rubinovas z jego rewelacyjnym „Kobą”, a w drugiej połowie listopada czeka nas postscriptum. W historycznej siedzibie Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego zaprezentowane zostaną monodramy: „Ja, Feuerbach” Tankreda Dorsta w wykonaniu Zdzisława Kuźniara, który tym spektaklem świętować będzie 85. urodziny, oraz „Punkt wyjścia” irańskiego artysty Attili Pessyaniego według Tadeusza Różewicza. W ten sposób jubileuszowe WROSTJA zamkną się Różewiczowską klamrą: od Malaka do Pessyaniego.

Wydanie: 46/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy