Od Rywina do…

Od Rywina do…

Są takie sprawy i tematy, od których nie sposób uciec. Nawet gdyby bardzo się chciało. Bo cóż dziś można napisać o tzw. sprawie Rywina? Jeszcze raz postawić pytania, na które nie ma odpowiedzi. Próbować dociec, kto i dlaczego tak zaciekle walczy z proponowanym przez rząd kształtem ustawy o radiofonii i telewizji.
Sensowniejsze od tego byłoby opisanie wszystkich obszarów i interesów politycznych i biznesowych, jakie krzyżują się na i wokół rynku mediów w Polsce. Gdyby zaś pójść tą drogą, to zacząć trzeba od fundamentalnych pytań. O faktyczny układ sił na rynku, o realnie zainwestowane środki finansowe i ich źródła, o powiązania biznesowe i polityczne między poszczególnymi wydawcami prywatnymi, o rolę i miejsce mediów publicznych w dłuższym planie.
Po 1989 r. rynek mediów w Polsce kształtował się w sposób żywiołowy, sprzyjając głównie tym, którzy mieli władzę polityczną, i ich otoczeniu. Decyzje o tym, kto i co dostanie z bogatej materialnie i merytorycznie spuścizny po RSW Prasa Książka Ruch, były podejmowane przez pierwsze ekipy solidarnościowe. Nie pomyślano wówczas o rozwiązaniach prawnych, które byłyby fundamentem rynku medialnego i regulatorem panujących na nim stosunków. Brak takich rozwiązań mści się do dziś. Uznano, że lepiej niczego nie regulować ustawowo, bo wolny rynek sam to zrobi najlepiej. Mrzonka, ale wygodna. Głównie dla tych, którzy wobec braku regulacji ustawowych sami, dysponując największą siłą, określali, co w polskich mediach jest prawem. I nie przeszkadzało im, że w Unii Europejskiej, na którą ciągle się powołują, taka sytuacja byłaby absolutnie nie do przyjęcia. A jak nie ma regulacji prawnych, to można pohulać. Okazje same pchają się w ręce. Nie wszyscy są, jak widać, na nie odporni.
Nie ma od 1989 r. drugiego obszaru, który byłby tak zaniedbany od strony legislacyjnej, jak rynek mediów. Bezradne, zajmujące się historycznymi sporami stowarzyszenia dziennikarskie nie są partnerami ani dla władz, ani dla pracodawców. Nie ma takiej organizacji, która mogłaby być silnym reprezentantem interesów dziennikarzy wobec pracodawców. Radykalnie spadły wpływy z reklam, a to one decydują o „być albo nie być” wszystkich mediów. Walka o przetrwanie na kurczącym się rynku stała się ostra jak nigdy, a metody brutalne i bezpardonowe. Sprawa Rywina zmusza do całościowego patrzenia na nasze media. To, od czego się afera zaczęła, wymknęło się już spod kontroli. Do gry weszli wszyscy, którzy tę sprawę traktują jako pretekst do załatwienia swoich interesów. I w najgorszym scenariuszu może się okazać, że znowu wszyscy coś wygrają, a media i dziennikarze zostaną na lodzie.

Wydanie: 3/2003

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy